To właśnie z powodu aresztowania przewodniczącego Komitetu Zakładowego NSZZ Solidarność Jana Ludwiczaka rozpoczął się strajk w Kopalni Wujek. Ludwiczak miał mniej szczęścia niż Jan Bożek w Jastrzębiu. Nie zdołał wyrwać się milicji. Akcja SB przebiegała podobnie, ale nie tak samo. Najpierw drzwi mieszkania przy ulicy Wincentego Pola zapukało MO z informacją o włamaniu do biura związku. Ludwiczak nie otworzył. Zadzwonił natomiast na kopalnię, która była tuż obok, na tej samej ulicy. Kilka minut później pojawiło się trzech górników. Ale zanim Ludwiczak położył się spać, pod blok podjechał milicyjny samochód i na klatkę schodową wpadło ZOMO. Na górników rzucili się bez ostrzeżenia, bili gdzie popadnie, polała się krew. A potem zaczęli wyważać drzwi i wdarli się do mieszkania.
Między górnikami zaczęły krężyć informacje. Jak ZOMO wchodzi, to bije. A potem nadjechały czołgi. Na kopalni w łaźni łańcuszkowej ksiądz Bolczyk odprawiał różaniec. W pewnej chwili otworzyły się drzwi i ktoś krzyknął. Hoppy, jadą! Właźni zrobił się ruch. Górnicy zaczęli wychodzić. Każdy szedł na swoje miejsce przy barykadach. Oni już wiedzieli co robić. Komitet strajkowy przeprowadził naradę i głosowanie. Już wtedy słyszałem tezę obronną górników, którą znali przedstawiciele milicji i wojska. Mówił ksiądz. W wojsku nie będziemy stawiać oporu, ale przed milicją zakładu będziemy bronić. W tej decyzji nie było żadnego taniego bohaterstwa. Raczej determinacja. Wszyscy co do Wspominała Czesława Makarewicz.
Postanowiono poszczuć górników z forą 1471 milicjantów, co w tym przypadku równało się pięciu kompaniom ZOMO, dwóm kompaniom ORMO, Do tego dochodziło 7 armatek wodnych i pluton specjalny ZOMO. Milicję wspierało 720 żołnierzy, 22 czołgi i 44 bojowe wozy piechoty. Tak jak w Jastrzębiu, kierowanie akcją powierzono pułkownikowi Kazimierzowi Wilczyńskiemu. Kończył się wtorek 15 grudnia, trzeci dzień stanu wojennego. Zza muru kopalni Wujek przez całą noc dochodził odgłos uderzeń metalu o metal. To pracowała kuźnia. Każdy górnik musiał mieć jakąś broń. Przygotowywano pręty metalowe i długie wiertła. Trzonki, czyli, jak się mówi na śląsku, sztyle od łopat i kilofów. Łańcuchy i grube, cięte na półtora metrowe kawałki kable.
Dopiero później okazało się, że ten pułkownik nazywa się Piotr Gębka. I był zastępcą szefa Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego. O czym mówiono, tego ludzie nie wiedzieli. Domyślali się tylko, że chodzi o przerwanie strajku. I tak było w istocie. Pułkownik Gębka dał górnikom godzinę na zakończenie strajku, ale nikt na wujku nie brał takiej możliwości pod uwagę. Znów zebrano się w łaźni łańcuszkowej, tym razem jednak nie było głosowania, tylko komitet strajkowy podzielił strajkujących na oddziały i przydzielił im odcinki do obrony. Jedni stawali w głębi kopalni przy barykadach, inni przy murach, przy kotłowni i przy bramach. Wszyscy mieli jedno główne zadanie – nie wpuścić ZOMO na kopalnie. A ZOMO tymczasem zaczęło przygotowania do szturmu. Była godzina 10. Godzinę później kierowca samochodu wyposażonego w armatkę wodną uruchomił silnik, wrzucił pierwszy bieg i powoli ruszył w kierunku tłumu zgromadzonego przy bramie głównej.
Za czołgiem szedł oddział ZOMO i wóz pancerny. Do walki z górnikami doszło w okolicach Wagi Drobnicowej, wspominał Stanisław Płatek. ZOMO się nie przedarło, ponieważ nie ustępowaliśmy przed wozem pancernym, który stanął przy rogu kotłowni. Górnicy próbowali go unieruchomić przez wkładanie w koła świdrów. ZOMOWCY odstąpili. W tym czasie przy bramie głównej trwał ostrzał petardami hukowymi, a gdy się skończył, dwa czołgi zniszczyły mur i otworzyły zomowcą drogę na teren kopalni. Kilka chyba do dziesięciu armat czołgowych biło jak na froncie, tyle że z nabojów ślepych, wspominał Adam Skwira. Kanonada ta była określona jeszcze strzelaniną z pistoletów, broni krótkiej, a także rakietnic. Zrodziła się pewna psychoza, która zaczęła się udzielać.
Walczono na dystans. ZOMO używało petard i granatów z gazem łzawiącym, które górnicy zazwyczaj, lecz nie zawsze, odrzucali w stronę intruzów. Lecz główną bronią górników w tej walce były cegły, kamienie, śruby i nakrętki. Wszystko ciężkie i nieporęczne, ale przynajmniej do pewnego stopnia skuteczne. ZOMO naprawdę zaczynało pękać. A potem rozpoczął się nieskoordynowany odwrót, w trakcie którego trzech milicjantów dostało się do niewoli. O godzinie 12.30 na teren kopalni wszedł pluton specjalny ZOMO dowodzony przez chorążego Romualda Cieślaka. Dokładnie ten sam, który poprzedniego dnia strzelał do górników w Jastrzębiu. Szli za zwykłą kompanią ZOMO, tylko jak twierdzi Stanisław Płatek, mieli mundury w panterkę, a na głowach rogatywki. Nie poszli na pierwszą linię, szukali dogodnych miejsc w budynkach, za zasłoną czołgów czy wozów pancernych.
Do ataku ruszyło natomiast ZOMO, jak zwykle używając petard i gazu łzawiącego. I znów dym przesłonił widok. Dopiero kiedy się rozwiał, Płatek zobaczył leżącego górnika. Chciałem do niego podbiec Strzelano do górników znajdujących się między kotłownią a wagą. 23 odniosło rany. Zginęło sześciu, a trzech kolejnych zmarło w szpitalu. Z tych dziewięciu zamordowanych górników bardzo dobrze znałam sześciu, wspominała Czesława Makarewicz. Zenona Zająca i Zbigniewa Wilka znałam jeszcze z czasów, kiedy chodzili do technikum górniczego.
Poza tym nasze siły były ograniczone, a siły przeciwnika właściwie nie. Dalsza walka nie miała sensu. Górnicy zaczęli się rozchodzić około 7 wieczorem. Ale system prawny PRL o nich nie zapomniał. Adama Squire internowano, a 9 lutego 1982 roku sąd w Katowicach skazał go na 3 lata więzienia. Na taką samą karę skazano Jerzego Wartaka. Ranny 16 grudnia Stanisław Płatek dostał karę od 4 lat więzienia. Ale prawo zajęło się również plutonem specjalnym ZOMO, choć bieg wypadków pokazał, że motywy kierujące tym procesem były zupełnie inne. Przede wszystkim podczas procesu padło pytanie. Kto wydawał rozkaz strzelania do górników zarówno w Katowicach, jak i dzień wcześniej w Jastrzębiu? Nikt się do tego oczywiście nie przyznał. ZOM-owcy twierdzili, że strzelali w powietrze.
Należało więc zatrzeć wszelkie możliwe dowody zbrodni. Czy to się udało? Niezupełnie. Doktor Jarosław Neja z Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach zwrócił uwagę na tajny szyfrogram, który odebrano w Katowickiej Komendzie Wojewódzkiej MO już w niedzielę 13 grudnia 1981 roku. Szyfrogram pozwalał na użycie broni palnej przez oddziały ZOMO bez konsultacji z przełożonymi. Zgodę taką wydał sam generał Czesław Kiszczak. Trzy dni później, czyli tragicznego dnia, 16 grudnia, do Kiszczaka zadzwonił pułkownik Gruba. Krótko przedstawił mu sytuację przy kopalni i poprosił o zgodę na użycie broni. Dlaczego pytał, skoro, jeśli wierzyć doktorowi Neyi, od trzech dni miał zgodę na piśmie? Może oczekiwał potwierdzenia? Jeśli tak było w istocie, to Kiszczak zwiódł jego oczekiwania. Świadkowie tej rozmowy telefonicznej twierdzą, że generał nie pozwolił strzelać do górników.
Gdzie więc leży prawda? Sąd PRL-u, ani później Sąd RP w toku kilku procesów tej zagadki nie rozwiązał. Czy rozwiążą ją historycy na podstawie dokumentów i subiektywnych wspomnień świadków? Czas pokaże. Wspomniany już doktor Neja sugeruje, że decyzja zapadła w Katowicach, a nie w Warszawie, a więc byłby za nią odpowiedzialny pułkownik Gruba. Gruba oczywiście zaprzeczał. Aby więc poszukać rozwiązania, wypadnie odwołać się do notatki w dzienniku sztabowym. Zapisano tam znaną nam już krótką wymianę zdań między Wilczyńskim i Grubą, w której ten pierwszy prosi o zgodę na użycie broni palnej. Co odpowiedział Gruba? Nie czekajcie na rozkaz! Czy może... Nie czekajcie na rozkaz! Skoro kazał czekać na rozkaz, to dlaczego, mimo że go nie wydał pluton specjalny ZOMO, zaczął strzelać?
Dlaczego o godzinie 13.02 Wilczyński wydał rozkaz przerwać ogień? Wiele jest niejasności w tej kwestii. Odtajnione szyfrogramy niewiele wyjaśniają. Istnieje domniemanie, że przecinek w zdaniu, nie, czekajcie na rozkaz, dopisano później. Wiele lat później, w maju 2007 roku, na zakończenie trzeciego procesu ZOMOWCÓW, sędzia Monika Śliwińska powiedziała. Proces ten i zapadły wyrok nie przyniósł w pełni zadość społecznemu poczuciu sprawiedliwości, albowiem prawdopodobnie nigdy do końca nie zostaną wyjaśnione wszystkie mechanizmy i decyzje, jakie legły u podstaw użycia broni palnej wobec strajkujących załóg zakładów pracy. Misja specjalna w RMF FM. Na tropie największych tajemnic historii.
Pokazano wszystkie 11 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Ksiądz Bolczyk pobłogosławił mszę w kościele św. Michała w Katowicach przed pacyfikacją kopalni Wujek.
Górnicy z KWK Wujek poprosili o uspokojenie po trudnym dniu strajku.
Strajk w KWK Wujek zaczyna się z aresztowania przewodniczącego Komitetu Zakładowego NSZZ Solidarność Jana Ludwiczaka.
Pacyfikacja kopalni Wujek zaczyna się z ataku ZOMO i milicji, prowadzącym się strach i walka o kopalnię.
Bitwa o kopalnię Wujek, w której zginęło sześć górników i trzej zostali ranni. Górnicy zdecydowali się na zgodę na przyjęcie warunków zaproponowanych przez reżim.
Procesy sądowe i tajemnice związane z użyciem broni palnej przez ZOMO podczas pacyfikacji kopalni Wujek. Zakończenie misji specjalnej w RMF FM.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.