Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 37. Katakumby Świętego Sebastiana

27.07.2025 ·33 min 15 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

– Tak, widzę. Se alle sei della mattina le quattro mille piastre non sono nelle mie mani, alle sette il conto Alberto avrà cessato di vivere Luigi Vampa. — I co pan na to? — zapytał Franz. — Masz pan tę sumę? — Tak, ale brakuje ośmiuset piastrów. Hrabia podszedł do sekretarzyka, otworzył go i odsunął szufladę pełną złota. Spodziewam się, że nie obrazi mnie pan, zwracając się o to do kogoś innego. Widzi pan, że przyszedłem prosto do pana. I dziękuję panu za to. Proszę, niech pan bierze. I zachęcił Franza gestem. Czy to naprawdę konieczne, posyłać tę sumę Luigiemu w Ampie? odezwał się młody człowiek, spoglądając na hrabiego równie przenikliwie.

Do diabła! zawołał hrabia. Osądź pan sam. Post scriptum wydaje się jasne. Zdaje mi się, że gdyby raczył pan zastanowić się przez chwilę, — To znalazłbyś inny sposób, który znacznie ułatwiłby nam negocjacje — odrzekł Franz. — Jaki mianowicie? — zdumiał się hrabia. — Na przykład gdybyśmy się udali razem do Luigiego Wampy, jestem pewien, że nie odmówiłby panu i uwolnił Alberta. Mnie? A jakiż mogę mieć wpływ na tego bandytę? Czyż nie wyświadczył mu Pan przysługi? Takiej, której nie da się zapomnieć? Jakiejże? Czyż nie ocalił Pan Pepina? Ohoho! A któż to Panu powiedział? Cóż to Pana obchodzi? Wystarczy, że wiem. Hrabia zamilkł na chwilę, marszcząc brew.

A gdybym się udał do Wampy, pojechałby Pan ze mną? Jeżeli moje towarzystwo nie będzie Panu nieprzyjemne. A więc dobrze. Pogoda jest piękna, spacer za miasto może nam tylko posłużyć. Trzeba wziąć broń? A po cóż? A pieniądze? Nie ma potrzeby. Gdzie ten człowiek, co przyniósł list? Na ulicy. Czeka na odpowiedź? Tak. Musimy wiedzieć, gdzie mniej więcej mamy jechać. Zawołam go. Zbyteczne. Nie chciał wejść. Co do Pana może, ale mnie nie będzie robił trudności. Hrabia podszedł do okna, które wychodziło na ulicę i gwizdnął w szczególny sposób. Człowiek w pelerynie oderwał się od ściany i stanął na środku ulicy. – Salite! – zawołał hrabia takim tonem, jakby wydawał rozkaz słudze. Posłaniec posłuchał natychmiast bez najmniejszego wahania, a nawet z pośpiechem i przeskakując cztery stopnie podestów biegł do hotelu.

Możesz pan mówić przy mnie, podjął Franz. Jestem przyjacielem hrabiego. Zgoda, rzekł Peppino, zwracając się do hrabiego. Niech ekscelencja raczy pytać, a ja będę odpowiadał. Jakim sposobem hrabia Albert wpadł w ręce Luigiego? Jaśnie Panie, powóz Francuza wielokrotnie mijał się z kolaską Teresy. – Kochanki Waszego wodza? – Tak. Francuz robił do niej słodkie oczy, a Teresa do niego, dla zabawy. Francuzik rzucał jej kwiaty, ona mu też. A wszystko ma się rozumieć za pozwoleniem wodza, który był w tej samej kolasce. – Jak to? – wykrzyknął Francuz. – Luigi Wampa był w powozie rzymskich wieszniaczek? Był, był. Powoził przebrany za Stangreta. – A potem? – zapytał hrabia. – No, potem to Francuz zdjął maskę.

Szli w milczeniu. Hrabia prowadził Fransa, jakby posiadał przedziwny dar widzenia w ciemnościach. Zresztą i Frans zaczął rozpoznawać coraz lepiej drogę, w miarę jak zbliżali się do refleksów światła, które służyły im za drogowskaz. Przed nimi wyłoniły się trzy arkady, z których środkowa stanowiła drzwi. Arkady te wychodziły z jednej strony na korytarz, gdzie byli Franz i Hrabia, a z drugiej na wielką kwadratową komnatę, otoczoną także niszami. Pośrodku komnaty stały cztery kamienie, niegdyś służące za ołtarz, jak to wskazywał nadal wieńczący je krzyż. Jedyna lampa postawiona na ściętym trzonie kolumny Oświetlała bladym, chwiejnym światłem dziwaczną scenę, jaka otwarła się przed skrytymi w ciemności obserwatorami.

Odwrócony tyłem do arkat, przez które patrzyli na niego przybysze, siedział jakiś człowiek, a wsparłszy łokieć o kolumnę, czytał. Był to wódz bandy, Luigi Vampa. Wokół niego dostrzec można było ze dwudziestu bandytów ulokowanych, jak im się żywnie podobało, albo wylegiwali się w pelerynach na ziemi, Aleksander Dumas. Gdy hrabia uznał, że Franz nasycił już oko tym malowniczym obrazem, przyłożył palec do ust, zalecając mu milczenie i pokonując trzy schodki, które prowadziły z korytarza do kolumbarium, wszedł do komnaty przez środkową arkadę i podszedł do wampy, tak głęboko zatopionego w lekturze, że nie słyszał nawet odgłosu jego kroków.

— Kto idzie? — krzyknął inny wartownik, nie zajmujący się strażowaniem, który przy świetle lampy spostrzegł, jak za wodzem rośnie jakiś cień. Na ten krzyk wampa zerwał się, dobywając pistoletu z zapasa. W mgnieniu oka wszyscy bandyci znaleźli się na nogach i dwadzieścia luf zwróciło się ku hrabiemu. — Ależ — rzekł hrabia spokojnym tonem, a w jego twarzy nie drgnął nawet mięsień — ależ, mój drogi wampo, czyż to nie za wiele ceremonii, by powitać przyjaciela? — Broń do nogi! — zawołał wódz, dając jedną ręką znak rozkazujący, a drugą zdejmując z uszanowaniem kapelusz. I zwrócił się ku osobie, która grała pierwsze skrzypce w tej scenie. — Przepraszam, panie hrabio, ale tak dalece nie spodziewałem się, że będę miał zaszczyt oglądać pana tutaj, żem go wcale nie poznał.

— Zdaje się, drogi wampo, że masz krótką pamięć pod każdym względem. Nie tylko nie pamiętasz ludzkich twarzy, ale i umów, jakie zawierasz. — A jakich to warunków nie dopełniłem, panie hrabio? — odezwał się bandyta tonem, który świadczył, że chciałby najszczerzej naprawić błąd, jeśli by takowy popełnił. — Czyż nie uzgodniliśmy? — spytał hrabia. — Że nie tylko ja, ale i moi przyjaciele mają być dla was nietykalni. — I w czymże ten traktat naruszyłem, ekscelencjo? — Porwaliście tego wieczora i przywieźliście tu wicehrabiego Alberta de Morserfa. — Otóż — mówił dalej hrabia tonem, od którego Franz zadrżał. Ten młody człowiek jest jednym z moich przyjaciół. Ten młody człowiek mieszka w tym samym co i ja hotelu. Ten młody człowiek przez tydzień rozjeżdżał się po Corso w moim własnym powozie.

A jednak powtarzam ci, porwałeś go i przywiozłeś tutaj. I, dodał hrabia wyciągając list z kieszeni, nałożyłeś na niego okup jak na pierwszego lepszego. Dlaczegoście mnie o tym nie uprzedzili, słyszycie? – zawołał wam, odwracając się do swoich podwładnych, którzy cofnęli się pod jego spojrzeniem. Dlaczego naraziliście mnie na złamanie słowa wobec takiego człowieka jak pan hrabia, który ma w swym ręku nasze życie? Narany zbawiciela, gdybym sądził, że któryś z was wiedział, iż ten młody człowiek jest przyjacielem pana hrabiego, własnoręcznie wywaliłbym mu w łeb. – A co? – zwrócił się do Fransa hrabia. – Nie mówiłem panu, że zaszła jakaś pomyłka? — Pan hrabia nie przyszedł sam? — zapytał wampa z niepokojem.

— Jestem z osobą, do której ten list był napisany, a której chciałem dowieść, że Luigi Wampa jest człowiekiem słownym. — Niech pan baron zechce tu podejść — rzekł do Franza. — Luigi Wampa sam panu powie. Jak głęboko żałuję tej pomyłki. Franz zbliżył się. Wódz podszedł także kilka kroków i rzekł. – Witaj nam, ekscelencjo. Słyszał pan, co mówił pan hrabia i co mu na to odpowiedział. Dodam jeszcze, że nie pragnąłbym, aby doszło do takiej pomyłki nawet za cztery tysiące piastrów, które wyznaczyłem za życie pańskiego przyjaciela. – Ale – zapytał Franz, rozglądając się z niepokojem wokół – gdzie jest więzień? Nie widzę go. — Nic mu się nie stało, mam nadzieję? — spytał hrabia, marszcząc wbrew. — Więzień jest tam — rzekł wampa, wskazując ręką na zagłębienie, przed którym przechadzał się wartownik.

— Powiem mu osobiście, że jest wolny. Podszedł do miejsca, które wskazał jako więzienie Alberta, a Franz i hrabia udali się za nim. — Co robi więzień? — zapytał wampa wartownika. — Przysięgam wodu, że nie wiem — odpowiedział. — Od godziny już nie słyszałem, żeby się coś tam poruszyło. — Zapraszam do środka — rzekł wampa. Hrabia i Franz weszli po ośmiu stopniach, poprzedzeni przez wampę, który odsunął zasuwę i pchnął drzwi. I wtedy przy świetle lampy, podobnej do tej, która paliła się w kolumbarium, zobaczyli Alberta. Otuliwszy się peleryną, której mu użyczył jeden z bandytów i skuliwszy się w kącie, spał jak zabity. Do prawdy uśmiechnął się w sobie tylko właściwy sposób hrabia. Całkiem nieźle jak na człowieka, który miał być rozstrzelany o siódmej rano.

Wampa patrzył na śpiącego z pewnym podziwem. Widać było, że bandyta nie był niewrażliwy na taki dowód odwagi. — Pan hrabia ma słuszność — rzekł. — Taki człowiek musi należeć do pańskich przyjaciół. Potem podszedł do Alberta i trącił go w ramię. — Niech ekscelencja raczy się zbudzić! Albert przeciągnął się, przetarł oczy i spojrzał. — Ach, to wy wodzu! — zawołał. Dolicha, po co było wyrywać mnie ze snu? Śniło mi się coś nader przyjemnego. Tańczyłem galopkę u pana Torlonia z hrabiną G. Wyciągnął zegarek, nie oddał go, pragnąc sam wiedzieć, jak mija czas. W pół do drugiej, zawołał, ale pokiego diabła budzisz mnie pan o tej godzinie? By zawiadomić ekscelencję, że jest wolny. Mój drogi, odparł Albert z absolutnym spokojem, zapamiętaj sobie na przyszłość tę oto zasadę Napoleona Wielkiego.

— A istotnie — zawołał Albert. — Masz rację. Możemy tam być już na drugą. — Szanowny panie Luigi — ciągnął Albert. — Czy powinienem dopełnić jakichś formalności, nim pożegnam się z waszą ekscelencją? — Nie, panie — odpowiedział bandyta. — Jesteś wolny niczym wiatr. A więc życzę panu pomyślności i dużo radości w życiu. Chodźmy, panowie, chodźmy. I Albert razem z Fransem i hrabią zeszli po schodach i przeszli przez kwadratową salę. Wszyscy bandyci powstali i zdjęli kapelusze. – Peppino! – rzekł wódz. – Podaj mi pochodnię! – A cóż to pan robisz? – spytał hrabia. – Odprowadzę pana! – odrzekł herszt. – Chociaż w ten sposób uhonoruję waszą ekscelencję. I wziąwszy zapaloną pochodnię z rąk pasterza, poszedł przodem, nie jak lokaj gorliwy w swej służalczości, lecz jak król prowadzący ambasadorów.

Gdy dotarli do drzwi, ukłonił się. — Teraz, panie hrabio — odezwał się — przepraszam raz jeszcze i mam nadzieję, że nie zachowasz panu razy do mnie za to, co się stało. — Nie, kochany Luigi. Naprawiasz swoje błędy w tak ujmujący sposób, że ma się wręcz ochotę być ci za nie wdzięcznym. Panowie , być może propozycja moja wyda się Wam niezbyt zachęcająca, ale gdyby się Panom kiedykolwiek podobało odwiedzić mnie po raz drugi, możecie być pewni serdecznego przyjęcia. Franz i Albert skłonili się. Hrabia wyszedł pierwszy, zanim Albert. Franz zaś nie kwapił się jakoś do wyjścia. — Ekscelencja, chciałby mnie o coś zapytać? — zagadnął z uśmiechem Wampa. — Przyznam się panu, że tak. Jestem ciekaw, co to za dzieło czytałeś pan z taką uwagą, gdyśmy weszli.

— Komentarze Cezara — rzekł bandyta. — To moja ulubiona książka. — Ejże, nie idziesz? — zawołał Albert. — Zaraz — odparł Franz. — Już idę. I wysunął się przez rozpadlinę. Przeszli potem kilka kroków. — Ach, przepraszam — odezwał się Albert, zawracając. — Za pozwoleniem wodzu. I zapalił cygaro od pochodni wampy. – A teraz, panie hrabio, – rzekł Albert, – jedźmy, jak można najprędzej. Zależy mi niezmiernie, by zakończyć tę noc u księcia Bracciana. Powóz czekał w tym samym miejscu. Hrabia rzucił alemu jedno słowo po arabsku i konie ruszyły galopem. Na zegarku Alberta była druga, gdy przyjaciele weszli na salę balową. Ich powrót wywołał sensację. Jako że weszli razem, wszelkie obawy o Alberta natychmiast ustały.

Pokazano wszystkie 15 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.