Hrabia Monte Christo. 81. Włamanie
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
81. Włamanie. Nazajutrz, po przytoczonej rozmowie, hrabia de Monte Christo rzeczywiście pojechał do Otel, zabierając ze sobą Alego i kilkoro służących. Wziął też konie, chciał je wypróbować. Dzień wcześniej hrabia nawet nie myślał o wyjeździe do Otel, o czym tym bardziej nie mógł mieć pojęcia Andrea. O wyjeździe tym przesądziło przede wszystkim przybycie Bertuccia, Który wrócił z Normandii przywożąc wiadomości o domu i korwecie. Dom był zakupiony, a korweta już od tygodnia stała na kotwicy w małej przystani. Wszelkie formalności zostały dopełnione i załoga składająca się z sześciu ludzi tylko czekała, by wypłynąć w morze.
Hrabia pochwalił gorliwość Bertuccia i kazał mu poczynić przygotowania do rychłego wyjazdu, albowiem mieli jeszcze pozostać we Francji nie dłużej niż miesiąc. — Bardzo możliwe — rzekł hrabia — że będę musiał w jedną noc dojechać do Trepore. Dlatego chcę, aby po drodze w ośmiu miejscach czekały na mnie przygotowane konie. Zrobię wtedy pięćdziesiąt mil w dziesięć godzin. — Ekscelencja już raz wyraził to życzenie — rzekł Bertuccio. — Ikonie są gotowe. Sam je kupiłem i porozstawiałem w najdogodniejszych miejscach, tj. po wsiach, w których nikt się zwykle nie zatrzymuje. — Dobrze — rzekł Monte Christo. — Zabawię tu jeszcze dzień albo dwa. Przygotuj więc wszystko jak należy.
Gdy Bertuccio miał odejść, aby wydać rozporządzenia dotyczące tego pobytu, Drzwi się otwarły i wszedł Baptysta, trzymając na pozłacanej tacy list. — No co ty tu robisz? — zapytał hrabia, spostrzegłszy, że Baptysta cały okryty jest kurzem. — Zdaje mi się, że cię nie wzywałem. Baptysta zbliżył się i bez słowa do hrabiego i podał mu list. — Ważny i pilny — rzekł. Hrabia rozpieczętował list i przeczytał. Ostrzegam pana de Monte Christo, że jeszcze tej nocy do jego domu na polach elizejskich zakradnie się pewien mężczyzna, by wykraść papiery znajdujące się w sekretarzyku stojącym w gotowalni. Wiadomo, że pan hrabia de Monte Christo, znany ze swojej odwagi, nie zechce zawiadomić policji.
Już więc chciał zanieść list komisarzowi policji, nie bacząc na zalecenie anonimowego przyjaciela, a może właśnie ze względu na to zastrzeżenie, gdy wpadła mu nagle do głowy myśl, że może to być jakiś jego osobisty wróg, Którego tylko on sam potrafi rozpoznać i wyciągnąć z tego korzyści dla siebie. Znamy już dobrze hrabiego. Nie potrzebujemy więc mówić, że ów człowiek o niespotykanej odwadze i energii był gotów, aby stawiać czoła niemożliwemu z uchwałością właściwą tylko ludziom nieprzeciętnym. — Nie chcą ukraść mi żadnych papierów — stwierdził Monte Christo. — Chcą mnie zabić. To nie rabusie, a mordercy. Nie chcę, aby prefekt policji mieszał się do moich prywatnych spraw.
Monte Christo oparł się o drzewo i wzrokiem, który go tak rzadko mylił, ją sądować aleję. Badał przechodniów i lustrował sąsiednie ulice, by upewnić się, że nikt nie czai się w pobliżu. Po dziesięciu minutach przekonał się, że nikt na niego nie czatuje. Podbiegli natychmiast z Alim do furtki i przemknęli się do domu. Schodami dla służby, od których hrabia miał przy sobie klucz, dostali się do sypialni. Nie drgnęła nawet jedna firanka. Nawet odzwierny nie mógłby się domyślić, że do pustego domu zawitał jego główny lokator. W sypialni hrabia dał Alemu znak, by tu pozostał, a sam poszedł do gotowalni i obejrzał ją dokładnie.
Wszystko tu było jak zawsze. Szacowny sekretarzyk stał na swoim miejscu, w zamku tkwił kluczyk. Zamknął sekretarzyk na dwa spusty, wziął klucz, podszedł do drzwi sypialni, odsunął podwójną zasuwkę i wrócił. Przez ten czas Ali ułożył na stole broń, o którą poprosił go hrabia. Krótki karabinek i parę pistoletów o podwójnych lufach, które były tak niezawodne jak pistolety używane w pojedynkach. Tak uzbrojony hrabia miał w swoich rękach życie pięciu ludzi. Było już prawie wpół do dziesiątej. Hrabia z Alim zjedli na prędce po kawałku chleba, popili hiszpańskim winem, po czym Monte Christo uniósł nieco w górę płótno jednego z obrazów, Aleksander Dumas.
Tak upłynęły dwie godziny. Zapadły zupełne ciemności, lecz obaj Ali dzięki swym wrodzonym zdolnościom, a Hrabia dzięki tym, które w sobie wyrobił, byli w stanie dostrzec w tych ciemnościach najdrobniejsze ruchy gałązek drzew na dziedzińcu. Światełko w mieszkaniu odźwiernego dawno już zgasło. Należało się spodziewać, że złoczyńcy, jeśli rzeczywiście miało nastąpić jakieś włamanie, wedrą się przez schody na parterze, a nie przez okno. Monte Christo domniemywał, że chodziło tu o jego życie, a nie pieniądze. A więc złoczyńcy zakradną się najpierw do sypialni, dokąd mogą się dostać albo przez schody dla służby, albo przez okno w gotowalni. Postawił więc Alego przy drzwiach wiodących na schody, a sam zaczaił się przy gotowalni.
Mimo to hrabia uprzedził Alego jednym tylko skinieniem. Ten, zrozumiawszy, iż niebezpieczeństwo nadciąga od strony gotowalni, przysunął się o krok do pana. Monte Christo aż palił się z ciekawości, kim są wrogowie i ilu ich rzeczywiście jest. Okno, przy którym majstrował włamywacz, znajdowało się naprzeciw szpary, przez którą hrabia obserwował gotowalnie. Utkwił wzrok w oknie, rysował się za nim niewyraźny cień jakiejś postaci. Po chwili szyba pociemniała jeszcze bardziej, jakby ktoś zakrył ją z zewnątrz papierem, Potem delikatnie brzęknęła, ale nie upadła. Przez otwór wsunęła się ręka, szukając klamki. Okno skrzypnęło na zawiasach i wszedł jakiś człowiek.
Był sam. A to z uchwały łotr mruknął hrabia. Ale w tej chwili Ali trącił go lekko w ramię. Hrabia obejrzał się. Ali wskazywał mu okno pokoju wychodzące na ulicę. Monte Christo podszedł do okna. Znał ostry wzrok i czuł słuch wiernego sługi. Rzeczywiście, na ulicy odkleił się od bramy jakiś cień i wspiął na kamienny słupek, jakby chciał zobaczyć, Co się dzieje u Hrabiego? – Dobrze – rzekł do siebie. – Czyli jest dwóch. Jeden działa, drugi pilnuje. Dał znak Aleemu, aby nie spuszczał z oka człowieka, który stał na ulicy, a sam ją z powrotem obserwować złodzieja w gotowalni. Włamywacz po omacku z wyciągniętymi rekami posuwał się naprzód.
Po chwili zorientował się w otoczeniu. W gabinecie było dwoje drzwi. Zatrzasnął zasuwy w jednych i w drugich. Gdy zbliżył się do drzwi sypialni, Monte Christo, sądząc, że włamywacz tam wejdzie, przygotował pistolet, ale usłyszał tylko zgrzyt zasówek. Była to tylko zwykła ostrożność. Nocny gość nie wiedział, że hrabia usunął żelazne klamry, w które wchodziły zasuwy. Mógł się więc czuć jak u siebie i sądzić, że może spokojnie działać. Sam, uspokojony co do własnego bezpieczeństwa, wyciągnął coś ze swojej przepastnej kieszeni, co tego hrabia nie widział, i położył to coś na stoliku. Podszedł do sekretarzyka, namacał ręką zamek i spostrzegł, że brakowało w nim kluczyka.
Tego się nie spodziewał. Był jednak człowiekiem przezornym i przewidział wszystko. Wkrótce też hrabia usłyszał szczęk kluczy, których całe pęki przynoszą zwykle ślusarze, gdy muszą otworzyć komuś drzwi. Złodzieje nazywają je wytrychami lub słowikami, bez wątpienia ze względu na przyjemność, jakiego nocą dostarcza im znajomy zgrzyt wytrycha ocierającego się o mechanizm zamka. — Aha — szepnął do siebie Monte Christo i uśmiechnął się z rozczarowaniem. To tylko zwyczajny złodziej. Włamywacz nie mógł sobie poradzić w ciemnościach z doborem stosownego narzędzia. Wziął więc przedmiot położony wcześniej na stoliku, nacisnął sprężynę i natychmiast blade, ale dość jasne światło rzuciło złotawy poblask na jego ręce i twarz.
— A niech to! — szepnął Monte Christo, cofając się w zdziwieniu. — Przecież to... — Ali podniósł siekierę. — Nie ruszaj się! — szepnął Monte Christo. — Zostaw siekierę. Nie będziemy jej potrzebować. Po czym dodał jeszcze kilka słów bardziej zniżonym głosem, gdy bowiem szepnął po raz pierwszy, rabuś drgnął i zastygł w pozie antycznego szlifierza. Był tu jakiś rozkaz, gdyż sługa odszedł na palcach i zdjął ze ściany czarny ubiór i trójgraniasty kapelusz. W tym czasie Monte Christo zdjął szybko surdut, kamizelkę oraz koszulę. Przy blasku światła, sączącego się przez szparę, dostrzec można było na piersi hrabiego cieniutką, Stalową koszulkę.
Starał się za wszelką cenę dojrzeć co działo się w gotowalni. Monte Christo uderzył się nagle w czoło i usta zadrgały mu w uśmiechu. Podszedł do Alego. — Zostań tu — rzekł szeptem do służącego. Ukryj się w cieniu i cokolwiek byś słyszał, nie wychodź i nie pokazuj się, aż cię nie zawołam. Ali skinął głową, że rozumie i będzie posłuszny. Monte Christo wyjął z szufladki świecę i w chwili, gdy złodziej szperał coraz niecierpliwiej w zamku, otwarł cicho drzwi, trzymając świecę tak, by jej światło padało mu wprost na twarz. Drzwi otwarły się tak cicho, że złodziej nie dosłyszał najmniejszego szmeru. Poteż wielkie było jego zdumienie, gdy w pokoju zabłysło światło.
Odwrócił się. – A, dobry wieczór, kochany panie Kaderus! – rzekł Monte Christo. – Co pan tu u diabła robi o tej porze? – Ksiądz Busoni! – krzyknął Kaderus. I nie pojmując, skąd wzięło się to nagłe zjawisko, zważywszy, że pozamykał dokładnie drzwi za sobą, upuścił pęk wytrychów i znieruchomiał w osłupieniu. Hrabia stanął pomiędzy nim a oknem, odcinając mu drogę ucieczki. — Ksiądz Busoni — powtórzył Kaderus z wytrzeszczonymi oczami. — Tak, bez wątpienia, ksiądz Busoni, we własnej osobie — podjął Monte Christo. — I bardzo jestem rad, że mnie pan od razu poznał, drogi panie Kaderus. Dowodzi to, że obaj mamy dobrą pamięć, bo jeżeli się nie mylę, to już blisko 10 lat minęło od naszego ostatniego spotkania.
Ten spokój, ironia i pewność siebie tak przeraziły Kaderusa, że aż zakręciło mu się w głowie. – Ksiądz! Ksiądz! – wyjąkał, zaciskając pieści i dzwoniąc zębami. – Chcieliśmy więc okraść hrabiego de Monte Christo! – zagadnął rzekomy ksiądz. — Księże dobrodzieju! — bełkotał Kaderus, usiłując przesunąć się do okna, do którego dostęp zasłaniał mu Hrabia. — Księże dobrodzieju, ja nie wiem. Proszę, niech mi ksiądz uwierzy. Przysięgam. — Wycięta szyba — ciągnął Monte Christo. — Ślepa latarnia, pęk wytrychów, zamek do sekretarzyka prawie wyłamany. To chyba jasne.
— Czyli złamałeś przysięgę, tak? — przerwał Monte Christo. — No tak — rzekł Kaderus, mocno zaniepokojony. — Szkaradna recydywa. Jeśli się nie mylę, może to cię zawieść prosto na plac Greif. Oj, źle, bardzo źle. Al diavolo, jak mawia się w moim kraju. — Proszę księdza, zostałem w to wciągnięty — tak mówią wszyscy zbrodniarze. — Nędza... — Dajże pan spokój — rzekł z pogardą Busoni. — Nędza może zmusić człowieka do pójścia na żebry, do kradzieży bochenka w piekarni, ale żeby włamywać się do sekretarzyka w pozornie opuszczonym domu? A kiedy jubirel Joannes odliczył ci 45 tysięcy franków za diament, który ci podarowałem, a ty go zabiłeś, żeby mieć i pieniądze i diament, czy to też zrobiłeś z nędzy?
Benedetto okazał się synem wielkiego pana. A kim ma być ten wielki pan? No, to Hrabia de Monte Christo, ten u którego teraz jesteśmy. Benedetto synem hrabiego? – zapytał zdumiony Monte Christo. Do diabła chyba tak! Bo Hrabia wyszukał mu fałszowego ojca, daje mu 4000 franków na miesiąc, a w testamencie zapisał mu pół miliona franków. Aha, aha, powiedział rzekomy ksiądz, zaczynał bowiem powoli pojmować. A jak nazywa się teraz ten młodzieniec? Andrea Cavalcanti. O, więc to ten sam młodzieniec, którego mój przyjaciel Hrabia przyjmuje u siebie i który ma się żenić z panną Danglar.
— Co ksiądz robi? — przestraszył się Kaderus. — Gdyby przechodził patrol! — zdmuknął świecę. I znów zaczął złazić, ale uspokoił się dopiero, gdy poczuł pod nogami ziemię. Monte Christo wszedł do sypialni i jednym spojrzeniem ogarnął ogród i ulicę. Dostrzegł najpierw, jak Kaderus obszedł ogród dookoła i przystawił drabinę w rogu muru, aby wyjść z innej strony niż przyszedł. Człowiek, który czatował na ulicy, pobiegł w tym samym kierunku i stanął za rogiem. Kaderus wspiął się powoli po drabinie, a gdy był na samej górze, wytknął głowę za mur, aby sprawdzić, czy ulica jest na pewno pusta. Nie było nikogo. Dookoła panowała cisza. Zegar inwalidów wybił pierwszą. Kaderus usiadł okrakiem na murze, wciągnął drabinę, przeniósł ją na drugą stronę i zamiast schodzić, zaczął się raczej po niej ześlizgiwać.
Pokazano wszystkie 18 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!