Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 34. Nieznajomy

27.07.2025 ·50 min 9 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

34. Nieznajomy. Franz znalazł jednak sposób, aby Albert ujrzał koloseum, nie zobaczywszy wcześniej żadnych innych ruin, tak aby stopniowane wrażenia nie ujęły olbrzymowi nic z jego gigantycznych proporcji. Trzeba więc było jechać ulicą Sistinia, skręcić przed Bazyliką Santa Maria Maggiore i przez Via Urbana, mijając w pobliżu św. Piotra w Okowach, dotrzeć na Via del Colosseo. Trasa ta przedstawiała inne jeszcze korzyści. Nie wyrywała Franza z zamyślenia, jakie na nich sprowadziła opowieść pana Pastriniego, w którą zamieszany był tajemniczy amfitrion Franza z Monte Christo. Wsunął się więc w kąt powozu, podparł łokciem i oddał rozważaniom nad tysiącem pytań, z których na żadne nie potrafił sobie udzielić odpowiedzi.

Są jeszcze ciceroni specjalni, którzy czyhają przy każdym zabytku historycznym, a powiedziałbym nawet, że przy każdym jego ułamku z osobna. Osądź sam, czytelniku, ilu to ciceronów może czekać przy koloseum, owym zabytku nad zabytkami, monumencie nad monumentami, o którym Martial tak mówił. Niech Memphis przestanie nam już zachwalać barbarzyński cud swoich piramid, Nie opiewajcie już uroków Babilonu. To wszystko musi ustąpić przed ogromem, jakim jest Amfiteatr Cezarów. Wszystkie głosy winny się połączyć, by wysławiać tę budowlę. Franz i Albert nawet nie usiłowali się uwolnić spod despotycznej władzy Ciceronów.

Zresztą byłoby to o tyle trudne, że tylko przewodnicy mieli pozwolenie, by chodzić po koloseum z pochodniami. Nie stawiali więc żadnego oporu i zdali się na łaskę i niełaskę przewodników. Franz znał tę zwyczajową trasę, przebył ją już z dziesięć razy, ale że towarzysz pierwszy raz wkraczał do budowli Flaviusza Vespasiana, powinien przyznać na pochwałę Alberta, że mimo głupiej paplaniny Cicerona, budowla wywarła na nim ogromne wrażenie. I rzeczywiście, jeśli się tego na własne oczy nie widziało, trudno mieć jakiekolwiek pojęcie o majestacie tych ruin, których wymiary podwajają się jeszcze przy tajemniczej poświacie owego księżyca krajów południowych. Gdy więc tylko Frans przeszedł w zamyśleniu sto kroków,

No, tu jacyś podróżni zwiedzają przy świetle pochodni koloseum. Lepiej niech nas tu razem nie spotkają. Przewodnicy wszędzie szpiegują, mogliby cię poznać. Jakkolwiek twoja przyjaźń jest dla mnie zaszczytem, mógłbym utracić dobrą opinię, gdyby dowiedziano się o takiej zażyłości między nami. A zatem, jeśli uzyska pan ułaskawienie, środkowe okno będzie zasłonięte białym adamaszkiem z czerwonym krzyżem. A jeżeli się nie uda, Wszystkie okna będą żółte. No cóż wtedy? Wtedy, drogi przyjacielu, pozwalam, możecie dobyć szczyletów, a ja będę patrzył, jak wam pójdzie. No, do widzenia, ekscelencjo. Liczę na pana, a pan może liczyć na mnie. Po tych słowach Transtewerczyk zbiegł jak strzała po schodach.

Franz nie przerywał mu ani nie wtrącał się w te wywody. Spieszno mu było znaleźć się w samotności, by zastanowić się w spokoju nad tym, co wydarzyło się przed chwilą. Z tych dwóch ludzi jednego Franz na pewno nie znał. Pierwszy raz go słyszał i widział, ale co do drugiego rzecz miała się całkiem inaczej. Chociaż Franz nie mógł dopatrzeć się jego rysów, To ginących w cieniu, to zasłoniętych peleryną. Brzmienie tego głosu zbyt mocno uderzyło go za pierwszym razem, by mógł go nie rozpoznać. Miał on w sobie, zwłaszcza w akcentach szyderczych, coś ostrego i metalicznego, co przejęło go drżeniem, tak samo w ruinach Koloseum. Jak w grocie na Monte Christo. Był przekonany, że ów mężczyzna był ni mniej, ni więcej sindbadem-żeglarzem.

W każdych innych okolicznościach ciekawość, jaką wzbudzał ów człowiek we Fransu, przemogłaby i Frans zdradziłby swoją obecność. Ale rozmowa, którą podsłuchał, była tak poufna, że Franz nie pisnął ni słowa, powstrzymywany rozsądną myślą, że ukazując się nagle, nie sprawiłby nieznajomemu zbytniej przyjemności. Pozwolił mu więc odejść, ale przyrzekł sobie, że jeśli spotka go jeszcze raz, Nie przepuści takiej okazji, jak uczynił tym razem. Myśli pochłaniały go tak, że długo nie mógł zasnąć. Całą noc spędził na rozważaniach o wszystkim, co miało związek z panem Groty i nieznajomym z Koloseum. Wszystkie okoliczności wskazywały, że był to jeden i ten sam człowiek. Im dłużej nad tym myślał, tym bardziej utwierdzał się w takim przekonaniu.

— Nie, raczej umysły — odpowiedział poważnie Frans. — I jakże powzięliście do siebie tę sympatię? — Podczas przechadzki po koloseum, takiej, jaką my też odbyliśmy. — Przy świetle księżyca? — Tak. — Byliście sami? — No tak. I rozmawialiście o zmarłych. Ach, toście się dopiero bawili, zawołał Albert. Cóż, zapewniam cię z mojej strony, że jeżeli będę miał kiedykolwiek szczęście być przy boku pięknej hrabiny w czasie takiej przechadzki, będę z nią mówił tylko o żywych. No i być może nie postąpisz najmądrzej. A tymczasem przedstawisz mnie, jak przyrzekłeś? Zaraz, niech zapadnie kurtyna. O diabła, jaki długi ten pierwszy akt. Posłuchaj finału. Jest prześliczny, a Coselli cudownie to śpiewa.

Jednak wyznam się panu, że bardzo żałuję naszego wozu i żeńców. I gdyby nie to okno w pałacu rozpoliść, które nam rekompensuje tę stratę, nie odstąpiłbym za nic od mojego pomysłu. A ty, Franz, co o tym myślisz? I mnie te okna zupełnie przekonały? Odpowiedział Franz. Istotnie, owa oferta wolnych miejsc w oknach pałacu Rozpoliś przypominała Franzowi rozmowę, którą podsłuchał w ruinach koloseum między nieznajomym i transtewerczykiem. Rozmowę, w której mężczyzna w pelerynie przyrzekł wyjednać ułaskawienie dla skazańca. Gdyby więc rzeczywiście ów człowiek w pelerynie był tym samym mężczyzną, A wszystko za tym przemawiało, którego widok w teatrze wywarł takie wrażenie na Franzu, Franz poznałby go niewątpliwie i wreszcie zaspokoiłby swoją ciekawość.

Pierwszy będzie Mazzalato, drugi Decapitato. Uprasza się niniejszym ludzi miłosiernych, aby błagali Boga o szczerą skruchę tych dwóch nieszczęsnych skazańców. Wszystko to niemal co do słowa usłyszał Franz przedwczoraj w zwaliskach Colosseum i nic się nie zmieniło w programie. Nazwiska skazanych, przyczyny wyroku i rodzaj egzekucji. Zgadzało się wszystko. A zatem, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, Trastewerczyk był niekim innym jak Louis Jim Wampo, a człowiekiem w pelerynie Sindbad Żeglarz, który wypełniał swoje filantropijne powołanie zarówno w Rzymie, jak i w Porto Vecchio czy Tunisie. Czas mijał, wybiła dziewiąta i Franz miał już iść budzić Alberta, gdy ku jemu wielkiemu zdziwieniu Albert wyszedł z pokoju kompletnie już ubrany.

Franz i Albert spojrzeli zdumieni po sobie. Przenieśli wzrok na meble, obrazy, broń. Wszystko teraz wydawało im się jeszcze wspanialsze niż za pierwszym rzutem oka. – Aha, no i co ty na to? – zapytał Franz. – Na honor, kochany. Myślę, że nasz sąsiad musi być jakimś maklerem giełdowym, który spekuluje na zniżce akcji hispańskich albo też księciem podróżującym co incognito. – Pst! – szepnął Franz. – Zaraz się dowiemy, bo otóż i on… I rzeczywiście usłyszeli skrzypienie drzwi. Tapiseria zakrywająca drzwi została uniesiona w górę i wszedł właściciel tych wszystkich bogactw. Albert postąpił co prędzej ku niemu, ale Franz został na miejscu jak wryty. Ten, kto właśnie wszedł do salonu, rzeczywiście był owym mężczyzną w pelerynie widzianym w koloseum, owym nieznajomym z loży i tajemniczym panem wyspy Monte Christo.

Pokazano wszystkie 10 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.