Potem przeszedł w poniedziałek. Tak jak poprzedniego dnia ustawił na stole krzyż, kielich oraz inne niezbędne do odprawiania mszy przedmioty i zaczął się modlić. Tym razem stołu nie było. Nie było też odpowiedniej atmosfery do odprawiania mszy. Ludzie byli pochłonięci przygotowaniami do obrony kopalni. Adam Skwira, górnik z 28-letnim stażem pracy. Organizował Solidarność na Kopalni Wujek. Gdy rozpoczynał się strajk, wszedł w skład Komitetu Strajkowego. To właśnie on razem ze Stanisławem Płatkiem i Jerzym Wartakiem pierwszego dnia strajku poszli na rozmowy z komisarzem wojskowym, czyli przedstawicielem rządu w Katowicach. Żądali uwolnienia przewodniczącego Zakładowej Solidarności, Jana Ludwiczaka. Nic jednak nie uzyskali. Dlatego, kiedy wrócili na kopalnię, załoga Solidarnie podjęła decyzję o kontynuowaniu protestu.
To właśnie z powodu aresztowania przewodniczącego Komitetu Zakładowego NSZZ Solidarność Jana Ludwiczaka rozpoczął się strajk w Kopalni Wujek. Ludwiczak miał mniej szczęścia niż Jan Bożek w Jastrzębiu. Nie zdołał wyrwać się milicji. Akcja SB przebiegała podobnie, ale nie tak samo. Najpierw drzwi mieszkania przy ulicy Wincentego Pola zapukało MO z informacją o włamaniu do biura związku. Ludwiczak nie otworzył. Zadzwonił natomiast na kopalnię, która była tuż obok, na tej samej ulicy. Kilka minut później pojawiło się trzech górników. Ale zanim Ludwiczak położył się spać, pod blok podjechał milicyjny samochód i na klatkę schodową wpadło ZOMO. Na górników rzucili się bez ostrzeżenia, bili gdzie popadnie, polała się krew. A potem zaczęli wyważać drzwi i wdarli się do mieszkania.
Między górnikami zaczęły krężyć informacje. Jak ZOMO wchodzi, to bije. A potem nadjechały czołgi. Na kopalni w łaźni łańcuszkowej ksiądz Bolczyk odprawiał różaniec. W pewnej chwili otworzyły się drzwi i ktoś krzyknął. Hoppy, jadą! Właźni zrobił się ruch. Górnicy zaczęli wychodzić. Każdy szedł na swoje miejsce przy barykadach. Oni już wiedzieli co robić. Komitet strajkowy przeprowadził naradę i głosowanie. Już wtedy słyszałem tezę obronną górników, którą znali przedstawiciele milicji i wojska. Mówił ksiądz. W wojsku nie będziemy stawiać oporu, ale przed milicją zakładu będziemy bronić. W tej decyzji nie było żadnego taniego bohaterstwa. Raczej determinacja. Wszyscy co do Wspominała Czesława Makarewicz.
Wszyscy zastanawiali się, czy to już. Okazało się, że nie. Dlatego późnym wieczorem, wykorzystując ostatnie godziny spokoju, pewien górnik podszedł do księdza Bolczyka. Powiedział. Nie, nie zareagowałem zdziwieniem, bo rozgrzeszenie generalne i absolucja na godzinę śmierci była realna w tych warunkach. Po wygłoszeniu formuł absolucji ksiądz zaczął zbierać się do domu. Odprowadzali go jak zwykle górnicy. Zaczął się również rozchodzić tłum spod kopalni. Ludzi wygoniła godzina milicyjna, zbliżała się 22. Tymczasem w gmachu Komendy Wojewódzkiej w Katowicach pułkownik Jerzy Gruba zebrał sztab na radę. Decyzja o pacyfikacji kopalni Wujek już zapadła. Teraz debatowano tylko nad tym, jak tę pacyfikację przeprowadzić.
Postanowiono poszczuć górników z forą 1471 milicjantów, co w tym przypadku równało się pięciu kompaniom ZOMO, dwóm kompaniom ORMO, Do tego dochodziło 7 armatek wodnych i pluton specjalny ZOMO. Milicję wspierało 720 żołnierzy, 22 czołgi i 44 bojowe wozy piechoty. Tak jak w Jastrzębiu, kierowanie akcją powierzono pułkownikowi Kazimierzowi Wilczyńskiemu. Kończył się wtorek 15 grudnia, trzeci dzień stanu wojennego. Zza muru kopalni Wujek przez całą noc dochodził odgłos uderzeń metalu o metal. To pracowała kuźnia. Każdy górnik musiał mieć jakąś broń. Przygotowywano pręty metalowe i długie wiertła. Trzonki, czyli, jak się mówi na śląsku, sztyle od łopat i kilofów. Łańcuchy i grube, cięte na półtora metrowe kawałki kable.
Jeżeli chodzi o materiał wybuchowy, to nie wyraziliśmy zgody na jego użycie. Wspominał Stanisław Płatek z Komitetu Strajkowego. Zanim nastał świt byli gotowi do walki o kopalnię. Tymczasem około godziny 8 kopalnie otoczyła milicja. Jakiś czas później pojawiło się wojsko, wozy opancerzone i czołgi. Ale pojawili się również mieszkańcy okolicznych bloków. Znów, jak w ciągu poprzednich dni, podawano górnikom garnki z zupą, chleb, termosy z herbatą czy kawą i interesowano się tym, co dzieje się wokół. A działo się sporo. Widzieli więc ludzie, jak około godziny 9 na teren kopalni przyjechał dyrektor Zaremba w towarzystwie jakiegoś pułkownika i razem weszli na teren kopalni.
Za czołgiem szedł oddział ZOMO i wóz pancerny. Do walki z górnikami doszło w okolicach Wagi Drobnicowej, wspominał Stanisław Płatek. ZOMO się nie przedarło, ponieważ nie ustępowaliśmy przed wozem pancernym, który stanął przy rogu kotłowni. Górnicy próbowali go unieruchomić przez wkładanie w koła świdrów. ZOMOWCY odstąpili. W tym czasie przy bramie głównej trwał ostrzał petardami hukowymi, a gdy się skończył, dwa czołgi zniszczyły mur i otworzyły zomowcą drogę na teren kopalni. Kilka chyba do dziesięciu armat czołgowych biło jak na froncie, tyle że z nabojów ślepych, wspominał Adam Skwira. Kanonada ta była określona jeszcze strzelaniną z pistoletów, broni krótkiej, a także rakietnic. Zrodziła się pewna psychoza, która zaczęła się udzielać.
Walczono na dystans. ZOMO używało petard i granatów z gazem łzawiącym, które górnicy zazwyczaj, lecz nie zawsze, odrzucali w stronę intruzów. Lecz główną bronią górników w tej walce były cegły, kamienie, śruby i nakrętki. Wszystko ciężkie i nieporęczne, ale przynajmniej do pewnego stopnia skuteczne. ZOMO naprawdę zaczynało pękać. A potem rozpoczął się nieskoordynowany odwrót, w trakcie którego trzech milicjantów dostało się do niewoli. O godzinie 12.30 na teren kopalni wszedł pluton specjalny ZOMO dowodzony przez chorążego Romualda Cieślaka. Dokładnie ten sam, który poprzedniego dnia strzelał do górników w Jastrzębiu. Szli za zwykłą kompanią ZOMO, tylko jak twierdzi Stanisław Płatek, mieli mundury w panterkę, a na głowach rogatywki. Nie poszli na pierwszą linię, szukali dogodnych miejsc w budynkach, za zasłoną czołgów czy wozów pancernych.
Do ataku ruszyło natomiast ZOMO, jak zwykle używając petard i gazu łzawiącego. I znów dym przesłonił widok. Dopiero kiedy się rozwiał, Płatek zobaczył leżącego górnika. Chciałem do niego podbiec Strzelano do górników znajdujących się między kotłownią a wagą. 23 odniosło rany. Zginęło sześciu, a trzech kolejnych zmarło w szpitalu. Z tych dziewięciu zamordowanych górników bardzo dobrze znałam sześciu, wspominała Czesława Makarewicz. Zenona Zająca i Zbigniewa Wilka znałam jeszcze z czasów, kiedy chodzili do technikum górniczego.
Jan Stawisiński i Andrzej Pełka mieszkali w hotelu robotniczym, Krzysztof Giza pracował z moim mężem, a Józef Czekalski i jego żona byli naszymi przyjaciółmi. Siódma ofiara to Ryszard Gzik, kolejne dwie Bogusław Kopczak i Joachim Gnida. Użycie broni palnej zakończyło bitwę na kopalni Wujek, ale nie złamało oporu górników. O drugiej po południu na kopalnię przyjechał pułkownik Gębka i rozpoczęły się rozmowy. Jeszcze się wahano, jeszcze pojawiały się głosy, aby walczyć. Zwyciężył rozsądek. Zdecydowano zgodzić się na przyjęcie warunków zaproponowanych przez reżim. Do tego doszło, opowiadał lakonicznie Adam Skwira. Na zgromadzeniu załogi przed łaźnią starałem się przedstawić realizm sytuacji. Trupy i rannych już mieliśmy, a po co mnożyć ofiary, co prawdopodobnie niechybnie by nastąpiło.
Poza tym nasze siły były ograniczone, a siły przeciwnika właściwie nie. Dalsza walka nie miała sensu. Górnicy zaczęli się rozchodzić około 7 wieczorem. Ale system prawny PRL o nich nie zapomniał. Adama Squire internowano, a 9 lutego 1982 roku sąd w Katowicach skazał go na 3 lata więzienia. Na taką samą karę skazano Jerzego Wartaka. Ranny 16 grudnia Stanisław Płatek dostał karę od 4 lat więzienia. Ale prawo zajęło się również plutonem specjalnym ZOMO, choć bieg wypadków pokazał, że motywy kierujące tym procesem były zupełnie inne. Przede wszystkim podczas procesu padło pytanie. Kto wydawał rozkaz strzelania do górników zarówno w Katowicach, jak i dzień wcześniej w Jastrzębiu? Nikt się do tego oczywiście nie przyznał. ZOM-owcy twierdzili, że strzelali w powietrze.
Tych strzałów w powietrze miało być 156. Nikt nie jest w stanie udowodnić, który konkretnie wystrzał trafił, a zatem ranił lub zabił konkretną osobę. Można przecież dopasować użyte pociski do karabinów i ran, powie ktoś i będzie miał rację. Za pomocą badań laboratoryjnych jest to do zrobienia. Problem w tym, że ZOM-owcy plutonu specjalnego wyjeżdżając na akcję zabierali broń jak leci. Teoretycznie mogło to być wynikiem pośpiechu. Sytuacja na Wujku była beznadziejna. Milicja na gwałt potrzebowała wsparcia. Ale po zastanowieniu przychodzi do głowy inna myśl, którą zresztą trudno udowodnić. To musiało być działanie przemyślane. Ten, kto wydał rozkaz używać wyłącznie cudzej broni, musiał wiedzieć, że padną ranni, a być może i zabici. A po całej akcji rozpocznie się proces, który będzie miał tylko jeden cel – oczyścić z zarzutów głównych sprawców.
Pokazano wszystkie 12 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Ksiądz Bolczyk pobłogosławił mszę w kościele św. Michała w Katowicach przed pacyfikacją kopalni Wujek.
Górnicy z KWK Wujek poprosili o uspokojenie po trudnym dniu strajku.
Strajk w KWK Wujek zaczyna się z aresztowania przewodniczącego Komitetu Zakładowego NSZZ Solidarność Jana Ludwiczaka.
Pacyfikacja kopalni Wujek zaczyna się z ataku ZOMO i milicji, prowadzącym się strach i walka o kopalnię.
Bitwa o kopalnię Wujek, w której zginęło sześć górników i trzej zostali ranni. Górnicy zdecydowali się na zgodę na przyjęcie warunków zaproponowanych przez reżim.
Procesy sądowe i tajemnice związane z użyciem broni palnej przez ZOMO podczas pacyfikacji kopalni Wujek. Zakończenie misji specjalnej w RMF FM.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.