Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 96. Droga do Belgii

27.07.2025 ·12 min 40 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

96. Droga do Belgii. W kilka chwil po tej straszliwej scenie wielki pałac nagle opustoszał, jakby rozeszła się wieść, że jeden z zaproszonych zachorował na dżumę czy cholerę. W jednej chwili na wszystkie drzwi i schody i wyjścia naparł tłum gości, próbując się wymknąć jak najprędzej. Okoliczności były tego rodzaju, że nie wypadało udzielać banalnych słów pociechy, które podczas każdej klęski z przyjaciół czynią natrętów. W pałacu został tylko Danglar, zamknięty w gabinecie z żandarmem, składając mu zeznania. Została zamrożona pani Danglar, która ukryła się w dobrze znanym nam buduarku. Została wreszcie Eugenia, która patrząc wyniośle i wzgardliwie wydymając wargi, odeszła do swojego pokoju ze swoją nieodłączną towarzyszką, panną Luizą d'Armilly.

Liczniejsza niż zazwyczaj służba. Z uwagi na uroczystość zatrudniono do pomocy cukierników, kucharzy i garsonów z Café de Paris. Poczytywała sobie za afront to, co się zdarzyło i wystawała tu i ówdzie w grupkach, nie przejmując się zupełnie spełnianiem swoich obowiązków, co zresztą przestało być teraz potrzebne. Ale spośród wszystkich tych osób dwie tylko zasługują na naszą uwagę. Panna Eugenia i panna Luiza. Nie doszła narzeczona, odeszła krokiem obrażonej królowej do pokoju. Jej towarzyszka była bledsza i bardziej przejęta od niej. W pokoju Eugenia zaryglowała drzwi, a Luiza osunęła się na krzesło. – O mój Boże, mój Boże, ależ to okropne!

– zawołała młoda artystka. – Kto by się tego spodziewał? Pan Andrea Cavalcanti, morderca. Zbiegły więzień, galernik. Usta Eugenii wykrzywił ironiczny uśmiech. Cóż, to mi było przeznaczone, rzekła. Uciekłam morserfowi, a trafiłam na Cavalcantiego. O, nie porównujże ich. Bądź cicho. Wszyscy mężczyźni są nikczemni. Bardzo się cieszę, że teraz mogę już nie tylko brzydzić się nimi, ale też nimi pogardzać. I co zrobimy? zapytała Luiza. Co zrobimy? To samo, co miałyśmy zrobić za trzy dni. Wyjedziemy. Nadal tego chcesz? Choć już nie musisz wyjść za mąż? Posłuchaj, Luizo. Nienawidzę tego światowego życia, w którym wszystko jest uporządkowane, uregulowane i ustalone jak układ nut na pięciolinii.

To, o czym marzyłam zawsze, to życie artystki, życie wolne, w którym człowiek zależy tylko od siebie, w którym może liczyć tylko na siebie. Mam tu zostać? A po co? Po to, żeby za miesiąc próbowano mnie znów wydać za mąż? Na przykład za pana Dibreya była o tym kiedyś mowa? Nie, Luizo, nie. Dzisiejszy wypadek posłuży mi za usprawiedliwienie. Nie starałam się, aby doszło do takiej sceny sam. Bóg mi ją zesłał, niech będą mu dzięki. Ależ jesteś silna i odważna, rzekła z podziwem jasnowłosa delikatna dziewczyna do swojej czarnowłosej przyjaciółki. Ejże, to chyba mnie jeszcze nie znałaś. No, Luizo, pomówmy o innych sprawach. Powóz pocztowy. Zarezerwowany trzy dni temu.

Wyjedziemy w dzień podpisania i tercyzy zamiast w dzień ślubu. Kochana, zastanów się dobrze. Och, zastanowiłam się. Dość się nasłuchałam o przelewach, o brachunkach miesięcznych, hossie, bessie, o pożyczce hiszpańskiej i o akcjach hajtańskich. Zamiast tego, Luizo, rozumiesz to? Przestrzeń, wolność, śpiew ptaków, równiny Lombardii, kanały weneckie, pałace Rzymu, plaże Neapolu. Ile mamy pieniędzy? Luisa wyjęła z inkrustowanego sekretarzyka pugilaresik zamykany na kluczyk. Otwarła go i przeliczyła banknoty. — Dwadzieścia trzy tysiące franków — rzekła. I przynajmniej tyle samo w perłach, diamentach i biżuterii, dodała Eugenia.

Jesteśmy bogate. Mając 45 tysięcy franków możemy żyć dwa lata jak księżniczki albo cztery lata całkiem nieźle. Ale zanim minie pół roku, ty dzięki muzyce, a ja dzięki głosowi podwoimy ten kapitał. No, ty weź pieniądze, a ja wezmę kosztowności. W ten sposób, gdyby jedna z nas zgubiła swój skarb, druga połowa zawsze zostanie. A teraz walizka, szybko pakujmy się. Czekaj, rzekła Luiza i poszła posłuchać pod drzwiami pokoju w pani Danglary. Czego się boisz? Żeby nas kto nie przyłapał. No, drzwi są zamknięte. A jak każą nam otworzyć? Mogą sobie kazać, nie otworzymy. — Prawdziwa z ciebie amazonka, Eugenio. I przyjaciółki jeły z nadzwyczajnym pośpiechem upychać w kufrze wszystko, co, jak sądziły, może im się przydać podczas podróży.

— O, a teraz, — rzekła Eugenia, — pójdę się przebrać, a ty zamknij walizę. Luisa drobnymi białymi rączkami z całych sił przycisnęła w jego kufra. — Nie dam rady — stęknęła. — Jestem za słaba, zamknij ty. — Ach, prawda — roześmiała się Eugenia. — Zapomniałam, że to ja jestem Herkulesem, a ty tylko bladą omfalą. I przyciskając kolanem wieko, wytężyła białe, mocne ręce, aż je docisnęła, a Luiza zatrzasnęła kłódkę. Ukończywszy tę operację, Eugenia otwarła kluczem komodę i wyjęła z niej watowany płaszcz podróżny z fioletowego jedwabiu. — Patrz — rzekła — widzisz, że pamiętam o wszystkim?

W tym na pewno nie będzie ci zimno. A ty? Wiesz dobrze, że mnie nigdy nie jest zimno. Zresztą w męskim ubraniu. Tu chcesz się przebrać? Naturalnie. Ale zdążysz? O nic się nie martw, tchórzu jeden. Cała służba gada o tej aferze. Zresztą cóż w tym dziwnego, że się zamknęłam. Każdy myśli, że jestem zrozpatrzona. I z tej samej szuflady, skąd wyjęła płaszcz dla Luizy , wyciągnęła kompletny strój męski. Z szybkością dowodzącą, że nie pierwszy raz przywdziewała dla zabawy męskie ubranie, Eugenia włożyła buty, wciągnęła spodnie, zawiązała halsztuk, zapięła pod szyję kamizelkę i ubrała surdut, który podkreślał jej smukłą kibic.

— O, ślicznie ci w tym — powtarzała Luiza, patrząc z zachwytem. — Ale gdzie podziejesz te piękne czarne włosy, te cudowne warkocze, których ci zazdrościły wszystkie kobiety? Chyba się nie zmieszczą pod cylindrem? — Zaraz zobaczysz. I ujmując w lewą rękę warkocz tak gruby, że z trudem obejmowały go jej palce, w prawą wzięła długie nożyczki, przechyliła się w tył, aby uchronić surdut, zazgrzytały nożyczki i bujne, wspaniałe włosy upadły do stóp dziewczyny. Następnie przycięła sobie włosy na skroniach. Nie okazywała przy tym najmniejszego żalu, przeciwnie, pod czarnymi jak heban brwiami tańczyły w jej oczach iskierki radości. O, takie śliczne włosy!

Zawołała z żalem Luiza. — No czyż tak nie jest mi sto razy lepiej? — wykrzyknęła Eugenia, przygładzając niesforne, krótkie kędziory. — Nie wydaje ci się, że teraz jestem piękniejsza? — O! Ty zawsze jesteś piękna. A teraz gdzie pojedziemy? No do Brukseli. Jak najbliżej do granicy. Z Brukseli udamy się do Lige, Aquisgrana, a potem renem do Strasburga. Przejedziemy przez Szwajcarię i dostaniemy się do Włoch przez przełęcz Świętego Gotarda. Może być taki plan? Ależ tak. Na co tak patrzysz? Na ciebie. Naprawdę ślicznie wyglądasz. Ktoś mógłby pomyśleć, że mnie porywasz. I miałby rację do diabła. I dziewczęta, o których wszyscy zapewne myśleli, że pogrążone są we łzach, że jedna płacze nad sobą, a druga współczuje przyjaciółce, parsknęły głośnym śmiechem i zabrały się do porządkowania bałaganu zwyczajnego w trakcie ucieczki.

Pogasiwszy światło, nastawiając ucha i wytężając wzrok, otwarły drzwi gotowalni, z której schodki dla służby prowadziła aż na dziedziniec. Eugenia szła pierwsza, trzymając za ucho walizę. Luiza podążała za nią z trudem, trzymając oburącz drugie ucho. Dziedziniec był pusty. Właśnie wybiła północ. Odzwierny jeszcze się nie położył. Eugenia podeszła na palcach. Zacny Szwajcar drzemał w swoim domku wyciągniętym w fotelu. Wróciła do Luizy. Podniosły walizę z ziemi i przemknęły się w cieniu rzucanym przez mur aż do bramy. Eugenia kazała Luizie schować się w kącie przy bramie. Taka był odzwierny, gdyby przypadkiem zechciał się obudzić, zobaczył tylko jedną osobę.

Sama stanęła w świetle latarni dziedzińca. – Otworzyć! Zawołała swoim najpiękniejszym kontraltem, stukając w szybę. Odzwierny zerwał się, jak to przewidziała Eugenia i nawet podszedł parę kroków, aby zobaczyć, kto wychodzi, ale widząc młodzieńca, który niecierpliwie smagał sobie spodnie trzcinką, natychmiast otwarł bramę. Luiza prześlizgnęła się jak wąż przez uchylone wrota i wyskoczyła na ulicę. Eugenia, na pozór spokojna, chociaż serce jej biło dużo mocniej niż zwykle, wyszła za nią. Przechodził właśnie tragarz. Dały mu bagaż, kazały zanieść pod numer 36 na ulicę de la Victoria i same poszły za nim. Obecność mężczyzny podnosiła Luizę na duchu.

Sama Eugenia była odważna jak Judyta albo Dalila. Dotarli pod wyznaczony dom. Eugenia kazała tragarzowi złożyć kufer na ziemi, zapłaciła mu i odprawiła, a potem zastukała w okiennicę. Było to mieszkanko młodej Praczki, wtajemniczonej już wcześniej we wszystko. Nie spała jeszcze i otwarła natychmiast. – Panienko! – ozwała się Eugenia. Powiedz odźwiernemu, aby wyciągnął powóz z wozowni i poszedł na pocztę po konie. Dasz mu za fatygę te pięć franków. — Wiesz co, Eugenio — odezwała się Luiza — jestem dla ciebie pełna podziwu. Budzisz we mnie niemal respekt. Praczka patrzyła zdziwiona, ale miała dostać dwadzieścia ludwików za usługę i nie uczyniła najmniejszej uwagi.

W kwadrans później wrócił Odźwierny z Pocztylionem i końmi. W mgnieniu oka zaprzężono je do powozu, a Odźwierny umocował kufer na dachu za pomocą sznura. – Oto moje papiery – odezwał się Pocztylion. – Którą drogą pojedziemy, mój paniczu? — Do Fontainebleau — odpowiedziała Eugenia niemal męskim głosem. — Co ty mówisz? — spytała Luiza. — To podstęp — odszepnęła Eugenia. — Bo ta praczka, co nam pomaga za dwadzieścia ludwików, może nas zdradzić za czterdzieści. Na bulwarze pojedziemy w innym kierunku. I dziewczyna wskoczyła, nie dotykając prawie stopni do powozu, w którym urządzono wygodne posłania. — O, ty zawsze masz rację — rzekła Luiza, siadając obok przyjaciółki.

Kwadrans później po cztylion, zwrócony na właściwą drogę, mijał trzaskając z bicza rogatkę Saint-Martin. — Uf — odetchnęła Luiza — już jesteśmy za Paryżem. — O tak, kochaniutka, porwanie się udało. — O, no tak, i jeszcze obyło się bez przemocy. — W razie czego będzie to dla mnie okoliczność łagodząca — odparła Eugenia. Słowa te zagubiły się w turkocie kół toczących się po bruku La Villette. Pan Danglar nie miał już córki.

Pokazano wszystkie 15 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.