Hrabia Monte Christo. 34. Nieznajomy
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Zresztą byłoby to o tyle trudne, że tylko przewodnicy mieli pozwolenie, by chodzić po koloseum z pochodniami. Nie stawiali więc żadnego oporu i zdali się na łaskę i niełaskę przewodników. Franz znał tę zwyczajową trasę, przebył ją już z dziesięć razy, ale że towarzysz pierwszy raz wkraczał do budowli Flaviusza Vespasiana, powinien przyznać na pochwałę Alberta, że mimo głupiej paplaniny Cicerona, budowla wywarła na nim ogromne wrażenie. I rzeczywiście, jeśli się tego na własne oczy nie widziało, trudno mieć jakiekolwiek pojęcie o majestacie tych ruin, których wymiary podwajają się jeszcze przy tajemniczej poświacie owego księżyca krajów południowych. Gdy więc tylko Frans przeszedł w zamyśleniu sto kroków,
Pod portykami wewnętrznymi zostawił Alberta w rękach przewodników, którzy absolutnie wierni rządzącym tu prawom chcieli pokazać mu w szczególności fosę lwów, loże gladiatorów i podium i sam, pozwalając im iść dalej utartą trasą, wdrapał się ponad pół zniszczonych schodach I usiadł po prostu w cieniu kolumny, skąd przez wyłom w murze mógł granitowego olbrzyma objąć wzrokiem w całym jego majestacie. Franz siedział już prawie kwadrans w cieniu kolumny, obserwując Alberta, który w asyście dwóch ludzi z pochodniami opuszczał właśnie womitorium. Podobni cieniom snującym się za błędnym ognikiem schodzili stopień po stopniu ku honorowym miejscom Westallek.
Albert lubił czasem pożartować sobie na ten temat, ale w głębi duszy był zrozpaczony. On, Albert de Morser, Jeden z najbardziej rozrywanych młodych ludzi w Paryżu tutaj musiał się wciąż obywać smakiem. Sprawa była tym boleśniejsza, że Albert wyjechał z Paryża z przekonaniem wspólnym dla wszystkich naszych ziomków, że we Włoszech Odniesie ogromne sukcesy, o których będzie mógł opowiadać dowoli, wzbudzając podziw ubywalców bulwaru Gandawskiego. Niestety, nic z tego nie wychodziło. Zachwycające hrabiny z Genu i Florencji i Neapolu nie odstępowały ani na krok nie tyle swoich mężów, ile swoich kochanków. Jalbert nabył okrutnego dla siebie przekonania, że Włoszki w tym przynajmniej mają przewagę nad Francuzkami,
Liczył jednak na to, że wszystkie te niepowodzenia odbije sobie w Rzymie w czasie karnawału, który na całym świecie, gdzie by nie świętowano tego czcigodnego obyczaju, jest czasem swobody, w którym najbardziej cnotliwe dają się uwieść jakiemuś aktowi szaleństwa. Ponieważ zaś karnawał miał się otworzyć na zajutrz, Dla Alberta była sprawą niezmiernie ważną, by oznajmić wszystkim swoje przybycie tuż przed rozpoczęciem. I Albert wynajął w tym celu lożę w najbardziej widocznym miejscu w teatrze, a udając się na spektakl, wystroił się doprawdy nienagannie. Miejsce to znajdowało się w pierwszym rzędzie, Co zastępuje naszą galerię. Zresztą trzy pierwsze piętra zajmowane są wszystkie przez arystokrację.
Starania Alberta nie pomagały mu jednak. Nieznajomy. Nieznajomy. Nieznajomy. Z wyjątkiem kilku określonych chwil, gdy wszyscy zwracali wzrok na scenę, aby posłuchać fragmentu jakiegoś recytatywu Cosellego, nagrodzić brawami Morianiego za szczególnie piękną nutę lub krzyknąć z zapałem dla pani Spitsch. W końcu pierwszego aktu drzwi loży dotąd niezajętej otworzyły się i Frans ujrzał, jak wchodziła do niej osoba, której miał zaszczyt być przedstawionym w Paryżu, a o której sądził, że przebywa jeszcze we Francji.
Albert spojrzał poruszenie na Fransa, zaskoczonego obecnością tej damy, i odwrócił się ku niemu. – Znasz tę kobietę? Znam. Jakże ci się podoba. Urocza, mój drogi. I do tego blondynka. O, co za włosy. To francuska? Wenecjanka. Jak się nazywa? Hrabina G. Aaa, znam ją ze słyszenia, zawołał Albert. Mówią, że równie inteligentna, jak ładna. Do diabła. Kiedy pomyślę, że mogłem być jej przedstawiony na ostatnim balu u państwa de Villefort i zaniedbałem taką okazję. O, co za głupiec ze mnie. — Może chcesz naprawić ten błąd? — zapytał Franz. — Co? Czyżbyś znał ją tak dobrze, że mógłbyś mnie zaprowadzić do jej loży?
Tak, ale jaka tusza. Pani Specz gra jak prawdziwa artystka dramatyczna. E, rozumiesz, że kto słyszał takie artystki jak pani Sontag i pani Malibran. Nie wydaje ci się, że Moriani ma doskonałą technikę? Nie lubię brunetów, kiedy śpiewają jak blondyni. O, mój drogi, rzekł Frons, odwracając się, gdy Albert nie przestawał lornetować na wszystkie strony, Trudno ci dogodzić. Wreszcie kurtyna opadła ku wielkiemu zadowoleniu wicehrabiego de Morcerf, który porwał co żywo sylinder, przygładził ręką włosy, poprawił halsztuk i mankiety i trącił Franza na znak, że jest już gotowy. A skoro ze swojej strony hrabina, którą Franz zapytał spojrzeniem, dała znać, że chętnie go przyjmie u siebie, Franz nie zwlekał ni chwili, by zaspokoić niecierpliwość Alberta.
Gdy dochodzili półkolisty korytarz, Albert zdążył poprawić jeszcze kołnierzyk, który mógł mu się przecież wykrzywić pod wpływem ruchu, oraz wyłogi fraka. Franse zapukał lekko do lożu nr 4, którą zajmowała hrabina. Natychmiast młodzieniec siedzący przy niej z przodu loży ustąpił miejsca, według włoskiego zwyczaju, nowo przybyłemu, który z kolei powinien go ustąpić następnemu, który by się po nim pojawił. Franz przedstawił hrabinia Alberta jako człowieka wyróżniającego się w Paryżu zarówno swoim statusem towarzystkim, jak i przymiotami umysłu, co było zresztą faktem. Kręgi, w jakich obracał się Albert, nie mogłyby mu nic pod tym względem zarzucić. Dodał, że jego towarzysz, zrozpaczony, że nie mógł skorzystać z pobytu hrabiny w Paryżu, aby się jej przedstawić, poprosił go, by naprawił to, co Albert uważa za swój błąd i że właśnie pragnie wywiązać się z tej misji, ale że samego Franza powinien ktoś do hrabiny wprowadzić, błagają, aby wybaczyła mu ten nietakt.
Hrabinia ukłaniła się wdzięcznie Albertowi, a Francowi podała rękę. Na zaproszenie hrabiny Albert zajął próżne miejsce, Franz zaś siadł w drugim rzędzie za hrabiną. Albert znalazł natychmiast wyśmienity temat rozmowy – Paryż – i szybko nakierował rozmowę na ich wspólnych znajomych. Franz stwierdził, że przyjaciel zna się w swoim żywiole. Nie wtrącał się więc do nich, a wziąwszy od Alberta jego olbrzymią lornetkę, zaczął rozglądać się po sali. Naprzeciw niego w trzecim rzędzie loży siedziała wielkiej urody kobieta w greckim stroju, który nosiła tak z wielką swobodą, że było oczywiste, iż ubierała się tak zazwyczaj. Za nią, w cieniu, rysowała się sylwetka mężczyzny, którego rysów twarzy niepodobna było rozpoznać.
Franz przerwał rozmowę Alberta i hrabiny, zapytując ją, czy nie zna pięknej Albanki, której urona mogła zwracać uwagę nie tylko mężczyzn, ale i kobiet. – Nie – odpowiedziała hrabina. – Wiem tylko tyle, że mieszka w Rzymie od początku jesieni, bo zobaczyłam ją zaraz po otwarciu sezonu teatralnego, w tym samym miejscu, co i dziś. Od miesiąca nie opuściła żadnego przedstawienia. Czasem bywa z tym mężczyzną, którego widzi pan koło niej teraz, a czasem tylko z czarnym służącym. — Jakże się pani hrabinie podoba. — Wyjątkowo piękna. Musiała być do niej podobna medora. Franz i hrabina uśmiechnęli się do siebie. Następnie hrabina wróciła do rozmowy z Albertem, a Franz dalej lornetował Albankę. Kurtyna podniosła się na balet. Był to jeden z owych wspaniałych baletów włoskich w choreografii słynnego Henryka, który jako baletmistrz zapewnił sobie we Włoszech kolosalną sławę,
— I nigdy nie zwróciła pani na niego uwagi. No to pytanie godne Francuza. Wiesz Pan dobrze, że dla nas Włoszek nie istnieją na świecie inni mężczyźni poza tym, którego kochamy. Słusznie odparł Franz. W każdym razie, rzekła, przykładając do oczu lornetkę Alberta i spoglądając w kierunku loży, Musi to być ktoś, kogo wyciągnięto spod ziemi, kto wyszedł z grobu za pozwoleniem grabarza. Jest straszliwie blady. – Zawsze tak wygląda – odpowiedział Frans. – Więc go pan znasz? – zapytała hrabina. – To ja raczej powinnam zapytać pana, i któż to taki? Zdaje mi się, że już go kiedyś widziałem. Tak, zdaje mi się, że to on. O tak, rzekła poruszając pięknymi ramionami, jakby przebiegł ją w dreszcie jakiś.
Jutro możesz Pan za nim biegać dowoli. Ale proszę mi go nigdy nie przedstawiać, bo umarłabym ze strachu. A teraz dobranoc. Staraj się, pan, zasnąć, a ja i tak wiem, kto dziś na pewno nie zaśnie. I hrabina pożegnała Franza, zostawiając go w niepewności. Czy po prostu bawiła się jego kosztem, czy naprawdę czuła taką trwogę, jak mówiła? Po powrocie do hotelu, Franz zastał Alberta w szlafroku i domowych pantalonach. Jak wyciągnięty z rozkoszą w fotelu, palił cygaro. — A, to ty! — zdziwił się Albert. — Słowo daję, spodziewałem się, że zobaczę cię dopiero jutro. — Kochany Albercie, — odparł Franz, — content jestem, że mam okazję powiedzieć ci coś raz na zawsze. Masz całkowicie błędne wyobrażenie o Włoszkach, a przez twoje niepowodzenia miłosne powinny ci były otworzyć oczy.
– Co mówisz? – Nic. – A co ty tutaj porabiałeś? – Przygotowywałem ci niespodziankę. – Jaką niespodziankę? Wszak wiesz, że nie możemy dostać powozu. Dokroć set. Przecież robiliśmy wszystko, co tylko było możliwe i nic. A mnie przyszedł do głowy cudowny pomysł. Franz spojrzał na Alberta z miną, która świadczyła, że nie ma on wielkiego zaufania do pomysłowości Alberta. Mój drogi, rzekł Albert, zaszczycasz mnie takim spojrzeniem, że właściwie miałbym prawo żądać satysfakcji. Gotów jestem ci jej udzielić, jeżeli tylko twój pomysł ukaże się tak świetny, jak zapowiadasz. Słuchaj więc, nie ma sposobu zdobyć powozu. Nie. Ani koni. Tym bardziej. Ale może uda się nam dostać wóz?
– Znalazłem coś lepszego – odpowiedział Pastrini z bardzo zadowoloną miną. – O, drogi gospodarzu, uważaj – rzekł Albert. – Lepsze jest wrogiem dobrego. — O, ekscelencję mogą mi zaufać — zapewnił Pastrini przemądrzałym tonem. — No ale co w końcu pan znalazł? — zniecierpliwił się Franz. — Wiedzą panowie zapewne — rzekł hotelarz — że na tym samym piętrze mieszka Hrabia de Monte Christo? — A pewnie — mruknął Albert. Bo przecież dlatego mieszkamy jak studenci z ulicy Saint-Nicolas du Chardonnay. No właśnie. Dowiedziawszy się o kłopotach panów, ofiarowuję wam dwa miejsca w swoim powozie i dwa miejsca w oknie pałacu Rosspolis. Albert i Franz spojrzeli po sobie. Ale czy nam wypada, zatroskał się Albert, przyjąć ofertę tego cudzoziemca?
Człowieka, którego wcale nie znamy? – Cóż to za człowiek ten Hrabia de Monte Christo? – zapytał Franz. – Bardzo bogaty magnat, sycylijski czy też maltański. Nie wiem dobrze, ale na pewno arystokrata jak Borgese, a bogaty jakby siedział na żyle złota. – Zdaje mi się – rzekł Franz do Alberta – że gdyby to był człowiek tak dobrze wychowany, jak mówi nasz gospodarz, to powinien był zaprosić nas w innej formie, napisać jakiś liścik albo… W tej chwili zapukano do drzwi. – Proszę – rzekł Franz. Na progu stanął służący w wyjątkowo eleganckiej liberii. – Od pana hrabiego de Monte Christo dla pana Franza de Epinaya i wicehrabiego Alberta de Morserve – rzekł. I podał hotelarzowi dwie karty wizytowe, które tenże wręczył młodym przyjaciołom.
– Pan hrabia de Monte Christo – mówił dalej służący – pyta, czy jaśnie panowie pozwolą, by ich odwiedził po sąsiedzku jutro z rana. Ma również zaszczyt zapytać panów, o której godzinie może ich zastać. — Na honor — rzekł Albert do Franza. — Niczego tu nie można zarzucić. Załatwione nienagannie. — Proszę powiedzieć hrabiemu — odpowiedział Franz — że to my raczej prosimy, by pozwolił nam złożyć mu uszanowanie. Służący wyszedł. — To się dopiero nazywa zastrzelić kogoś uprzejmością — rzekł Albert. — Miałeś, pan, zupełną słuszność, panie Pastrini. Ten twój Hrabia de Monte Christo to wcielenie dystynkcji. Więc przyjmujecie panowie zaproszenie? Na honor, czemużby nie? – odparł Albert.
Przez większą część nocy Franz rozmyślał o swoich dwóch spotkaniach i niecierpliwił się na myśl o jutrze. Rzeczywiście, na zajutrz wszystko musi się wyjaśnić. I tym razem pan de Monte Christo z pewnością mu się nie wymknie, chyba że posiadałby pierścień Gigesa, ten, który czyni swojego właściciela niewidzialnym. I tak Franz obudził się już przed ósmą. Albert zaś, który nie miał takich samych powodów do zrywania się o poranku, spał jeszcze w najlepsze. Franz przywołał natychmiast gospodarza, który ukłonił się Franzowi ze swoją zwykłą uniżonością. – Panie Pastrini – rzekł Franz – czy nie ma się dziś przypadkiem odbyć jakaś egzekucja? — Owszem, panie hrabiu, ale jeżeli pyta mnie pan o to, abym się wystarał o okno, to bierze się pan do tego za późno.
Pierwszy będzie Mazzalato, drugi Decapitato. Uprasza się niniejszym ludzi miłosiernych, aby błagali Boga o szczerą skruchę tych dwóch nieszczęsnych skazańców. Wszystko to niemal co do słowa usłyszał Franz przedwczoraj w zwaliskach Colosseum i nic się nie zmieniło w programie. Nazwiska skazanych, przyczyny wyroku i rodzaj egzekucji. Zgadzało się wszystko. A zatem, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, Trastewerczyk był niekim innym jak Louis Jim Wampo, a człowiekiem w pelerynie Sindbad Żeglarz, który wypełniał swoje filantropijne powołanie zarówno w Rzymie, jak i w Porto Vecchio czy Tunisie. Czas mijał, wybiła dziewiąta i Franz miał już iść budzić Alberta, gdy ku jemu wielkiemu zdziwieniu Albert wyszedł z pokoju kompletnie już ubrany.
Karnawał zawrócił mu zupełnie głowę i obudził go wcześniej, niż Franz mógł się spodziewać. – Czy moglibyśmy, drogi panie Pastrini – rzekł Franz – skoro jesteśmy już obejgotowi, złożyć teraz wizytę hrabiemu de Monte Christo? – Jak pan sądzi? – O, naturalnie. Hrabia de Monte Christo to ranny ptaszek i jestem pewny, że wstał już ze dwie godziny temu. I sądzisz pan, że nie będzie to nietakt, jeśli odwiedzimy go o tej porze? Bynajmniej. W takim razie, Albercie, jeśli jesteś gotów całkowicie, to chodźmy podziękować sąsiadowi za jego uprzejmość. Franz i Albert musieli przejść tylko kilka kroków. Hotelaż wyprzedził ich i zadzwonił do drzwi. Służący otworzył. – I signori francesi! – oznajmił hotelaż.
Pokazano wszystkie 19 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!