Rekonstrukcja rządu, dekonstrukcja koalicji | Nasłuch
W dzisiejszym odcinku Joanna Sawicka i Andrzej Bobiński dyskutują o odroczonej rekonstrukcji rządu, o kolejnych rundach rozmów oraz o oczekiwaniach i żądaniach partii koalicyjnych. Zastanawiają się, jak rekonstrukcja będzie wyglądać od strony strukturalnej, czyli które ministerstwa znikną i personalnej, czyli którzy ministrowie stracą posady. I czy całe przedsięwzięci poprawi notowania rządu Donalda Tuska. Zapraszamy!
Jan, no może najpierw opowiedzmy sobie po co ta cała rekonstrukcja i dlaczego akurat koniecznie teraz i czy rzeczywiście teraz? No nie tak zupełnie teraz, bo dzisiaj dowiedzieliśmy się, że na wniosek Szymona Hołowniej, który zgłosił go wczoraj, planowana na 15 lipca rekonstrukcja zostanie jednak przesunięta i zostanie ogłoszona 22 lipca, więc mamy jeszcze prawie dwa tygodnie. Ale o tym, że w tym czasie właśnie odbędzie się rekonstrukcja, to widzieliśmy od dawna. Premier po raz pierwszy poinformował o tym chyba w lutym, mówiąc, że czeka nas też odchudzenie rządu. I premier czekał na wybory prezydenckie, bo pierwsze nie chciał tego robić w kampanii, a po drugie liczył się ten wynik wyborów prezydenckich, bo od niego zależało to, jakie będą cele, jaka będzie dalsza strategia i co ten rząd będzie mógł i chciał dalej robić.
I wydaje mi się, że to jest kluczowy i nie wiem, czy nie najważniejszy moment naszej rozmowy, bo mam wrażenie, że to jest taka dosyć oczywista prawda, która umyka bardzo wielu obserwatorom, ale też wyborcom. To znaczy, tu jest ten zasadniczy konflikt, ta zasadnicza rozbieżność, gdzie patrząc na to z boku i bez emocji, bez sympatii, trzeba zrozumieć obie strony. Znaczy, z perspektywy Donalda Tuska nadrzędna jest rzeczywiście praca rządu i to, żeby ten rząd dowoził i to, żeby ten rząd... pracował jak jedna pięść, a z perspektywy koalicjantów, z perspektywy mniejszych partii najważniejsza jest ich tożsamość, jest ich podmiotowość i różne dziwne ruchy na przykład Szymona Hołowni, które możemy różnie oceniać i którym chętnie bym poświęcił parę minut za chwilę. Ale zasadniczo temu służą, żeby pokazać, że Szymon Hołownia nie jest Donaldem Tuskiem, że jego posłowie nie są posłami koalicji obywatelskiej, że jego wyborcy mają inną wrażliwość i inne spojrzenie.
Czy tak naprawdę jest, ilu tych wyborców zostało, ilu tych posłów zostanie, to jest inna rozmowa. Ale ja tak rozumiem, więc dla mnie, czy różne ruchy, które możemy różnie postrzegać, czy lewicy, czy Szymona Hołowni... Z jednej strony wygląda jak szaleństwo, kłótliwość i szukanie sfery i jakichś problemów, ale z drugiej strony oczywistym dla mnie jest, że te partie i ci liderzy i ci politycy starają się odróżnić, starają się pokazać, że oni też mają coś do zaoferowania i to jest coś trochę, albo nawet może bardzo innego od tego, co ma do zaoferowania swoim wyborcom Donald Tusk. Tak, i w tej rekonstrukcji, oprócz tego, że każdy z nich chciał obronić swoje mniejsze lub większe księstwa w tym rządzie, obszary władzy i choć wydawało się, że wszyscy zgadzają się na to odchudzenie, ale pod warunkiem, że żaden z nich nie straci więcej niż każdy inny,
to każdy miał jakieś swoje kluczowe potrzeby i założenia w tych negocjacjach i takie punkty, których poszczególne partie nie chciały odpuścić. I tutaj z jednej strony mamy kwestie personalne i takie resortowe, a z drugiej strony były te kwestie merytoryczne, które zresztą jeszcze, jak słyszymy, nie są negocjowane. No ale jeżeli chodzi o Polskę 2050, no to wiadomo, że o Hołowni jeszcze będziemy za chwilę rozmawiać. Wiadomo, że tym naczelnym celem dla Hołowni było pozostanie w fotelu marszałka Sejmu. Teraz zresztą już w tym tygodniu widzimy, że ten cel Szymon Hołownia odpuścił. W tym momencie są to funkcje wicemarszałka Sejmu i wicepremiera. Na pewno bardzo ważną postacią w rządzie, taką kluczową dla Polski 2050 jest Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz jako taka najsilniejsza przedstawicielka partii w rządzie, najbardziej sprawcza, najbardziej skuteczna.
Jeżeli chodzi o Lewicę, to dla Lewicy kluczowe było, żeby przejąć funkcję marszałka Sejmu od Szymona Hołowni. To, co zresztą jest zapisane w umowie koalicyjnej i też ważnym dla nich punktem było to, żeby tej umowy koalicyjnej nie zmieniać, jak się w nią wczyta, zwłaszcza w ten ostatni punkt tej umowy. Widać, że jest ona korzystna dla Lewicy. Widać, że tamte zapisy... Sprzyjają lewicy, że odpowiadał za tę część umowy ze strony lewicy ktoś ewidentnie doświadczony politycznie, który potrafił zadbać o interesy lewicy i to się im teraz spłaca. Jasne, na pewno tak było, natomiast wydaje mi się tutaj też widać bardzo jasno różnicę pomiędzy celami strategicznymi w momencie negocjacji w 2023 roku. Szymon Hołownia postawił bardzo dużo kart i żetonów negocjacyjnych na pierwszą połowę kadencji, ponieważ dla niego perspektywa była do wyborów prezydenckich.
Zdaje się, że Szymon Hołownia, jakkolwiek dziwacznie to brzmi, do ostatniej chwili wierzył, że zostanie tym prezydentem i w ten sposób negocjowali tą umowę koalicyjną, żeby zrobić wszystko, żeby Szymon Hołownia... mógł mieć jak najlepszą pozycję startową, żeby zawalczyć o tego prezydenta i trochę przegapiono albo niespecjalnie przykładano wagę, albo nie zostawiono sobie bardzo wielu kart czy tych żetonów negocjacyjnych na tą drugą część kadencji. A z kolei lewica grała w zupełnie inną grę. Dla lewicy wybory prezydenckie nie były ważne, lewica wiedziała i słusznie, że druga część kadencji będzie istotniejsza, bo to ona będzie poprzedzała wybory w 27, więc lewica ustawiła sobie w ten sposób te negocjacje, że to ona wygląda lepiej w drugiej połowie kadencji. I trochę jest tak, że ja rozumiem w tym sensie lewicę, że lewica coś wynegocjowała, z czegoś zrezygnowała po to, żeby coś uzyskać, a teraz Szymon Hołownia mówi, słuchajcie, no to musimy renegocjować.
Pokazano wszystkie 6 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.