Heweliusz. Jak doszło do katastrofy?
14 stycznia 1993 roku prom kolejowo-samochodowy Jan Heweliusz, kursujący na trasie Świnoujście-Ystad, zatonął w czasie potężnego sztormu. Tamtej tragicznej nocy, podczas której Bałtyk pokazał swoje najgorsze oblicze, zginęło 56 osób. Była to największa katastrofa w historii polskiej żeglugi powojennej. I jedna z najbardziej tajemniczych. Dlaczego prom wypłynął z portu pomimo ostrzeżeń? Kto wówczas zawinił? Czy można było uniknąć błędów i w porę zapobiec tragedii? I dlaczego wokół tamtych wydarzeń krąży dziś tak wiele teorii spiskowych?
Nagle około godziny 4.20 wiatr wyraźnie osłabł. Przechył zniknął, a Heweliusz nieoczekiwanie się wyprostował. Obecni na mostku oficerowie odetchnęli z ulgą, uznając, że najgorsze mają już za sobą. Wkrótce okazało się, jak bardzo się mylili. Gdy tylko prom minął Arkonę, tracąc w ten sposób naturalną osłonę od wiatru, nagle huragan ponownie dał o sobie znać. Heweliusz, który próbując ustawić się wcześniej pod wiatr, zmienił swoją pozycję, otrzymał potężne ciosy. Zachodni wiatr raz za razem uderzał w naszą prawą burtę. Po kilku takich ciosach prom zaczął się niebezpiecznie pochylać w lewą stronę.
Dyżurna duńskiej stacji potwierdziła odebranie meldunku, ale nie znając pozycji promu, nie wydała polecenia uruchomienia akcji ratunkowej. Niedługo później ponownie nawiązuje łączność z Heweliuszem, ponaglając kapitana, aby ten określił swoją pozycję. Kapitan tym razem zdradzający już pierwsze oznaki zdenerwowania w końcu odpowiada. Kapitan z jakiegoś do dziś niewyjaśnionego powodu, być może z powodu stresu, podał dyżurnej błędną pozycję. Tak naprawdę Heweliusz znajdował się po wschodniej, a nie po zachodniej strony Arkony.
Poruszanie się po tonącym promie z minuty na minutę stawało się coraz trudniejsze. O godzinie 5.12 Heweliusz przewrócił się stępką do góry. Na powierzchni wody wciąż utrzymywała go jednak poduszka powietrzna, jaka wytworzyła się wewnątrz promu. Na miejscu katastrofy jako pierwszy pojawił się śmigłowiec duński. Niedługo po nim nadleciał śmigłowiec niemiecki. Ratownicy mieli tylko kilka minut na uratowanie ludzi znajdujących się w wodzie, której temperatura wynosiła wówczas 2 stopnie Celsjusza. Tym, którzy nie utonęli od razu, groziła szybka śmierć z powodu wychłodzenia organizmu. Przybycie ekip ratunkowych zostało wyraźnie opóźnione z powodu błędu kapitana, który w swoim meldunku poinformował, że Heweliusz znajduje się na zachód od Arkony.
Dlatego śmigłowce ratunkowe najpierw skierowały się właśnie tam. Dopiero później trafiły we właściwe miejsce. Przybył tam też niemiecki statek ratowniczy Arkona. Polskie śmigłowce pojawiły się dopiero kilka godzin później. Dlaczego? Wyjaśnił to w swojej książce Leszek Adamczewski. Był to skutek skandalicznej bezczynności dyżurnego Polskiego Ratownictwa Okrętowego w Gdyni, który uznał, że prom przebywa w niemieckiej strefie operacyjnej, więc otrzymany meldunek zlekceważył. Poważnie potraktował go dopiero dyrektor stacji, który wczesnym rankiem zjawił się w pracy, ale polskie maszyny nie od razu ruszyły z pomocą.
Pokazano wszystkie 4 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
14 stycznia 1993 roku prom kolejowo-samochodowy Jan Heweliusz, kursujący na trasie Świnoujście-Ystad, zatonął w czasie potężnego sztormu. Tamtej tragicznej nocy, podczas której Bałtyk pokazał swoje najgorsze oblicze, zginęło 56 osób. Była to największa katastrofa w historii polskiej żeglugi powojennej. I jedna z najbardziej tajemniczych. Dlaczego prom wypłynął z portu pomimo ostrzeżeń? Kto wówczas zawinił? Czy można było uniknąć błędów i w porę zapobiec tragedii? I dlaczego wokół tamtych wydarzeń krąży dziś tak wiele teorii spiskowych?