Hrabia Monte Christo. 37. Katakumby Świętego Sebastiana
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
37. Katakumby Świętego Sebastiana. Franzowi nie zdarzyło się chyba jeszcze przeżyć tak gwałtownego załamania nastroju, tak nagłego przejścia od wesołości do smutku, jak w owej chwili rzekłbyś że Rzym pod czarodziejskim tchnieniem jakiegoś ducha nocy przemienił się w jeden rozległy grobowiec. Księżyc będący już w trzeciej kwadrze miał wzejść dopiero o jedenastej, co jeszcze bardziej powiększało ciemności. Ulice, którymi jechał młodzieniec, tonęły w głębokim mroku. Trasa zresztą nie była długa. Po dziesięciu minutach jego powóz albo raczej hrabiego zatrzymał się przed hotelem londyńskim. Obiad już był gotów. Ponieważ Albert uprzedził, że zapewne nie wróci zbyt wcześnie, Franz sam zasiadł do stołu.
– A wiesz pan, gdzie poszedł? — Nie, nie wiem dokładnie. Zdaje mi się jednak, że było to coś w rodzaju schacki miłosnej. — Dolicha! — zawołał książę. — To zły dzień, albo raczej zła noc na takie późne wyprawy, prawda, pani hrabino? Słowa te zwrócone były do hrabiny G., która weszła przed chwilą i przechadzała się wsparta na ramieniu pana Torlonia, brata księcia. — No, przeciwnie. Noc jest pełna czaru i tutaj obecnie będą żałowali tylko jednego, że zbyt prędko przeminie, odparła hrabina. Ja też nie mówię o osobach, które są tutaj, odparł książę uśmiechając się. Mężczyznom grozi tutaj tylko, że mogą paść ofiarą pani wdzięków, a kobietom, że się pochorują z zazdrości widząc, jak pani jesteś piękna. Mówię tu naturalnie o tych, co uganiają się po ulicach.
Ach, mój Boże, zawołała hrabina. Kogóż, któż chodzi po ulicach o tej godzinie? Chyba ci, którzy idą na bal? Nasz wspólny przyjaciel, pani hrabino, Albert de Morcer, z którym rozstaliśmy się, gdy pogonił za swoją nieznajomą o siódmej wieczór, oznajmił Franz. Od tej pory już go nie widziałem. Jak to? I nie wiesz gdzie jest? Nie mam najmniejszego pojęcia. Ma jakąś broń przy sobie? Jak? Przecież jest w kostiumie Arlekina. O, nie powinien był pan go puszczać, rzekł książę. Zna pan Rzym lepiej od niego. Zapewne mógłbym równie dobrze próbować zatrzymać w biegu konia, który wygrał dzisiaj gonitwę, odparł Frans. A zresztą cóż mu się może stać? Kto wie, noc ciemna choć oko wykol, a tyber niedaleko odwija macello.
Franza przebiegł zimny dreszcz. To, co mówił książę i hrabina, aż nazbyt wturowało jego własnemu niepokojowi. – Dlatego właśnie powiedziałem w hotelu, że będę miał zaszczyt spędzić nocu księcia – rzekł Franz – i mają mi natychmiast dać znać, gdy Albert wróci. I oto zdaje mi się, zauważył książę, że mój lokaj pana szuka. W samej rzeczy, służący spostrzegłszy Franz'a, zbliżył się do niego. — Wiesz nie, panie? — rzekł. — Właściciel hotelu prosi zawiadomić pana, że czeka tam na pana jakiś człowiek z listem od hrabiego Morserfa. — Z listem od hrabiego? — zawołał Franz. — Tak. — Cóż to za człowiek? — Dlatego nie wiem. — Dlaczegoż tu listu żeś nie przyniósł? — Posłaniec nic więcej nie mówił. — A gdzież posłaniec?
Poszedł u sobie, jak tylko zobaczył, że wchodzę do sali balowej, by pana zawiadomić. – O Boże! – zawołała hrabina. – Niech pan idzie. Biedny chłopiec, pewnie mu się coś przydarzyło. – No już biegnę. – Wrócisz pan jeszcze do nas, by powiedzieć, co się stało? – zapytała hrabina. – Tak, jeżeli tylko sprawa nie jest poważna. W przeciwnym razie sam jeszcze nie wiem, co będę robił. – W każdym razie niechże pan będzie rozważny – rzekła hrabina. – O, proszę się nie martwić. Franz pochwycił cylinder i pospiesznie wybiegł z sali. Powóz miał zajechać po niego dopiero o drugiej. Na szczęście pałac Bracciano, który stoi na rogu Via del Corso i Placu Świętych Apostołów, znajduje się o 10 minut drogi od hotelu londyńskiego. Zbliżając się do hotelu, Franz spostrzegł jakiegoś człowieka stojącego na środku ulicy.
Ani chwili nie wątpił, że był to posłaniec Alberta. Człowiek ten owinięty był wielką peleryną. Franz podszedł do niego i zdumiał się bardzo, gdyż nieznajomy przemówił pierwszy. — Czego Ekscelencja ode mnie chce? — rzekł, cofając się o krok, jak człowiek, który ma się na baczności. — Czy to nie pan przyniosłeś mi list od hrabiego de Morserfa? — Ekscelenca mieszka w hotelu Pastryniego? — Tak. — I jest pan towarzyszem podróży hrabiego? — Tak. — A jakże się Ekscelencja zowie? — Baron Franz de Epinay. — Zatem list ten jest do waszej Ekscelencji. — Czy mam odpowiedzieć? — zapytał Franz, przyjmując list. — Tak, a przynajmniej pański przyjaciel ma taką nadzieję. — Więc niech pan idzie ze mną, zaraz odpiszę. — Wolę zaczekać tutaj — roześmiał się wysłannik.
Brakowało zatem blisko 800 piastrów do całkowitej sumy. Franz mógł wprawdzie w podobnym wypadku liczyć na grzeczność panów Torlonia. Już się więc wybierał z powrotem do pałacu Bracciano, gdy nagle w głowie zajaśniała mu pewna myśl. Przypomniał sobie hrabiego de Monte Christo. Już miał posłać po pana Pastriniego, gdy hotelarz sam pojawił się w drzwiach. – Drogi panie Pastrini, – zapytał żywo, – jak pan sądzi, czy hrabia jest u siebie? – Jest, ekscelencjo, tylko co powrócił. – A zdążył się już położyć? – Wątpię. – Racz więc pan zadzwonić do jego drzwi i zapytać, czy mógłbym do niego przyjść. Imć Pastrini spiesznie spełnił prośbę Fransa, wrócił w pięć minut później. Pan hrabia czeka na waszą ekscelencję. Franz przeszedł przez klatkę schodową.
Lokaj wprowadził go do hrabiego. Hrabia był w małym gabineciku otoczony sofami, którego Franz nie miał jeszcze okazji widzieć. Monte Christo wyszedł mu naprzeciw i rzekł. No, jakież to dobre wiatry sprowadzają tu pana o tej godzinie. Może przychodzisz pan przypadkiem zaprosić mnie na kolację? Doprawdy, byłoby to bardzo uprzejmie z pańskiej strony. Nie, muszę z panem pomówić w poważnej sprawie. W poważnej sprawie? – zdumiał się hrabia. Spoglądając na Franza typowym dla siebie przenikliwym wzrokiem. – I cóż to za sprawa? – Czy jesteśmy sami? Hrabia podszedł do drzwi i natychmiast powrócił. – Absolutnie sami – odpowiedział. Franz podał mu list od Alberta. – Proszę przeczytać – rzekł. – Hrabia przeczytał. – Oho – powiedział. – Zauważył pan też post scriptum?
– Tak, widzę. Se alle sei della mattina le quattro mille piastre non sono nelle mie mani, alle sette il conto Alberto avrà cessato di vivere Luigi Vampa. — I co pan na to? — zapytał Franz. — Masz pan tę sumę? — Tak, ale brakuje ośmiuset piastrów. Hrabia podszedł do sekretarzyka, otworzył go i odsunął szufladę pełną złota. Spodziewam się, że nie obrazi mnie pan, zwracając się o to do kogoś innego. Widzi pan, że przyszedłem prosto do pana. I dziękuję panu za to. Proszę, niech pan bierze. I zachęcił Franza gestem. Czy to naprawdę konieczne, posyłać tę sumę Luigiemu w Ampie? odezwał się młody człowiek, spoglądając na hrabiego równie przenikliwie.
Do diabła! zawołał hrabia. Osądź pan sam. Post scriptum wydaje się jasne. Zdaje mi się, że gdyby raczył pan zastanowić się przez chwilę, — To znalazłbyś inny sposób, który znacznie ułatwiłby nam negocjacje — odrzekł Franz. — Jaki mianowicie? — zdumiał się hrabia. — Na przykład gdybyśmy się udali razem do Luigiego Wampy, jestem pewien, że nie odmówiłby panu i uwolnił Alberta. Mnie? A jakiż mogę mieć wpływ na tego bandytę? Czyż nie wyświadczył mu Pan przysługi? Takiej, której nie da się zapomnieć? Jakiejże? Czyż nie ocalił Pan Pepina? Ohoho! A któż to Panu powiedział? Cóż to Pana obchodzi? Wystarczy, że wiem. Hrabia zamilkł na chwilę, marszcząc brew.
A gdybym się udał do Wampy, pojechałby Pan ze mną? Jeżeli moje towarzystwo nie będzie Panu nieprzyjemne. A więc dobrze. Pogoda jest piękna, spacer za miasto może nam tylko posłużyć. Trzeba wziąć broń? A po cóż? A pieniądze? Nie ma potrzeby. Gdzie ten człowiek, co przyniósł list? Na ulicy. Czeka na odpowiedź? Tak. Musimy wiedzieć, gdzie mniej więcej mamy jechać. Zawołam go. Zbyteczne. Nie chciał wejść. Co do Pana może, ale mnie nie będzie robił trudności. Hrabia podszedł do okna, które wychodziło na ulicę i gwizdnął w szczególny sposób. Człowiek w pelerynie oderwał się od ściany i stanął na środku ulicy. – Salite! – zawołał hrabia takim tonem, jakby wydawał rozkaz słudze. Posłaniec posłuchał natychmiast bez najmniejszego wahania, a nawet z pośpiechem i przeskakując cztery stopnie podestów biegł do hotelu.
Pięć sekund później stanął u drzwi gabinetu. – A, to ty, Peppino! – zdziwił się hrabia. Lecz Peppino w miejscu odpowiedzi rzucił się na kolana, pochwycił dłoń hrabiego i okrył ją pocałunkami. – Aha! – zawołał hrabia. – Nie zapomniałeś jeszcze, żebym cię ocalił życie? To dziwne, przecież minął już tydzień. – O nie, jaśnie, panie, nigdy tego nie zapomnę! – odparł Peppino, a w jego głosie zabrzmiał akcent głębokiej wdzięczności. – Nigdy to bardzo długo, ale to wiele znaczy, że tak sądzisz. Teraz wstań i odpowiadaj! – Peppino rzucił niespokojne spojrzenie na Franza. O, możesz mówić przy tym panu, to jeden z moich przyjaciół. Pozwolisz pan, abym go tak nazywał? Hrabia zwrócił się do Franza po francusku. To potrzebne, by obudzić zaufanie w tym człowieku.
Możesz pan mówić przy mnie, podjął Franz. Jestem przyjacielem hrabiego. Zgoda, rzekł Peppino, zwracając się do hrabiego. Niech ekscelencja raczy pytać, a ja będę odpowiadał. Jakim sposobem hrabia Albert wpadł w ręce Luigiego? Jaśnie Panie, powóz Francuza wielokrotnie mijał się z kolaską Teresy. – Kochanki Waszego wodza? – Tak. Francuz robił do niej słodkie oczy, a Teresa do niego, dla zabawy. Francuzik rzucał jej kwiaty, ona mu też. A wszystko ma się rozumieć za pozwoleniem wodza, który był w tej samej kolasce. – Jak to? – wykrzyknął Francuz. – Luigi Wampa był w powozie rzymskich wieszniaczek? Był, był. Powoził przebrany za Stangreta. – A potem? – zapytał hrabia. – No, potem to Francuz zdjął maskę.
Teresa, rozumie się, za zgodą wodza zrobiła to samo. Francuz poprosił o schackę, a Teresa mu to przyrzekła. Tyle, że zamiast niej, to Beppo na niego czekał na schodach kościoła San Giacomo. – No jak to? – przerwał Franc. – Ta wieśniaczka, która mu wyrwała Makoletto? To był piętnastoletni chłopak, odparł Peppino. Ale nie ma tu żadnego wstydu dla pańskiego przyjaciela, że tak został wywiedziony w pole. Beppo nabrał już wielu. I Beppo wyprowadził go za mury, rzekł hrabia. Właśnie tak. Na końcu via Macello czekał powóz. Beppo usiadł, zapraszając Francuza. Francuzik nie dał sobie tego dwa razy powtarzać. To prawdziwy galant. Posadził sobie Beppa po prawicy, sam usiadł tuż obok.
– No i cóż? – zwrócił się hrabia do Francuza. – Zdaje mi się, że to całkiem trywialna historia. I co pan na to, pan, który jesteś znawcą? Wydałaby mi się bardzo zabawna, gdyby zdarzyła się komu innemu, a nie biednemu Albertowi. Faktem jest, rzekł hrabia, że ta przygoda kosztowałaby pańskiego przyjaciela troszkę drogo, gdybyś pan mnie tu nie zastał. Ale bądź pan spokojny, skończy się dla niego tylko na strachu. Jedziemy po niego? zapytał Franz. Ba, naturalnie. Tym bardziej, że to bardzo malownicze ustronie. Znasz Pan katakumby Świętego Sebastiana? Nie, nigdy tam nie byłem, ale obiecywałem sobie kiedyś tam pójść. No, to sposobność jak znalazł. Trudno by znaleźć lepszą. Masz Pan powóz? Nie. To nic, na mnie w dzień i w nocy czeka zaprzężony powóz.
Całkiem zaprzężony? Tak, mam często różne kaprysy. Powiem tylko, że czasem, gdy wstaję od obiadu, w środku nocy chwyta mnie chęć, by pojechać gdzieś, wszystko jedno gdzie, i wyruszam natychmiast. Hrabia zadzwonił, wszedł usłużący. Niech zajedzie powóz, rzekł hrabia. Wyjmij pistolety z kieszeni powozu, ale stangreta nie budź, powiezie nas Ali. Po chwili usłyszeli turkot powozu, który stanął przed bramą. Hrabia spojrzał na zegarek. W pół do pierwszej, rzekł. Moglibyśmy stąd wyjechać o piątej, a i tak bylibyśmy na czas. Ale przez to opóźnienie pański przyjaciel mógłby spędzić niezbyt przyjemną noc. Lepiej zatem pognajmy, jak wicher wyrwać go z rąk niewiernych. Czy nadal pragnie mi pan towarzyszyć? Bardziej niż kiedykolwiek.
No, to w drogę! Franz i hrabia wyszli, a za nimi Peppino. U drzwi stał powóz. Na koźle siedział Ali. Franz poznał niemego niewolnika z groty na Monte Christo. Wsiedli do powozu. Był to kryty kocz. Peppino usiadł przy Alim i ruszyli galopem. Ale już wcześniej otrzymał rozkazy, skierował się bowiem prosto na Corso, przejechał Campo Vaccino, ulicę San Gregorio i dotarł do bramy Świętego Sebastiana. Tutaj miejski stróż chciał im robić trudności, ale Hrabia Monte Christo pokazał mu pozwolenie gubernatora Rzymu do wjazdów i wyjazdów z miasta o dowolnej porze w dzień i w nocy. Krata została zatem podniesiona, stróż dostał za fatygę Ludwika i pojechali dalej. Wóz pędził starożytną Via Appia, wzdłuż której ciągnął się sznur grobowców.
Przy blasku wschodzącego księżyca, Franzowi wydawało się niekiedy, że widzi, jak od ruin odrywa się jakby wartownik, lecz zaraz na znak dany przez Peppina wartownik znikał w cieniu. Niedareko cyrku Caracalli powóz stanął. Peppino otworzył drzwiczki, hrabia i Franz wysiedli. Za dziesięć minut, rzekł hrabia do towarzysza, będziemy na miejscu. Po czym wziął Pepina na stronę, wydał mu po cichu jakiś rozkaz i Pepino odszedł, zaopatrzywszy się w pochodnię, którą dobyto z kufra powozu. Minęło jeszcze pięć minut. Przez ten czas Franz patrzył, jak pasterz zagłębia się wąską ścieżką W pofałdowane niemal konwulsyjnie pola rzymskiej równiny i na koniec znika wśród bujnych czerwonawych traw, co wyglądają jak najeżona grzywa gigantycznego lwa.
A teraz, odezwał się hrabia, idźmy za nim. Franz i hrabia puścili się tą samą ścieżką, która po stu krokach jeła opadać zboczem w dół do małej dolimki. Wkrótce spostrzegli dwóch ludzi rozmawiających w cieniu. – Mamy iść dalej? – zapytał Franz Hrabiego. – Czy trzeba się zatrzymać? – Chodźmy. Peppino musiał uprzedzić wartownika o naszym przybyciu. Istotnie jednym z tych ludzi był Peppino, a drugim bandyta postawiony na straży. Franz i hrabia podeszli do nich. Bandyta ukłonił się. – Ekscelencja, raczej iść za mną – rzekł Peppino do hrabiego. – Otwór do katakumb jest o dwa kroki. Dobrze, rzekł hrabia, idź przodem. Rzeczywiście, za gęstwiną krzaków pomiędzy skałami widać było otwór, przez który człowiek mógł się od biedy prześlizgnąć.
Pepino I wcisnął się w rozpadlinę, lecz zaledwie uszedł kilka kroków, gdy podziemne przejście się rozszerzyło. Zatrzymał się tu, zapalił pochodnie i odwrócił się, by zobaczyć, czy hrabia i Franz idą za nim. Hrabia pierwszy wsunął się w ten szczególny dymnik, a Franz za nim. Przejście łagodnie opadało i w miarę jak się posuwali, coraz bardziej się rozszerzało. Na razie jednak Frans i Hrabia musieli iść pochyleni, jeden za drugim. Tak przeszli ze sto pięćdziesiąt kroków, aż zatrzymał ich głos. – Kto idzie? – jednocześnie blask ich pochodni odbił się w ciemnościach lśnieniem na lufie karabinu. – Przyjaciel! – zawołał Pepino. Podszedł do przodu i szepnął kilka słów do wartownika, który podobnie jak poprzedni skłonił się, dając znak nocnym gościom, że mogą iść dalej.
Zawartownikiem były schody o 20 stopniach. Frauz i hrabia zeszli po nich i znaleźli się na skrzyżowaniu dróg cmentarnych. Korytarze rozchodziły się promieniście, w ścianach wydrążone były jedne nad drugimi nisze w kształcie trumien, co wskazywało, że nareszcie weszli do katakumb. W jednym z korytarzy, którego długości nie sposób określić, migotał nikły poblask światła. Hrabia położył dłoń na ramieniu Fransa. — Czy chcesz pan zobaczyć obóz bandytów na Wywczasie? — O, oczywiście. — No to proszę za mną. — Peppino, zgaś pochodnie. Peppino usłuchał i znaleźli się nagle w najgłębszych ciemnościach i tylko jakieś pięćdziesiąt kroków przed nimi tańczyły wciąż na murach czerwonawe błyski, wyraźniejsze odkąd Peppino zgasił pochodnie.
Szli w milczeniu. Hrabia prowadził Fransa, jakby posiadał przedziwny dar widzenia w ciemnościach. Zresztą i Frans zaczął rozpoznawać coraz lepiej drogę, w miarę jak zbliżali się do refleksów światła, które służyły im za drogowskaz. Przed nimi wyłoniły się trzy arkady, z których środkowa stanowiła drzwi. Arkady te wychodziły z jednej strony na korytarz, gdzie byli Franz i Hrabia, a z drugiej na wielką kwadratową komnatę, otoczoną także niszami. Pośrodku komnaty stały cztery kamienie, niegdyś służące za ołtarz, jak to wskazywał nadal wieńczący je krzyż. Jedyna lampa postawiona na ściętym trzonie kolumny Oświetlała bladym, chwiejnym światłem dziwaczną scenę, jaka otwarła się przed skrytymi w ciemności obserwatorami.
Odwrócony tyłem do arkat, przez które patrzyli na niego przybysze, siedział jakiś człowiek, a wsparłszy łokieć o kolumnę, czytał. Był to wódz bandy, Luigi Vampa. Wokół niego dostrzec można było ze dwudziestu bandytów ulokowanych, jak im się żywnie podobało, albo wylegiwali się w pelerynach na ziemi, Aleksander Dumas. Gdy hrabia uznał, że Franz nasycił już oko tym malowniczym obrazem, przyłożył palec do ust, zalecając mu milczenie i pokonując trzy schodki, które prowadziły z korytarza do kolumbarium, wszedł do komnaty przez środkową arkadę i podszedł do wampy, tak głęboko zatopionego w lekturze, że nie słyszał nawet odgłosu jego kroków.
— Kto idzie? — krzyknął inny wartownik, nie zajmujący się strażowaniem, który przy świetle lampy spostrzegł, jak za wodzem rośnie jakiś cień. Na ten krzyk wampa zerwał się, dobywając pistoletu z zapasa. W mgnieniu oka wszyscy bandyci znaleźli się na nogach i dwadzieścia luf zwróciło się ku hrabiemu. — Ależ — rzekł hrabia spokojnym tonem, a w jego twarzy nie drgnął nawet mięsień — ależ, mój drogi wampo, czyż to nie za wiele ceremonii, by powitać przyjaciela? — Broń do nogi! — zawołał wódz, dając jedną ręką znak rozkazujący, a drugą zdejmując z uszanowaniem kapelusz. I zwrócił się ku osobie, która grała pierwsze skrzypce w tej scenie. — Przepraszam, panie hrabio, ale tak dalece nie spodziewałem się, że będę miał zaszczyt oglądać pana tutaj, żem go wcale nie poznał.
— Zdaje się, drogi wampo, że masz krótką pamięć pod każdym względem. Nie tylko nie pamiętasz ludzkich twarzy, ale i umów, jakie zawierasz. — A jakich to warunków nie dopełniłem, panie hrabio? — odezwał się bandyta tonem, który świadczył, że chciałby najszczerzej naprawić błąd, jeśli by takowy popełnił. — Czyż nie uzgodniliśmy? — spytał hrabia. — Że nie tylko ja, ale i moi przyjaciele mają być dla was nietykalni. — I w czymże ten traktat naruszyłem, ekscelencjo? — Porwaliście tego wieczora i przywieźliście tu wicehrabiego Alberta de Morserfa. — Otóż — mówił dalej hrabia tonem, od którego Franz zadrżał. Ten młody człowiek jest jednym z moich przyjaciół. Ten młody człowiek mieszka w tym samym co i ja hotelu. Ten młody człowiek przez tydzień rozjeżdżał się po Corso w moim własnym powozie.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!