Rekonstrukcja rządu, dekonstrukcja koalicji | Nasłuch
W dzisiejszym odcinku Joanna Sawicka i Andrzej Bobiński dyskutują o odroczonej rekonstrukcji rządu, o kolejnych rundach rozmów oraz o oczekiwaniach i żądaniach partii koalicyjnych. Zastanawiają się, jak rekonstrukcja będzie wyglądać od strony strukturalnej, czyli które ministerstwa znikną i personalnej, czyli którzy ministrowie stracą posady. I czy całe przedsięwzięci poprawi notowania rządu Donalda Tuska. Zapraszamy!
w wyborach parlamentarnych, to znaczy wciągnięcie dużej części PSL-u i prawdopodobnie dużej części Polski 2050, może części lewicy na jedną listę, na czele której stanie Donald Tusk albo osoba przez niego wskazana. Więc myślę, że to też jest trochę ta rekonstrukcja w tyle głowy koalicjantów i w tyle głowy Tuska służy trochę temu, żeby ustawić rząd już pod wybory i też ustawić tę scenę partyjną pod stworzenie jednej listy. Tak, no i tutaj widzę dwie takie optyki, dwa momenty. Jeden, w którym cele koalicjantów i Tuska się spotykają i to jest to usprawnienie i doprowadzenie do tego, żeby ten rząd zaczął dowozić, bo jeżeli oni nie zaczną dowozić, to straci na pewno Donald Tusk, ale stracą po prostu wszyscy i to już będzie oczywiste, że będą musieli się pożegnać z władzą, ale zostaną też zapamiętani jako ci, którzy nie byli w stanie wprowadzać proponowanych przez siebie obietnic czy ustaw.
Czy tak naprawdę jest, ilu tych wyborców zostało, ilu tych posłów zostanie, to jest inna rozmowa. Ale ja tak rozumiem, więc dla mnie, czy różne ruchy, które możemy różnie postrzegać, czy lewicy, czy Szymona Hołowni... Z jednej strony wygląda jak szaleństwo, kłótliwość i szukanie sfery i jakichś problemów, ale z drugiej strony oczywistym dla mnie jest, że te partie i ci liderzy i ci politycy starają się odróżnić, starają się pokazać, że oni też mają coś do zaoferowania i to jest coś trochę, albo nawet może bardzo innego od tego, co ma do zaoferowania swoim wyborcom Donald Tusk. Tak, i w tej rekonstrukcji, oprócz tego, że każdy z nich chciał obronić swoje mniejsze lub większe księstwa w tym rządzie, obszary władzy i choć wydawało się, że wszyscy zgadzają się na to odchudzenie, ale pod warunkiem, że żaden z nich nie straci więcej niż każdy inny,
Jeżeli chodzi o Lewicę, to dla Lewicy kluczowe było, żeby przejąć funkcję marszałka Sejmu od Szymona Hołowni. To, co zresztą jest zapisane w umowie koalicyjnej i też ważnym dla nich punktem było to, żeby tej umowy koalicyjnej nie zmieniać, jak się w nią wczyta, zwłaszcza w ten ostatni punkt tej umowy. Widać, że jest ona korzystna dla Lewicy. Widać, że tamte zapisy... Sprzyjają lewicy, że odpowiadał za tę część umowy ze strony lewicy ktoś ewidentnie doświadczony politycznie, który potrafił zadbać o interesy lewicy i to się im teraz spłaca. Jasne, na pewno tak było, natomiast wydaje mi się tutaj też widać bardzo jasno różnicę pomiędzy celami strategicznymi w momencie negocjacji w 2023 roku. Szymon Hołownia postawił bardzo dużo kart i żetonów negocjacyjnych na pierwszą połowę kadencji, ponieważ dla niego perspektywa była do wyborów prezydenckich.
Zdaje się, że Szymon Hołownia, jakkolwiek dziwacznie to brzmi, do ostatniej chwili wierzył, że zostanie tym prezydentem i w ten sposób negocjowali tą umowę koalicyjną, żeby zrobić wszystko, żeby Szymon Hołownia... mógł mieć jak najlepszą pozycję startową, żeby zawalczyć o tego prezydenta i trochę przegapiono albo niespecjalnie przykładano wagę, albo nie zostawiono sobie bardzo wielu kart czy tych żetonów negocjacyjnych na tą drugą część kadencji. A z kolei lewica grała w zupełnie inną grę. Dla lewicy wybory prezydenckie nie były ważne, lewica wiedziała i słusznie, że druga część kadencji będzie istotniejsza, bo to ona będzie poprzedzała wybory w 27, więc lewica ustawiła sobie w ten sposób te negocjacje, że to ona wygląda lepiej w drugiej połowie kadencji. I trochę jest tak, że ja rozumiem w tym sensie lewicę, że lewica coś wynegocjowała, z czegoś zrezygnowała po to, żeby coś uzyskać, a teraz Szymon Hołownia mówi, słuchajcie, no to musimy renegocjować.
Rzeczywiście nie do końca wydaje mi się to bardzo poważne podejście. Pełna zgoda. No i właśnie w tej umowie koalicyjnej jest nie dość, że wpisany marszałek Sejmu od listopada 2025 dla Lewicy, ale jest też wicepremier wraz z imieniem i nazwiskiem Krzysztof Gawkowski. Wpisany, że tak powiem, bezterminowo w tej umowie. No i to na pewno Lewica też chciała osiągnąć, żeby Krzysztof Gawkowski, ważna postać w Lewicy, pozostał na stanowisku ministra cyfryzacji, ale też właśnie wicepremiera. Lewica ma w tym momencie jeszcze troje ministrów w rządzie. Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk, osobę niespecjalnie bliską liderowi Lewicy Czarzastemu, ale za to bardzo sprawczą i sprawną jako ministerka pracy, polityki społecznej i rodziny. I tutaj pewnie jej pozostanie w rządzie dla samej partii, patrząc strukturalnie i wewnętrznie, może nie było kluczowe, ale wizerunkowo jednak bardzo ważne.
No i minister nauki Marcin Kulasek, który wszedł do resortu stosunkowo niedawno Nie miał jakichś do tej pory wielkich osiągnięć, natomiast jest postacią bardzo bliską Włodzimierzowi Czarzastemu i Czarzastemu zależało na tym, żeby również Kulasek pozostał na stanowisku i pomimo tego, że były rozmowy o tym, żeby być może połączyć Ministerstwo Nauki z Ministerstwem Cyfryzacji, czemu miały sprzyjać to, że oba są zarządzane przez Lewicę, to wiele wskazuje na to, że te ministerstwa pozostaną osobne i ministrowie pozostaną na stanowiskach. a jedyną zdymisjonowaną ministerką Lewicy będzie odpowiedzialna za kwestię równości Katarzyna Kotula. Dopowiadając jeszcze się tylko szybko do Marcina Kulaska, rozmawiałem z kimś z ministerstwa i wydaje mi się, że największą zaletą i sukcesem Marcina Kulaska jest to, że nie jest z Dariuszem Wieczorkiem.
Pokazano wszystkie 6 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.