Hrabia Monte Christo. 37. Katakumby Świętego Sebastiana
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
– A wiesz pan, gdzie poszedł? — Nie, nie wiem dokładnie. Zdaje mi się jednak, że było to coś w rodzaju schacki miłosnej. — Dolicha! — zawołał książę. — To zły dzień, albo raczej zła noc na takie późne wyprawy, prawda, pani hrabino? Słowa te zwrócone były do hrabiny G., która weszła przed chwilą i przechadzała się wsparta na ramieniu pana Torlonia, brata księcia. — No, przeciwnie. Noc jest pełna czaru i tutaj obecnie będą żałowali tylko jednego, że zbyt prędko przeminie, odparła hrabina. Ja też nie mówię o osobach, które są tutaj, odparł książę uśmiechając się. Mężczyznom grozi tutaj tylko, że mogą paść ofiarą pani wdzięków, a kobietom, że się pochorują z zazdrości widząc, jak pani jesteś piękna. Mówię tu naturalnie o tych, co uganiają się po ulicach.
Ach, mój Boże, zawołała hrabina. Kogóż, któż chodzi po ulicach o tej godzinie? Chyba ci, którzy idą na bal? Nasz wspólny przyjaciel, pani hrabino, Albert de Morcer, z którym rozstaliśmy się, gdy pogonił za swoją nieznajomą o siódmej wieczór, oznajmił Franz. Od tej pory już go nie widziałem. Jak to? I nie wiesz gdzie jest? Nie mam najmniejszego pojęcia. Ma jakąś broń przy sobie? Jak? Przecież jest w kostiumie Arlekina. O, nie powinien był pan go puszczać, rzekł książę. Zna pan Rzym lepiej od niego. Zapewne mógłbym równie dobrze próbować zatrzymać w biegu konia, który wygrał dzisiaj gonitwę, odparł Frans. A zresztą cóż mu się może stać? Kto wie, noc ciemna choć oko wykol, a tyber niedaleko odwija macello.
Franza przebiegł zimny dreszcz. To, co mówił książę i hrabina, aż nazbyt wturowało jego własnemu niepokojowi. – Dlatego właśnie powiedziałem w hotelu, że będę miał zaszczyt spędzić nocu księcia – rzekł Franz – i mają mi natychmiast dać znać, gdy Albert wróci. I oto zdaje mi się, zauważył książę, że mój lokaj pana szuka. W samej rzeczy, służący spostrzegłszy Franz'a, zbliżył się do niego. — Wiesz nie, panie? — rzekł. — Właściciel hotelu prosi zawiadomić pana, że czeka tam na pana jakiś człowiek z listem od hrabiego Morserfa. — Z listem od hrabiego? — zawołał Franz. — Tak. — Cóż to za człowiek? — Dlatego nie wiem. — Dlaczegoż tu listu żeś nie przyniósł? — Posłaniec nic więcej nie mówił. — A gdzież posłaniec?
Poszedł u sobie, jak tylko zobaczył, że wchodzę do sali balowej, by pana zawiadomić. – O Boże! – zawołała hrabina. – Niech pan idzie. Biedny chłopiec, pewnie mu się coś przydarzyło. – No już biegnę. – Wrócisz pan jeszcze do nas, by powiedzieć, co się stało? – zapytała hrabina. – Tak, jeżeli tylko sprawa nie jest poważna. W przeciwnym razie sam jeszcze nie wiem, co będę robił. – W każdym razie niechże pan będzie rozważny – rzekła hrabina. – O, proszę się nie martwić. Franz pochwycił cylinder i pospiesznie wybiegł z sali. Powóz miał zajechać po niego dopiero o drugiej. Na szczęście pałac Bracciano, który stoi na rogu Via del Corso i Placu Świętych Apostołów, znajduje się o 10 minut drogi od hotelu londyńskiego. Zbliżając się do hotelu, Franz spostrzegł jakiegoś człowieka stojącego na środku ulicy.
— Kto idzie? — krzyknął inny wartownik, nie zajmujący się strażowaniem, który przy świetle lampy spostrzegł, jak za wodzem rośnie jakiś cień. Na ten krzyk wampa zerwał się, dobywając pistoletu z zapasa. W mgnieniu oka wszyscy bandyci znaleźli się na nogach i dwadzieścia luf zwróciło się ku hrabiemu. — Ależ — rzekł hrabia spokojnym tonem, a w jego twarzy nie drgnął nawet mięsień — ależ, mój drogi wampo, czyż to nie za wiele ceremonii, by powitać przyjaciela? — Broń do nogi! — zawołał wódz, dając jedną ręką znak rozkazujący, a drugą zdejmując z uszanowaniem kapelusz. I zwrócił się ku osobie, która grała pierwsze skrzypce w tej scenie. — Przepraszam, panie hrabio, ale tak dalece nie spodziewałem się, że będę miał zaszczyt oglądać pana tutaj, żem go wcale nie poznał.
— Zdaje się, drogi wampo, że masz krótką pamięć pod każdym względem. Nie tylko nie pamiętasz ludzkich twarzy, ale i umów, jakie zawierasz. — A jakich to warunków nie dopełniłem, panie hrabio? — odezwał się bandyta tonem, który świadczył, że chciałby najszczerzej naprawić błąd, jeśli by takowy popełnił. — Czyż nie uzgodniliśmy? — spytał hrabia. — Że nie tylko ja, ale i moi przyjaciele mają być dla was nietykalni. — I w czymże ten traktat naruszyłem, ekscelencjo? — Porwaliście tego wieczora i przywieźliście tu wicehrabiego Alberta de Morserfa. — Otóż — mówił dalej hrabia tonem, od którego Franz zadrżał. Ten młody człowiek jest jednym z moich przyjaciół. Ten młody człowiek mieszka w tym samym co i ja hotelu. Ten młody człowiek przez tydzień rozjeżdżał się po Corso w moim własnym powozie.
Wampa patrzył na śpiącego z pewnym podziwem. Widać było, że bandyta nie był niewrażliwy na taki dowód odwagi. — Pan hrabia ma słuszność — rzekł. — Taki człowiek musi należeć do pańskich przyjaciół. Potem podszedł do Alberta i trącił go w ramię. — Niech ekscelencja raczy się zbudzić! Albert przeciągnął się, przetarł oczy i spojrzał. — Ach, to wy wodzu! — zawołał. Dolicha, po co było wyrywać mnie ze snu? Śniło mi się coś nader przyjemnego. Tańczyłem galopkę u pana Torlonia z hrabiną G. Wyciągnął zegarek, nie oddał go, pragnąc sam wiedzieć, jak mija czas. W pół do drugiej, zawołał, ale pokiego diabła budzisz mnie pan o tej godzinie? By zawiadomić ekscelencję, że jest wolny. Mój drogi, odparł Albert z absolutnym spokojem, zapamiętaj sobie na przyszłość tę oto zasadę Napoleona Wielkiego.
Budźcie mnie tylko, gdy przyjdą złe wieści. Gdybyś pozwolił mi spać, skończyłbym moją galopkę, za co byłbym Ci wdzięczny do grobu. Więc zapłacono już okup? Nie. E, no to jakimże sposobem mam być wolny? Ktoś, komu nie mogę niczego odmówić, przybył upomnieć się o Pana. Aż tutaj? Aż tutaj. Ha, do licha. To dopiero miły człowiek. Albert rozejrzał się wokół i spostrzegł Franza. – No i jak to, mój drogi, to ty posuwasz tak daleko poświęcenie dla mnie? – Nie, nie ja – odpowiedział Franz. – Ale nasz sąsiad, pan Hrabia de Monte Christo. – Ach, naprawdę, panie hrabio – odpowiedział wesoło Albert, poprawiając halsztuk i mankiety. – Jest pan człowiekiem nieoszacowanym i mam nadzieję, że raczysz mnie uważać.
Gdy dotarli do drzwi, ukłonił się. — Teraz, panie hrabio — odezwał się — przepraszam raz jeszcze i mam nadzieję, że nie zachowasz panu razy do mnie za to, co się stało. — Nie, kochany Luigi. Naprawiasz swoje błędy w tak ujmujący sposób, że ma się wręcz ochotę być ci za nie wdzięcznym. Panowie , być może propozycja moja wyda się Wam niezbyt zachęcająca, ale gdyby się Panom kiedykolwiek podobało odwiedzić mnie po raz drugi, możecie być pewni serdecznego przyjęcia. Franz i Albert skłonili się. Hrabia wyszedł pierwszy, zanim Albert. Franz zaś nie kwapił się jakoś do wyjścia. — Ekscelencja, chciałby mnie o coś zapytać? — zagadnął z uśmiechem Wampa. — Przyznam się panu, że tak. Jestem ciekaw, co to za dzieło czytałeś pan z taką uwagą, gdyśmy weszli.
— Komentarze Cezara — rzekł bandyta. — To moja ulubiona książka. — Ejże, nie idziesz? — zawołał Albert. — Zaraz — odparł Franz. — Już idę. I wysunął się przez rozpadlinę. Przeszli potem kilka kroków. — Ach, przepraszam — odezwał się Albert, zawracając. — Za pozwoleniem wodzu. I zapalił cygaro od pochodni wampy. – A teraz, panie hrabio, – rzekł Albert, – jedźmy, jak można najprędzej. Zależy mi niezmiernie, by zakończyć tę noc u księcia Bracciana. Powóz czekał w tym samym miejscu. Hrabia rzucił alemu jedno słowo po arabsku i konie ruszyły galopem. Na zegarku Alberta była druga, gdy przyjaciele weszli na salę balową. Ich powrót wywołał sensację. Jako że weszli razem, wszelkie obawy o Alberta natychmiast ustały.
— Pani — rzekł wicehrabia de Morser, podchodząc do hrabiny — wczoraj raczyłaś mi, pani przyzec, zatańczyć ze mną galopkę. Może przybywam nieco późno, by przypominać o tej łaskawej obietnicy, lecz mój przyjaciel, a zna go pani jako człowieka prawdomównego, potwierdzi, że spóźnienie to nie nastąpiło z mojej winy. W tej właśnie chwili muzyka jeła przegrywać do walca. Albert objął kibić hrabiny i znikli oboje w wirze tańczących. Tymczasem Franz rozmyślał, co mógł znaczyć ten szczególny dreszcz, który przejął hrabiego Monte Christo, gdy był poniekąd zmuszony podać rękę Albertowi.
Pokazano wszystkie 11 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!