Hrabia Monte Christo. 37. Katakumby Świętego Sebastiana
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Ach, mój Boże, zawołała hrabina. Kogóż, któż chodzi po ulicach o tej godzinie? Chyba ci, którzy idą na bal? Nasz wspólny przyjaciel, pani hrabino, Albert de Morcer, z którym rozstaliśmy się, gdy pogonił za swoją nieznajomą o siódmej wieczór, oznajmił Franz. Od tej pory już go nie widziałem. Jak to? I nie wiesz gdzie jest? Nie mam najmniejszego pojęcia. Ma jakąś broń przy sobie? Jak? Przecież jest w kostiumie Arlekina. O, nie powinien był pan go puszczać, rzekł książę. Zna pan Rzym lepiej od niego. Zapewne mógłbym równie dobrze próbować zatrzymać w biegu konia, który wygrał dzisiaj gonitwę, odparł Frans. A zresztą cóż mu się może stać? Kto wie, noc ciemna choć oko wykol, a tyber niedaleko odwija macello.
Ani chwili nie wątpił, że był to posłaniec Alberta. Człowiek ten owinięty był wielką peleryną. Franz podszedł do niego i zdumiał się bardzo, gdyż nieznajomy przemówił pierwszy. — Czego Ekscelencja ode mnie chce? — rzekł, cofając się o krok, jak człowiek, który ma się na baczności. — Czy to nie pan przyniosłeś mi list od hrabiego de Morserfa? — Ekscelenca mieszka w hotelu Pastryniego? — Tak. — I jest pan towarzyszem podróży hrabiego? — Tak. — A jakże się Ekscelencja zowie? — Baron Franz de Epinay. — Zatem list ten jest do waszej Ekscelencji. — Czy mam odpowiedzieć? — zapytał Franz, przyjmując list. — Tak, a przynajmniej pański przyjaciel ma taką nadzieję. — Więc niech pan idzie ze mną, zaraz odpiszę. — Wolę zaczekać tutaj — roześmiał się wysłannik.
Mój drogi, gdy tylko otrzymasz to pismo, bądź łaskaw wydostać z mojego pugilaresu, który znajdziesz w kwadratowej szufladzie biurka, list kredytowy. Gdyby to nie wystarczyło, weź również swój. Pobiegnij następnie do Torlonia, wybierz u niego natychmiast 4000 piastrów i doręcz oddawcy tego listu. Jest niezmiernie ważne, by ta suma została mi przysłana bez żadnego opóźnienia. Nie nalegam więcej, licząc zupełnie na Ciebie, podobnie jak Ty mógłbyś liczyć na mnie. Twój Albert de Murser. P.S. I believe now to Italian banditti. Pod tymi wierszami obca ręka dopisała kilka wyrazów po włosku.
Brakowało zatem blisko 800 piastrów do całkowitej sumy. Franz mógł wprawdzie w podobnym wypadku liczyć na grzeczność panów Torlonia. Już się więc wybierał z powrotem do pałacu Bracciano, gdy nagle w głowie zajaśniała mu pewna myśl. Przypomniał sobie hrabiego de Monte Christo. Już miał posłać po pana Pastriniego, gdy hotelarz sam pojawił się w drzwiach. – Drogi panie Pastrini, – zapytał żywo, – jak pan sądzi, czy hrabia jest u siebie? – Jest, ekscelencjo, tylko co powrócił. – A zdążył się już położyć? – Wątpię. – Racz więc pan zadzwonić do jego drzwi i zapytać, czy mógłbym do niego przyjść. Imć Pastrini spiesznie spełnił prośbę Fransa, wrócił w pięć minut później. Pan hrabia czeka na waszą ekscelencję. Franz przeszedł przez klatkę schodową.
Lokaj wprowadził go do hrabiego. Hrabia był w małym gabineciku otoczony sofami, którego Franz nie miał jeszcze okazji widzieć. Monte Christo wyszedł mu naprzeciw i rzekł. No, jakież to dobre wiatry sprowadzają tu pana o tej godzinie. Może przychodzisz pan przypadkiem zaprosić mnie na kolację? Doprawdy, byłoby to bardzo uprzejmie z pańskiej strony. Nie, muszę z panem pomówić w poważnej sprawie. W poważnej sprawie? – zdumiał się hrabia. Spoglądając na Franza typowym dla siebie przenikliwym wzrokiem. – I cóż to za sprawa? – Czy jesteśmy sami? Hrabia podszedł do drzwi i natychmiast powrócił. – Absolutnie sami – odpowiedział. Franz podał mu list od Alberta. – Proszę przeczytać – rzekł. – Hrabia przeczytał. – Oho – powiedział. – Zauważył pan też post scriptum?
No, to w drogę! Franz i hrabia wyszli, a za nimi Peppino. U drzwi stał powóz. Na koźle siedział Ali. Franz poznał niemego niewolnika z groty na Monte Christo. Wsiedli do powozu. Był to kryty kocz. Peppino usiadł przy Alim i ruszyli galopem. Ale już wcześniej otrzymał rozkazy, skierował się bowiem prosto na Corso, przejechał Campo Vaccino, ulicę San Gregorio i dotarł do bramy Świętego Sebastiana. Tutaj miejski stróż chciał im robić trudności, ale Hrabia Monte Christo pokazał mu pozwolenie gubernatora Rzymu do wjazdów i wyjazdów z miasta o dowolnej porze w dzień i w nocy. Krata została zatem podniesiona, stróż dostał za fatygę Ludwika i pojechali dalej. Wóz pędził starożytną Via Appia, wzdłuż której ciągnął się sznur grobowców.
— Zdaje się, drogi wampo, że masz krótką pamięć pod każdym względem. Nie tylko nie pamiętasz ludzkich twarzy, ale i umów, jakie zawierasz. — A jakich to warunków nie dopełniłem, panie hrabio? — odezwał się bandyta tonem, który świadczył, że chciałby najszczerzej naprawić błąd, jeśli by takowy popełnił. — Czyż nie uzgodniliśmy? — spytał hrabia. — Że nie tylko ja, ale i moi przyjaciele mają być dla was nietykalni. — I w czymże ten traktat naruszyłem, ekscelencjo? — Porwaliście tego wieczora i przywieźliście tu wicehrabiego Alberta de Morserfa. — Otóż — mówił dalej hrabia tonem, od którego Franz zadrżał. Ten młody człowiek jest jednym z moich przyjaciół. Ten młody człowiek mieszka w tym samym co i ja hotelu. Ten młody człowiek przez tydzień rozjeżdżał się po Corso w moim własnym powozie.
Budźcie mnie tylko, gdy przyjdą złe wieści. Gdybyś pozwolił mi spać, skończyłbym moją galopkę, za co byłbym Ci wdzięczny do grobu. Więc zapłacono już okup? Nie. E, no to jakimże sposobem mam być wolny? Ktoś, komu nie mogę niczego odmówić, przybył upomnieć się o Pana. Aż tutaj? Aż tutaj. Ha, do licha. To dopiero miły człowiek. Albert rozejrzał się wokół i spostrzegł Franza. – No i jak to, mój drogi, to ty posuwasz tak daleko poświęcenie dla mnie? – Nie, nie ja – odpowiedział Franz. – Ale nasz sąsiad, pan Hrabia de Monte Christo. – Ach, naprawdę, panie hrabio – odpowiedział wesoło Albert, poprawiając halsztuk i mankiety. – Jest pan człowiekiem nieoszacowanym i mam nadzieję, że raczysz mnie uważać.
— Pani — rzekł wicehrabia de Morser, podchodząc do hrabiny — wczoraj raczyłaś mi, pani przyzec, zatańczyć ze mną galopkę. Może przybywam nieco późno, by przypominać o tej łaskawej obietnicy, lecz mój przyjaciel, a zna go pani jako człowieka prawdomównego, potwierdzi, że spóźnienie to nie nastąpiło z mojej winy. W tej właśnie chwili muzyka jeła przegrywać do walca. Albert objął kibić hrabiny i znikli oboje w wirze tańczących. Tymczasem Franz rozmyślał, co mógł znaczyć ten szczególny dreszcz, który przejął hrabiego Monte Christo, gdy był poniekąd zmuszony podać rękę Albertowi.
Pokazano wszystkie 9 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!