Hrabia Monte Christo. 34. Nieznajomy
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
34. Nieznajomy. Franz znalazł jednak sposób, aby Albert ujrzał koloseum, nie zobaczywszy wcześniej żadnych innych ruin, tak aby stopniowane wrażenia nie ujęły olbrzymowi nic z jego gigantycznych proporcji. Trzeba więc było jechać ulicą Sistinia, skręcić przed Bazyliką Santa Maria Maggiore i przez Via Urbana, mijając w pobliżu św. Piotra w Okowach, dotrzeć na Via del Colosseo. Trasa ta przedstawiała inne jeszcze korzyści. Nie wyrywała Franza z zamyślenia, jakie na nich sprowadziła opowieść pana Pastriniego, w którą zamieszany był tajemniczy amfitrion Franza z Monte Christo. Wsunął się więc w kąt powozu, podparł łokciem i oddał rozważaniom nad tysiącem pytań, z których na żadne nie potrafił sobie udzielić odpowiedzi.
Jedna jeszcze rzecz przypominała Franzowi, jego znajomego Sindbada Żeglarza, owe tajemnicze stosunki łączące bandytów i marynarzy. To co powiedzieć miał Imć Pastrini o kryjówkach Wampy na łodziach rybackich i przemytniczych przypomniały Franzowi dwóch bandytów korsykańskich, których zastał jak w najlepsze zajadali kolację z załogą jachtu. Który potem zboczył z trasy i zawinął do Porto Vecchio jedynie po to, by ich wysadzić na ląd. Właściciel hotelu znał przydomych pana Monte Christo, co z kolei stanowiło dowód, że ów człowiek odgrywał rolę filantropa nie tylko przy brzegach Korsyki, Toskanii, Hiszpanii, ale na wybrzeżach w okolicy Piombino, Ostii, Civita Vecchia i Rzety.
Franz nie przerywał mu ani nie wtrącał się w te wywody. Spieszno mu było znaleźć się w samotności, by zastanowić się w spokoju nad tym, co wydarzyło się przed chwilą. Z tych dwóch ludzi jednego Franz na pewno nie znał. Pierwszy raz go słyszał i widział, ale co do drugiego rzecz miała się całkiem inaczej. Chociaż Franz nie mógł dopatrzeć się jego rysów, To ginących w cieniu, to zasłoniętych peleryną. Brzmienie tego głosu zbyt mocno uderzyło go za pierwszym razem, by mógł go nie rozpoznać. Miał on w sobie, zwłaszcza w akcentach szyderczych, coś ostrego i metalicznego, co przejęło go drżeniem, tak samo w ruinach Koloseum. Jak w grocie na Monte Christo. Był przekonany, że ów mężczyzna był ni mniej, ni więcej sindbadem-żeglarzem.
Albert lubił czasem pożartować sobie na ten temat, ale w głębi duszy był zrozpaczony. On, Albert de Morser, Jeden z najbardziej rozrywanych młodych ludzi w Paryżu tutaj musiał się wciąż obywać smakiem. Sprawa była tym boleśniejsza, że Albert wyjechał z Paryża z przekonaniem wspólnym dla wszystkich naszych ziomków, że we Włoszech Odniesie ogromne sukcesy, o których będzie mógł opowiadać dowoli, wzbudzając podziw ubywalców bulwaru Gandawskiego. Niestety, nic z tego nie wychodziło. Zachwycające hrabiny z Genu i Florencji i Neapolu nie odstępowały ani na krok nie tyle swoich mężów, ile swoich kochanków. Jalbert nabył okrutnego dla siebie przekonania, że Włoszki w tym przynajmniej mają przewagę nad Francuzkami,
Albert spojrzał poruszenie na Fransa, zaskoczonego obecnością tej damy, i odwrócił się ku niemu. – Znasz tę kobietę? Znam. Jakże ci się podoba. Urocza, mój drogi. I do tego blondynka. O, co za włosy. To francuska? Wenecjanka. Jak się nazywa? Hrabina G. Aaa, znam ją ze słyszenia, zawołał Albert. Mówią, że równie inteligentna, jak ładna. Do diabła. Kiedy pomyślę, że mogłem być jej przedstawiony na ostatnim balu u państwa de Villefort i zaniedbałem taką okazję. O, co za głupiec ze mnie. — Może chcesz naprawić ten błąd? — zapytał Franz. — Co? Czyżbyś znał ją tak dobrze, że mógłbyś mnie zaprowadzić do jej loży?
Tak, ale jaka tusza. Pani Specz gra jak prawdziwa artystka dramatyczna. E, rozumiesz, że kto słyszał takie artystki jak pani Sontag i pani Malibran. Nie wydaje ci się, że Moriani ma doskonałą technikę? Nie lubię brunetów, kiedy śpiewają jak blondyni. O, mój drogi, rzekł Frons, odwracając się, gdy Albert nie przestawał lornetować na wszystkie strony, Trudno ci dogodzić. Wreszcie kurtyna opadła ku wielkiemu zadowoleniu wicehrabiego de Morcerf, który porwał co żywo sylinder, przygładził ręką włosy, poprawił halsztuk i mankiety i trącił Franza na znak, że jest już gotowy. A skoro ze swojej strony hrabina, którą Franz zapytał spojrzeniem, dała znać, że chętnie go przyjmie u siebie, Franz nie zwlekał ni chwili, by zaspokoić niecierpliwość Alberta.
– Znalazłem coś lepszego – odpowiedział Pastrini z bardzo zadowoloną miną. – O, drogi gospodarzu, uważaj – rzekł Albert. – Lepsze jest wrogiem dobrego. — O, ekscelencję mogą mi zaufać — zapewnił Pastrini przemądrzałym tonem. — No ale co w końcu pan znalazł? — zniecierpliwił się Franz. — Wiedzą panowie zapewne — rzekł hotelarz — że na tym samym piętrze mieszka Hrabia de Monte Christo? — A pewnie — mruknął Albert. Bo przecież dlatego mieszkamy jak studenci z ulicy Saint-Nicolas du Chardonnay. No właśnie. Dowiedziawszy się o kłopotach panów, ofiarowuję wam dwa miejsca w swoim powozie i dwa miejsca w oknie pałacu Rosspolis. Albert i Franz spojrzeli po sobie. Ale czy nam wypada, zatroskał się Albert, przyjąć ofertę tego cudzoziemca?
Człowieka, którego wcale nie znamy? – Cóż to za człowiek ten Hrabia de Monte Christo? – zapytał Franz. – Bardzo bogaty magnat, sycylijski czy też maltański. Nie wiem dobrze, ale na pewno arystokrata jak Borgese, a bogaty jakby siedział na żyle złota. – Zdaje mi się – rzekł Franz do Alberta – że gdyby to był człowiek tak dobrze wychowany, jak mówi nasz gospodarz, to powinien był zaprosić nas w innej formie, napisać jakiś liścik albo… W tej chwili zapukano do drzwi. – Proszę – rzekł Franz. Na progu stanął służący w wyjątkowo eleganckiej liberii. – Od pana hrabiego de Monte Christo dla pana Franza de Epinaya i wicehrabiego Alberta de Morserve – rzekł. I podał hotelarzowi dwie karty wizytowe, które tenże wręczył młodym przyjaciołom.
– Pan hrabia de Monte Christo – mówił dalej służący – pyta, czy jaśnie panowie pozwolą, by ich odwiedził po sąsiedzku jutro z rana. Ma również zaszczyt zapytać panów, o której godzinie może ich zastać. — Na honor — rzekł Albert do Franza. — Niczego tu nie można zarzucić. Załatwione nienagannie. — Proszę powiedzieć hrabiemu — odpowiedział Franz — że to my raczej prosimy, by pozwolił nam złożyć mu uszanowanie. Służący wyszedł. — To się dopiero nazywa zastrzelić kogoś uprzejmością — rzekł Albert. — Miałeś, pan, zupełną słuszność, panie Pastrini. Ten twój Hrabia de Monte Christo to wcielenie dystynkcji. Więc przyjmujecie panowie zaproszenie? Na honor, czemużby nie? – odparł Albert.
Przez większą część nocy Franz rozmyślał o swoich dwóch spotkaniach i niecierpliwił się na myśl o jutrze. Rzeczywiście, na zajutrz wszystko musi się wyjaśnić. I tym razem pan de Monte Christo z pewnością mu się nie wymknie, chyba że posiadałby pierścień Gigesa, ten, który czyni swojego właściciela niewidzialnym. I tak Franz obudził się już przed ósmą. Albert zaś, który nie miał takich samych powodów do zrywania się o poranku, spał jeszcze w najlepsze. Franz przywołał natychmiast gospodarza, który ukłonił się Franzowi ze swoją zwykłą uniżonością. – Panie Pastrini – rzekł Franz – czy nie ma się dziś przypadkiem odbyć jakaś egzekucja? — Owszem, panie hrabiu, ale jeżeli pyta mnie pan o to, abym się wystarał o okno, to bierze się pan do tego za późno.
Karnawał zawrócił mu zupełnie głowę i obudził go wcześniej, niż Franz mógł się spodziewać. – Czy moglibyśmy, drogi panie Pastrini – rzekł Franz – skoro jesteśmy już obejgotowi, złożyć teraz wizytę hrabiemu de Monte Christo? – Jak pan sądzi? – O, naturalnie. Hrabia de Monte Christo to ranny ptaszek i jestem pewny, że wstał już ze dwie godziny temu. I sądzisz pan, że nie będzie to nietakt, jeśli odwiedzimy go o tej porze? Bynajmniej. W takim razie, Albercie, jeśli jesteś gotów całkowicie, to chodźmy podziękować sąsiadowi za jego uprzejmość. Franz i Albert musieli przejść tylko kilka kroków. Hotelaż wyprzedził ich i zadzwonił do drzwi. Służący otworzył. – I signori francesi! – oznajmił hotelaż.
Franz i Albert spojrzeli zdumieni po sobie. Przenieśli wzrok na meble, obrazy, broń. Wszystko teraz wydawało im się jeszcze wspanialsze niż za pierwszym rzutem oka. – Aha, no i co ty na to? – zapytał Franz. – Na honor, kochany. Myślę, że nasz sąsiad musi być jakimś maklerem giełdowym, który spekuluje na zniżce akcji hispańskich albo też księciem podróżującym co incognito. – Pst! – szepnął Franz. – Zaraz się dowiemy, bo otóż i on… I rzeczywiście usłyszeli skrzypienie drzwi. Tapiseria zakrywająca drzwi została uniesiona w górę i wszedł właściciel tych wszystkich bogactw. Albert postąpił co prędzej ku niemu, ale Franz został na miejscu jak wryty. Ten, kto właśnie wszedł do salonu, rzeczywiście był owym mężczyzną w pelerynie widzianym w koloseum, owym nieznajomym z loży i tajemniczym panem wyspy Monte Christo.
Pokazano wszystkie 12 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!