Mentionsy Mentionsy
Kryminatorium
Kryminatorium

Heweliusz. Jak doszło do katastrofy?

06.11.2025 ·41 min 19 s

14 stycznia 1993 roku prom kolejowo-samochodowy Jan Heweliusz, kursujący na trasie Świnoujście-Ystad, zatonął w czasie potężnego sztormu. Tamtej tragicznej nocy, podczas której Bałtyk pokazał swoje najgorsze oblicze, zginęło 56 osób. Była to największa katastrofa w historii polskiej żeglugi powojennej. I jedna z najbardziej tajemniczych. Dlaczego prom wypłynął z portu pomimo ostrzeżeń? Kto wówczas zawinił? Czy można było uniknąć błędów i w porę zapobiec tragedii? I dlaczego wokół tamtych wydarzeń krąży dziś tak wiele teorii spiskowych?

Naprawa furty wciąż się jednak przedłużała. Leszek Adamczewski w swojej książce Heweliusz i inne przemilczane katastrofy powojennej Polski napisał, że wtedy, gdy Heweliusz wyszedł w swój ostatni rejs, nadal nie była ona ukończona, przez co nie spełniała wymogów tzw. strugoszczelności. Wiązało się to z tym, że podczas rejsu woda morska dostawała się przez furtę do środka. Co prawda w niewielkich ilościach, ale jednak. W kwietniu 1992 roku funkcję dowódcy Heweliusza objął 46-letni kapitan Andrzej Ułasiewicz.

Sprawdzaliśmy m.in. mocowania ładunków i stan pokładów. Kierowcy ciężarówek przebywali w swoich kabinach. W miarę oddalania się od wybrzeża siła wiatru wzrosła. Najpierw do 8, później do 9 stopni w skali Boforta. Zaczęło padać, a temperatura powietrza spadła poniżej zera. Woda morska mieszała się ze śniegiem, tworząc na pokładzie warstwę lodu. Kapitan Ułasiewicz wydał komendę zmniejszenia prędkości i korekty kursu o kilka stopni w lewo, aby zminimalizować uderzenia fal. Krótko przed godziną drugą w nocy pojawiły się pierwsze komplikacje. Na pokładzie samochodowym zauważono, że woda zaczęła sączyć się przez rampę rufową.

Kapitan Ułasiewicz postanowił sztormować rufą, czyli ustawić ją w kierunku wiatru. Dlatego nakazał zmianę kursu i zredukowanie prędkości. Dodatkowo manewrował śrubami okrętowymi, ustawiając śrubę napędową prawej burty na wstecz, a lewej na przód. W tamtym momencie prom znajdował się w odległości około 15 mil morskich na wschód od przelątka Koliker Ort, na półwyspie Jasmund, będącym częścią rugi, co dawało mu jeszcze częściową osłonę od coraz silniejszego wiatru. W marynarskich kajutach ze stołów zaczęły spadać naczynia, a ustawione na podłogach pakunki przesuwały się od jednej ściany do drugiej.

Na burtę obciążoną wodą przepompowaną wcześniej do lewego zbiornika balastowego. Chyba wszyscy wiedzieliśmy już wtedy, że raczej już nie damy rady się wyprostować. Dokładnie o godzinie 4.32 kapitan Ułasiewicz uruchamia dzwonki alarmowe oraz ogłasza alarm opuszczenia statku. Cztery minuty później nadaje komunikat Mayday, który na całym świecie oznacza wezwanie pomocy na morzu. Mayday, mayday. Wszystkie statki. Tu polski prom Jan Heweliusz. Polski prom Jan Heweliusz.

Na wołanie Heweliusza jako pierwsza reaguje stacja dyżurna na duńskim Bornholmie. Próbuje ustalić jego dokładne położenie. Jan Heweliusz. Jan Heweliusz. Tu RON Radio. Kapitan Ułasiewicz odpowiedział niemal natychmiast. Ron Radio, tu Jan Heweliusz. Jan Heweliusz, jaka jest Twoja pozycja? Zachowując kamienny spokój, kapitan łamaną angielszczyzną próbował odpowiadać najlepiej, jak tylko potrafił. Blisko, blisko, ale niedaleko od Koliker. Pozycja niedaleko Koliker. Dam Wam ten namiar wkrótce.

Polscy piloci długo czekali na zezwolenie władz niemieckich na operowanie w ich obszarze powietrznym. Czekali, choć tak naprawdę nie musieli, bo zgodnie z zawartymi umowami międzynarodowymi w przypadku udziału w akcjach ratunkowych taka zgoda w ogóle nie była im potrzebna. Pomimo ogromnego wysiłku międzynarodowych służb dramatyczna akcja ratunkowa przebiegała z wieloma komplikacjami. Fatalne warunki pogodowe, zła widoczność oraz stan fizyczny rozbitków sprawiły, że udało się uratować tylko dziewięciu członków załogi Heweliusza. Pozostali członkowie załogi, w tym kapitan Ułasiewicz, który na swoim mostku pozostał bohatersko do samego końca oraz wszyscy pasażerowie promu zakończyli swoje życie w głębinach lodowatego Bałtyku.

Odpowiedzialnością obarczono również załogę promu, w tym kapitana Ułasiewicza, o czym donosił artykuł Marka Wtorka, opublikowany w serwisie Radio Kielce. Trzy lata później, w styczniu 1999 roku, odwoławcza Izba Morska w swym orzeczeniu uznała, że najbardziej prawdopodobną przyczyną katastrofy były jednak fatalne warunki pogodowe, W swoim orzeczeniu Izba wspomniała wprawdzie, że prom nie nadawał się do żeglugi z powodu złego stanu technicznego, to jednak odpowiedzialność za ten stan rozmyto, a główną winą obarczono kapitana. Było to bardzo sprytne posunięcie, ponieważ nieżyjący już kapitan nie mógł się w żaden sposób obronić.

Pokazano wszystkie 7 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.