Mentionsy Mentionsy
Kryminatorium
Kryminatorium

Heweliusz. Jak doszło do katastrofy?

06.11.2025 ·41 min 19 s

14 stycznia 1993 roku prom kolejowo-samochodowy Jan Heweliusz, kursujący na trasie Świnoujście-Ystad, zatonął w czasie potężnego sztormu. Tamtej tragicznej nocy, podczas której Bałtyk pokazał swoje najgorsze oblicze, zginęło 56 osób. Była to największa katastrofa w historii polskiej żeglugi powojennej. I jedna z najbardziej tajemniczych. Dlaczego prom wypłynął z portu pomimo ostrzeżeń? Kto wówczas zawinił? Czy można było uniknąć błędów i w porę zapobiec tragedii? I dlaczego wokół tamtych wydarzeń krąży dziś tak wiele teorii spiskowych?

Kolejowo-samochodowy prom Jan Heweliusz został zamówiony w połowie lat 70. przez Polskie Linie Oceaniczne. Przedsiębiorstwo to było wówczas jednym z filarów gospodarski morskiej PRL. Decyzja o budowie nowej jednostki była elementem szerszego planu rozwoju połączeń promowych pomiędzy naszym krajem a Skandynawią, co podkreślił Adam Zadworny w książce Heweliusz. Tajemnice katastrofy na Bałtyku. Polska modernizując swoją flotę korzystała z doświadczeń norweskich stoczni, które w tamtym okresie specjalizowały się w konstrukcji nowoczesnych jednostek typu towarowego, przystosowanych do przewozu ciężarówek i wagonów kolejowych.

1979 rok – zderzenie z kutrem rybackim. 1981 – kolizja z mniejszą jednostką niemiecką. rok później wejście na mieliznę przy falochronie. Nic więc dziwnego, że w środowisku marynarskim szybko zaczęto mówić o pechowym promie. A niektórzy twierdzili nawet, że Heweliusz padł ofiarą morskiej klątwy. Kapitanowie, którzy nim dowodzili, podkreślali jego wrażliwość na silny wiatr i duże fale. Według relacji opisanych w książce Adama Zadwornego, Prom źle reagował na przechyły, a jego wysoki środek ciężkości utrudniał utrzymanie stabilności w czasie sztormu. W opinii niektórych oficerów problemem była również dorobiona nadbudówka, która zwiększała powierzchnię boczną kadłuba, a co za tym idzie narażała jednostkę na działanie wiatru.

Zostali nagle wybudzeni ze snu. Nie wiedzieli, gdzie powinni pójść i co robić. Wielu z nich nie zabrało ze swoich kabin nawet ciepłego ubrania. Niektórzy mężczyźni ubrani byli tylko w to, co mieli na sobie podczas snu. Pijamy, szorty, podkoszulki z krótkim rękawem. Część z nich na stopach miała kapcie, choć byli też tacy, którzy swoje kabiny opuścili na bosaka, co w swojej książce wyraźnie podkreślił Adam Zadworny. Większość z nich nie ma na sobie kamizelek ratunkowych, choć te znajdują się przy drzwiach ich kabin w specjalnych skrzyniach. Ich ewakuacji nikt nie prowadzi, bo ochmistrz i stewardowie właśnie próbują ratować własne życie.

W skład tej komisji weszli przedstawiciele Urzędu Morskiego w Gdyni, Polskiego Rejestru Statków, Marynarki Wojennej, a także specjaliści z Politechniki Gdańskiej i Instytutu Morskiego. Równolegle swoje śledztwo wszczęła Prokuratura Okręgowa w Gdańsku, która prowadziła postępowanie w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci 55 osób. Warto w tym miejscu wspomnieć, że dziś uznaje się, że w katastrofie zginęło 56 osób. Dodatkową ofiarę, a była nią 17-letnia córka jednego z austriackich kierowców, dopisano do oficjalnej listy ofiar już po publikacji książki Adama Zadwornego, który dotarł do tej ważnej informacji przedstawiając ten fakt opinii publicznej.

Podczas oględzin stwierdzono, że ramię rampy zostało oderwane siłą działającą od wewnątrz, co wskazywało, że woda napierała od strony ładowni. Część stalowych elementów była wygięta, a ślady korozji sugerowały wcześniejsze nieszczelności. Nie odnaleziono żadnych dowodów eksplozji ani kolizji z innym obiektem. W dokumentach komisji oraz w materiałach, do których dotarł Adam Zadworny, powtarzały się cztery główne obszary analizy. Stan rampy rufowej i szczelności kadłuba, zabezpieczenie ładunku, wpływ warunków pogodowych oraz decyzje nawigacyjne. Jako, że nic nie potwierdzało hipotez dotyczących sabotażu czy kolizji z inną jednostką, śledczy stanowczo odrzucili taką możliwość.

Później pojawiła się kolejna teoria, tym razem ta z gatunku sensacyjnych. Według artykułu opublikowanego w serwisie Polskie Radio 24, Heweliusz miał przewozić nieujawniony ładunek wojskowy. Jaki? Wersje były różne. Mówiono, że broń i amunicję z krajów bałtyckich, którą polskie służby potajemnie sprzedawały Skandynawom. Inni twierdzili, że był to sprzęt wojskowy pochodzący jeszcze z czasów Związku Radzieckiego, który przemycano do Szwecji, skąd później trafić miał do Norwegii, a nawet na Bałkany. Istnienie tych plotek potwierdził Adam Zadworny w rozmowie z dziennikarzem krytyki politycznej.

Z roku na rok coraz bardziej niszczeje, stając się coraz mniej przypominającym siebie samego, milczącym świadkiem minionej epoki, w której żegluga była wypadkową ambicji, niedbalstwa i presji czasu. Książka Adama Zadwornego. Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku. Wydana w roku 2024 przez Wydawnictwo Czarne. Książka Leszka Adamczewskiego. Heweliusz i inne przemilczane katastrofy powojennej Polski. Wydana w roku 2025 przez Wydawnictwo Replika. Książka Jarosława Reszki. Cześć, giniemy. Największe katastrofy w powojennej Polsce.

Pokazano wszystkie 7 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.