Mentionsy Mentionsy
Pastolektor Reupload
Pastolektor Reupload

4 JEŹDZCY APOKALIPSY Calosc

03.10.2024 ·9 godz 2 min

Macie cos dluzszego z reuploadow ale niestety jest ich coraz mniej dluzszych past ale coz trudno

Nie licząc mojego biedackiego rowerka. To znaczy, nie żeby nam to jakoś przeszkadzało, z miasta i tak wyjeżdżaliśmy raczej niechętnie. Jednak Wojna, po gruntownym przemyśleniu całej sytuacji, stwierdził, że tak być nie może i musimy znaleźć sobie jakieś przyzwoite wierzchowce. Oczywiście pomyśleliśmy, że chodzi mu po prostu o jakieś fajne autka, ale nie. On naprawdę chciał odzyskać nasze konie, które zostawiliśmy za sobą w czwartym wymiarze. Mogę tu też dodać, że po całym wypadku śmierć doznał dość mocnych urazów czaszki. I kręgosłupa. I wszystkich kończyn. I właściwie kurwa wszystkich części ludzkiego ciała. Tak w sumie to powinien od tamtej chwili do końca życia jeździć na wózku inwalidzkim i odżywiać się wyłącznie przez słomkę, ale jak zawsze miał farta. Okazało się, że Athena, która swoją drogą zaskakująco szybko stała się naszą bliską znajomą, ma dość dobry kontakt z Chronosem.

Nienawidziłem się spóźniać, jednak chwilę przed ślubem zadzwonił do mnie Lucyfer, informując, że namierzył już Harona i prawdopodobnie za parę godzin będzie go w stanie odstawić z powrotem do Hadesu. Byłem naprawdę nieźle zdziwiony tą nagłą zmianą w jego nastawieniu. Obawiałem się trochę, że nie pomaga nam ani ze względu na swojego syna siedzącego w moim ciele, ani z czystej chęci niesienia pomocy. Jakby nie patrzeć, pomagał tym samym swojemu znienawidzonemu ojcu. A może wiedział to co ja? Usiadłem obok Agaty, która z podnieceniem przyglądała się pozostałym gościom. Byli wśród nich oczywiście Wojna i Śmierć, którzy siedzieli tuż obok nas. Był Hermes, Athena, a nawet Chronos. Puszek leżał sobie grzecznie w kącie, zajmując miejsce dla co najmniej ośmiu osób. Zaraz przed nim w pierwszym rzędzie siedzieli Święty Jan i Jezus, którzy wystrolili się w śnieżno-białe garniturki i oczojebne czerwone muchy.

Z zarazą jest jeden poważny problem, to znaczy jest ich milion, ale niesłuchanie innych należy do tych najbardziej irytujących. Już nawet nie chodzi o stosowanie się do czyichś rad, ale o zwykłą ludzką rozmowę, można z nim pogadać na max dwa tematy. Alkohol i klasyki literatury grozy. Wszystkie inne warianty to efekt płynnego przejścia do konsumpcji tego pierwszego. Normalnie nie miałbym z tym problemu, gdyby nie fakt, że wróciłem właśnie z Hadesu wraz z Atheną, Chronosem i Fenrirem. Chyba każdego by zainteresowało, co się działo z jego przyjaciółmi po gwałtownym zniknięciu w trakcie ślubu Archanioła i Hitlera. Nie zarazę. Z tej strony Hermes i opowiem wam dzisiaj, dlaczego Hades to największy chuj na świecie. Zaraz po Bogu. Wbrew temu, co myśleli jeźdźcy, wcale nie uciekliśmy na widok Stwórcy, ani też nie zabrał nas ze sobą Święty Jan.

Cholerny i miłosierny Bóg po prostu wydał nas Hadesowi. W jednej chwili siedzieliśmy sobie spokojnie w kościelnych ławkach, a w drugiej staliśmy na środku sali tronowej władcy greckich zaświatów. — Co się stało? — spytała zdezorientowana Athena i z przerażeniem zorientowała się, że przecież nie ma ze sobą swojej włóczni. — Witam, witam — uśmiechnął się Hades na nasz widok. Od pamiętnego spotkania z zarazą przypominał trochę Remigiusza Maciaszka z tą czarną dziurą na środku czoła. — Spierdalaj — powiedział Chronos i spróbował cofnąć się w czasie, ale coś najwyraźniej poszło nie tak. Co do chuja? A, tak, przypomniał sobie Hades. Pozwoliłem sobie zamontować kilka zabezpieczeń.

Zabezpieczeń przed czym? Spytałem i rozejrzałem się dookoła. Pod ścianami stali nieumarli kusznicy i celowali do nas z tych guwien. Cokolwiek się tam odpierdalało, nie było to nic dobrego, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Zanim ktokolwiek zdążył nam udzielić jakichkolwiek odpowiedzi, stało się kilka rzeczy na raz i każda z nich była bardziej pojebana od poprzedniej. Po pierwsze, obok nas zmaterializował się Puszek, miażdżąc swoim cielskiem przypadkowego nieumarłego żołnierza. Jeden z kuszników posłał jego z kierunku Bełt, ale Chronos nie był zupełnie pozbawiony swoich mocy. Zanim pocisk wbił się w cielsko Fenrira, Bóg Czasu uniósł do góry rękę i cofnął go w czasie do momentu, w którym znalazł się w jego zasięgu. Następnie obrócił bełt w stronę Hadesa i pozwolił czasowi biec dalej normalnie.

Król Zaświatów oberwał prosto w serce. O chuj, ale to było dobre, stwierdził Charon, który właśnie wszedł do sali. A potem wszystko potoczyło się jeszcze szybciej. Wzniosłem się do góry i w ostatniej chwili uniosłem ze sobą Atenę i Chronosa. Miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu Stali nagle zasypał Grat Bełtów. Puszek skoczył do góry i zaczął czystkę tych nieumarłych chujów. Kurwa, a co teraz? spytała Athena desperacko próbując nie oberwać. Nie ukrywam, że lot z tak olbrzymim obciążeniem nie należał do najłatwiejszych, zwłaszcza w takiej sytuacji jak ta. Nie mam pojęcia. Mam za to nieodparte uczucie, że powinniśmy spierdalać. Odparłem i zanurkowałem w kierunku drzwi. Charon tymczasem przyłączył się do naszej inby i zaczął napierdalać wszystko wokół swoimi łańcuchami.

Chyba nie lubił zbytnio swojego pracodawcy. Przeleciałem przez drzwi i wylądowałem na korytarzu. Za cholerę nie wiedziałem, w którą stronę się teraz kierować. A poza tym było mi kurwa ciężko. — Gdybym tylko wzięła swoją dzidę na ten cholerny ślub — westchnęła Athena. — Jeźdźcy mówili, żeby się dobrze przygotować — stwierdził Chronos, jak gdyby nigdy nic zapalił papierosa. — No wybacz, nie pomyślałem, że nagle przed ołtarzem pojawi się Wszechmogący i wyśle nas do Hadesu. A tak w ogóle to czemu wysłał z nami Puszka? A to on nie został wyjebany z Asgardu? spytałem niepewnie. Chociaż w sumie chuj wie, nie jestem znawcą mitologii nordyckiej. Naszą pogawędkę przerwał krzyk Persephone, która najwyraźniej dopiero weszła do sali tronowej.

Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy, był sklep z bronią. Nie żeby trzy wyrzutnie rakiet miały pomóc w walce ze Stwórcą, ale dawały nam złudne poczucie jakiegoś irracjonalnego bezpieczeństwa. Niestety, zanim dotarliśmy do mieszkania jeźdźców, a raczej dziewczyny jednego z nich, zostaliśmy zaatakowani. Znowu. — Gdzie jest Charon? — spytał pan krokodyl, szczerząc swoje żółte ząbki. Reszta ryb nas otoczyła i łypała groźnie swoimi podejrzanie czerwonymi oczami. — Ja pierdolę — burknął Chronos i spróbował podnieść rękę, żeby cofnąć czas, dając mi tym parę flashbacków z Life is Strange. Niestety, te cholerne pierwotniaki były szybsze. Jeden z nich odgryzł mu rękę, zanim zdążył cokolwiek zrobić. Problem był taki, że gestykulacje ręką były jedynym sposobem, w który Bóg czasu mógł go cofać.

Jebać fakt, że właśnie utracił kończynę. Gorsze było to, że skazał nas w ten sposób na pewną śmierć. Zostaliśmy bez żadnych możliwości ucieczki, a wiedziałem, że jeśli tylko spróbuję wzlecieć do góry, stracę swoje skrzydlate buty razem ze stopami. Skurwysyny miały refleks. — Jaka jest szansa, że strzał z takiej odległości nas zabije? — spytała Athena, unosząc go do góry RPG. Eee... jakieś 100%? odpowiedziałem przerażony. KURWA JA SIĘ TU WYKNAWIAM! wrzasnął Chronos. Jeśli zaprowadzimy was do Charona, opuścicie nas wolno? spytałem Pana Krokodyla, na co ten zmrużył oczy i najwyraźniej mocno się zastanawiał nad odpowiedzią. Zanim jednak zdążył nam jej udzielić, do zabawy dowłączyli się dwaj bracia.

— Chodźcie do jeźdźców, tam wam wszystko opowiemy. — To mówiąc, obrócili się na pięcie i obaj, nie reagując na nasze krzyki, ruszyli wzdłuż ulicy. — Co za chuje — stwierdziła Athena. — Dziwisz się — parsknąłem — z takim ojcem. — Kurwa, wykrwawiam się — powiedziała atencyjna kurwa. Pan Krokodyl, jak gdyby nigdy nic, wrócił do naszej rozmowy. — Jak powiecie, gdzie jest Charon, to zjemy was szybko — stwierdził. — Jest tam — wskazałem palcem na postać przechodzącą przez ulicę. Pan Krokodyl odwrócił się na chwilę, a ja wykorzystałem tę okazję i podskoczyłem do góry. Szczęki pozostałych owadów drasnęły moją podeszwę, ale dałem radę wznieść się na jakieś dwa metry do góry i błyskawicznie podnieść Atenę i Chronosa, który wciąż darł mordę jak ostatnia pizda.

Dopiero później zorientowałem się, że postacią, którą wskazałem Panu Krokodylowi naprawdę był Charon, który właśnie szedł na libację jeźdźców. Mam nadzieję, że mniej więcej rozjaśniłem wam wszystko i chyba muszę już powoli spierdalać, bo słyszę, że idzie zaraza i zaraz pewnie mi najebie zapisanie na jego blogu. Sam pewnie napąknąłby tylko coś w stylu, o, nasi grzeczcy przyjaciele wreszcie wrócili. Chciałbym tutaj od razu uroczyście przeprosić Charona, któremu ledwo udało się uciec z tym jebanym krokodylą. I nie, to wcale nie jest moja wina, że teraz całe mieszkanie jeźdźców jest pod oblężeniem jebanych płazów. Kurwa, zaraza, zostaw, sam nadam tytuł, rol! Nigdy nie pomyślałbym, że w mieszkaniu Agaty zmieści się tyle osób. Ja, wojna, głód, śmierć, oczywiście sama Agata, Hermes, Athena, Chronos bez ręki, Zdyszany Charon oraz solidnie najebani Jezus z Lucyferem.

Niezła ekipa. Brakowało tylko Puszka i Świętego Jana do kompletu. Na domiar złego zaczynało nam się powoli kończyć alko, a przez krokodyle oblężenie nie mieliśmy jak uzupełnić zapasów, nie wyglądało to kolorowo. Opatrzyliśmy Chronosa najlepiej jak potrafiliśmy, czyli naprawdę chujowo. O dziwo jednak wciąż żył, mimo utraty ogromnej ilości krwi. Cóż, najwyraźniej będzie się musiał nauczyć cofać czas lewą ręką. Zostawiliśmy go na materacu śmierci, żeby poleżał sobie trochę w spokoju, a my tymczasem rozpaczeliśmy gorączkową burzę mózgów. Jaki mamy plan? spytał Głód wyliżując szyjkę pustej butelki. Wejdźmy na dach i niech Hermes nas pojedynczo stąd pozabiera, zaproponowała Athena. Gdzie niby?

Dobrze, że zasłaniała mnie lodówka, w przeciwnym wypadku ogarnęliby, że to wszystko ściema, a pustki w bębnie wypełniłem ślepakami. Nim Lucyfer sam zorientował się, że właśnie próbował mnie zabić, moment zaskoczenia wykorzystał Charon i zarzucił łańcuch z drugiego nadgarstka na szyję matki. — Oni nie chcą cię zabić — szepnął jej do ucha. — Ale ja chcę. I to bardzo. Usiłowałem podnieść się z tej jebanej podłogi, ale z marnym skutkiem. Zbyt mocno wziąłem sobie do serca swoją rolę umarlaka. W tym momencie w progu stanął Wojna, który ledwo trzymał się na nogach. Było całkiem możliwe, że oberwał w jedną z nich, bo cała lewa nogawka jego spodni była przesiąknięta krwią. Bez słowa podszedł do szafki z lekami, wziął dwa bandaże i wodę utlenioną, a następnie podszedł do Chronosa, o którym wszyscy dawno zapomnieliśmy.

Siedzenie w kawiarni, w której kilka tygodni temu po raz pierwszy zauważyliśmy dwójkę naszych stalkerów, wiązało się z natłokiem średnio przyjemnych wspomnień. Zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem nie zabiliśmy już ich na amen, bo od pamiętnego spotkania na plaży o Adamie i Jewie słuch zaginął. Na razie mieliśmy jednak własne problemy, które stanowiły aktualny priorytet. Jednym z nich była na przykład pierdolona Matka Boska, która właśnie rozsiadła się na kanapie pod oknem, wciąż trzymając palec na spuści Gnata schowanego w kieszeni. Poprosimy kieliszek najtańszego wina jakie macie i cztery soczki jabłkowe. Rzuciła z uśmiechem do przechodzącej obok kelerki. Miałem tylko nadzieję, że nasi przyjaciele wrócili bezpiecznie do domów. Athena, jednoręki Chronos, Hermes i Charon postanowili zaszyć się na Olimpie, zaś Jezus z Lucyferem poszli najebać się do luks.

Zacząłem gdzieś spadać, ale trudno mi było stwierdzić czy to rzeczywiście ja spadłem w dół czy może cały świat leci do góry. Wreszcie zatrzymałem się przy czymś co niepokojąco przypominało olbrzymią stertę trupów. Śmierć? – krzyknąłem łamiącym się głosem. Owszem, to śmierć. Jest wszędzie. Usłyszałem głos za moimi plecami. Towarzyszy ci od zawsze. Odwróciłem się. Za mną stały jednoręki chronos, w jedynej ręce ściskając kosę śmierci. Myślisz, że powołanie cię do życia przez Iana dało ci prawo do decydowania o ludzkim losie? spytał drapiąc się ostrzem po nosie. Nie odpowiedziałem. I bardzo dobrze myślisz.

Jesteś cholernym jeźdźcem apokalipsy. Nie powinieneś mieć żadnych ograniczeń ani zasad. Prędzej czy później świat i tak przed tobą klęknie, a wszyscy bogowie oddadzą ci pokłon. Po to właśnie stworzył cię Jan, abyś zwyciężał, zwycięzco. W tym momencie ogarnąłem, że rzeczywiście jestem w formie zwycięzcy. Nie, nie jestem zwycięzcą i nie mam zamiaru nim być. Odparłem się dając na nieokreślonym podłożu. Jestem zarazą i pozostanę nim aż do pierdolonej apokalipsy. I dano mu wieniec laurowy, kontynuował Chronos niewzruszony moimi słowami. Nie jestem żadnym pierdolonym zwycięzcą! wrzasnąłem, a cały świat zatrząsł się jakby gdzieś obok jebła atomówka. Nie oczekuj, że przejmę inicjatywę, jestem zbyt słaby, zbyt mały, zbyt...

Urwałem na chwilę. Sam jesteś najważniejszy zwycięzca, nie potrzebujesz innych. Masz po swojej stronie dobro i zło, Jezusa i Antychrysta, nie? SPIERDALAJ! Ryknąłem znowu. Zniknij mi z oczu! Chcę się obudzić, chcę, żeby to wszystko się skończyło, chcę... Moje krzyki chyba przyniosły jakiś efekt, bo Chronos nagle rozsypał się w pokił, a Kosa Śmierci upadła z brzękiem na ziemię. Powoli i niechętnie ukląkłem, aby ją podnieść. Wtedy dopiero zauważyłem, że klęczę przed ołtarzem. Byłem w olbrzymim, bogato zdobionym kościele. Był prawie pusty. Jedynie w pierwszej ławce siedzieli Archanioł Michał, Hermes i Atena. Witajcie, moje dzieci. Nade mną rozległ się głos Boga.

Tylko ty jesteś w stanie się nim zaopiekować. Ja mogę ci w tym tylko pomóc. Odwróciłem się następnie do głodu i podałem mu jego odgryzioną kończynę. Nie jestem też odpowiedzialny za ciebie. Twoje zaufanie i wsparcie są nieocenione, ale nie chcę, żebyś kiedykolwiek się dla mnie poświęcał. Żyj własnym życiem, a twoje dobre serce i potrzebę pomagania innym zachowaj dla kogoś innego. Nie jestem tego warty. Spojrzałem wreszcie na śmierć, który chował się przede mną w ciemności. A ty? Powiedziałem z uśmiechem, rzucając mojego kosę. Spróbuj się nie zajebać. Świat rozpłynął się po raz ostatni. Stałem teraz na środku dziwnego koła. A wokół mnie ustawili się dosłownie wszyscy. Wojna, głód, śmierć, Jan, Jezus, Lucyfer, Archanioł Gabriel, Archanioł Michał, Hitler, Puszek, Hermes, Athena, Chronos, Charon, Herkules, Afrodyta, Hades i Persefona, Thor, Odyn, Setka, Tulu, Adam i Ewa, Kojtyła, Odchłaniał, Cajder, Maryja, Bóg i Szatan.

Potrzebujemy więc kogoś, kto ją wyciągnie i przy okazji pozostałe dusze, zignorował mnie Sobek, więc stwierdziliśmy, że pożyczymy sobie Harona, oczywiście za jego zgodą. Jasne, przewróciłem oczami, więc chcesz mi powiedzieć, że Chronos stracił swoją rękę podczas pokojowych negocjacji i że to całe oblężenie pod naszym blokiem, nawet pokój, wymaga ofiar. Również waszych. Maryja nieźle skopała wam te gadzie tyłki. Uśmiechnąłem się krpiąco. Ja tam bym się nie śmiał na waszym miejscu. Was prawie zmanipulowała w zabicie własnego ojca. Przynajmniej mam ojca. Spierdalaj. Moja matka była boginią strachu. Bo każdy uciekał na jej widok? Żebyś kurwa wiedział. Siostrę też miałeś niezło. Sobek nie odpowiedział. Tefnut, bogini wilgoci. Mogę trochę pomyśleć przed próbą zrobienia tego tosta.

A kiedy skończył, na moje usta cisnęło się tylko jedno pytanie. Ale ty tak kurwa serio? Mówił serio. Następną godzinę spędziłam wydzwaniając do pozostałych greckich bogów, którzy mieli mnie wesprzeć w tej absurdalnej misji. Następnego dnia pod moim burdelem stanęli Hermes, Athena i Chronos. No i oczywiście Fenrir, który w końcu dostał okazję wyruszenia na jakąś ciekawą przygodę. Więc... zaczął Hermes. Możesz nam powiedzieć, ale tak na serio, po co nas tu sprowadziłaś? Zaraza ma plan, jak pokonać Maryję, wyjaśniłam. Potrzebujemy tylko jednej rzeczy. Wielkiego Kutasa, odpowiedział Fenrir. Dokładnie tak, przetknęłam z najpoważniejszą miną, na jaką było mnie stać.

Wielkiego Kutasa, powtórzyła Athena. Wielkiego Kutasa, potwierdziłam. Ale tak dosłownie? Wypytywał się dalej jednoręki Chronos. To jakaś metafora? Nie. Czyli Wielki Kutas? Tak. Do pokonania Maryi? Tak. Hermes weschnął. Okej, to wszystko brzmi jak naprawdę chujowy żart, ale jak wygląda plan, po co jesteśmy potrzebni my i skąd chcesz wytrzasnąć Wielkiego Kutasa? Już mówię, uśmiechnęłam się. Kojarzycie Kronosa, nie? Tak, tego kurewsko wielkiego tytana. Nie mów, że... zaczęła Atena. Jap, dokładnie tak. Tydzień później byliśmy już w drodze do najmroczniejszej części całego Hadesu, w której pogrzebany był tytan.

Dzięki bogom, że mieliśmy Fenrira. Podróż na jego grzbiecie była nie dość, że szybka, to i całkiem wygodna. Mądziliśmy po tych upiornych jaskiniach przez naprawdę długi czas, aż w końcu przestałam nawet analizować, jak długo tam już siedzimy. O kurwa, stwierdził w pewnym momencie Chronos. Chyba o kimś zapomnieliśmy. Drogę zagrodziło nam ogromne cielsko trzygłowego psa. Cerber we własnej osobie usiłował powstrzymać nas przed zapuszczeniem się w najmroczniejsze odmęty królestwa jego pana. — Eee... Fenrir? — spytałam oszołomiona. — Możesz mu powiedzieć, żeby nas przepuścił? — Spróbuję — odpowiedział nasz zwierzak. Ej, ty! Chuju! Tak, ty! Przepuść nasz, albo dostanie...

W tym momencie Fenrir wyrwał kopniaka na pysk i poleciał do tyłu, rozsypując nas po całą jaskini. Weschnęłam zrezygnowana i wyciągnęłam swój sztylet. Pił kilkadziesiąt razy za mały, ale przynajmniej nie czułam się tak bezbronna. Athena powoli wyczugała się z kupy gruzu, ściskając w rękach swoją włócznię, a Hermes uniósł się do góry na swoich skrzydlatych skrzydłach. Podzielmy się rolami, stwierdził Chronos. Niech Hermes zajmie się jedną głową, Athena drugą, a ty Afrodyto trzecią. A ty? spytał Hermes, znosząc się coraz wyżej. Ja jestem inwalidą. Ten wyjazd jest dla mnie czysto rekreacyjny. Hermes zanurkował i uniósł mnie do góry. — Teraz! — krzyknęłam i zaskoczyłam prosto na psi łeb.

Bo przeważnie ma rację, odparł Hermes. Zresztą nam wszystkim zależy, żeby pozbyć się Maryi. Suka jest zbyt nieobliczalna. Ale może istnieje prostszy sposób na poradzenie sobie z nią niż odcinanie kutasa staremu tytanowi? Wtrącił się Chronos. Nagle wszystko się zatrzęsło. Pułki skalne nad naszymi głowami zaczęły się kruszyć i z głośnym hukiem odsuwać w głąb zbocza. Większe głazy toczyły się we wszystkie strony i zasypywały całe otoczenie swoimi kruszącymi się odłamkami. Jebane trzęsienie ziemi? Wrzasnęłam usiłując przekrzyczeć huk walących się gór. Nie. Odparł Fenrir. Znaleźliśmy Kronosa. Wtedy do nas dotarło. Podziemne góry, które wystawały z Tartaru nie były w istocie zwykłymi kamykami. Przez cały czas wędrowaliśmy po ramieniu naszego tytana.

Ogrom jego ciała był zbyt duży, by dało się dostrzec jego pełną sylwetkę w tych ciemnościach. Jedyne co widzieliśmy to nasze otoczenie, nadgarstek i dłoń giganta. Zaczęliśmy spadać. W tym straszliwym hałasie słyszałam tylko przeraźliwy krzyk Chronosa, który kurczowo trzymał się bezradnego Fenrira. Uderzyliśmy po drodze w jakąś skałę. Coś odbiło mi się o udło, a kiedy w końcu rompnęliśmy o stały grunt, prawie straciłam przytomność. Kiedy otarłam oczy kawałkiem koszuli, zauważyłam przed sobą dwa ogromne pulsujące kryształy, przypominające oczy. Czego tu szukacie? Ryknął Kronos i wyszczerzył do nas swoje ostre, kamienne zęby, złożone ze stalagmitów i stalaktytów. Naprawdę nie wiem, czy chcesz wiedzieć.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.