Hrabia Monte Christo. 81. Włamanie
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Odwrócił się. – A, dobry wieczór, kochany panie Kaderus! – rzekł Monte Christo. – Co pan tu u diabła robi o tej porze? – Ksiądz Busoni! – krzyknął Kaderus. I nie pojmując, skąd wzięło się to nagłe zjawisko, zważywszy, że pozamykał dokładnie drzwi za sobą, upuścił pęk wytrychów i znieruchomiał w osłupieniu. Hrabia stanął pomiędzy nim a oknem, odcinając mu drogę ucieczki. — Ksiądz Busoni — powtórzył Kaderus z wytrzeszczonymi oczami. — Tak, bez wątpienia, ksiądz Busoni, we własnej osobie — podjął Monte Christo. — I bardzo jestem rad, że mnie pan od razu poznał, drogi panie Kaderus. Dowodzi to, że obaj mamy dobrą pamięć, bo jeżeli się nie mylę, to już blisko 10 lat minęło od naszego ostatniego spotkania.
Ten spokój, ironia i pewność siebie tak przeraziły Kaderusa, że aż zakręciło mu się w głowie. – Ksiądz! Ksiądz! – wyjąkał, zaciskając pieści i dzwoniąc zębami. – Chcieliśmy więc okraść hrabiego de Monte Christo! – zagadnął rzekomy ksiądz. — Księże dobrodzieju! — bełkotał Kaderus, usiłując przesunąć się do okna, do którego dostęp zasłaniał mu Hrabia. — Księże dobrodzieju, ja nie wiem. Proszę, niech mi ksiądz uwierzy. Przysięgam. — Wycięta szyba — ciągnął Monte Christo. — Ślepa latarnia, pęk wytrychów, zamek do sekretarzyka prawie wyłamany. To chyba jasne.
Kaderusa zaczęło dusić w gardle. Wypatrywał już tylko mysie i dziury, w którą mógłby się wcisnąć i wymknąć stąd. – No, no – rzekł hrabia – widzę, że nic się nie zmieniłeś, panie morderco. – O księże dobrodzieju! Ksiądz przecież wie wszystko. To i na pewno ksiądz też wie, że to nie ja zrobiłem, ale Karkątka. Przecież dowiodłem tego w procesie i dlatego skazano mnie tylko na galery. Czyli odsiedziałeś już karę, skoro spotykam Cię w tej chwili, gdy robisz wszystko, by tam znowu wrócić. Nie odsiedziałem wszystkiego, księże dobrodzieju. Zostałem przez kogoś uwolniony. Ten ktoś wyświadczył społeczeństwu ładną przysługę. — Och! — weslnął Kaderus. — Przyrzekłem uroczyście.
— Czyli złamałeś przysięgę, tak? — przerwał Monte Christo. — No tak — rzekł Kaderus, mocno zaniepokojony. — Szkaradna recydywa. Jeśli się nie mylę, może to cię zawieść prosto na plac Greif. Oj, źle, bardzo źle. Al diavolo, jak mawia się w moim kraju. — Proszę księdza, zostałem w to wciągnięty — tak mówią wszyscy zbrodniarze. — Nędza... — Dajże pan spokój — rzekł z pogardą Busoni. — Nędza może zmusić człowieka do pójścia na żebry, do kradzieży bochenka w piekarni, ale żeby włamywać się do sekretarzyka w pozornie opuszczonym domu? A kiedy jubirel Joannes odliczył ci 45 tysięcy franków za diament, który ci podarowałem, a ty go zabiłeś, żeby mieć i pieniądze i diament, czy to też zrobiłeś z nędzy?
Niech mi ksiądz przebaczy. Już raz mnie ksiądz ocalił. Niech mnie ksiądz ocali po raz drugi. Niezbyt mam ochotę. — Sam ksiądz Dobrodziej jest? — spytał Kaderus, składając ręce. — Czy są już na dole żandarmi, którzy czekają, aby mnie pojmać? — Jestem sam — odparł ksiądz — i ulituję się nad tobą. Puszczę cię wolno, ryzykując, że swoją wyrozumiałością sprowadzę na ludzi nowe nieszczęścia. Ale musisz mi powiedzieć całą prawdę. — O, księży dobrodzieju! — zawołał Kaderus i składając ręce, zbliżył się o krok do hrabiego. — Śmiało mogę powiedzieć, że jest ksiądz moim prawdziwym zbawcą. — Mówisz więc, że ktoś cię uwolnił z galer?
— Tak, proszę księdza, jakiem Kaderus. — Kto taki? — Pewien Anglik. Lord Wilmore. — Znam go. Dowiem się, jeśli kłamiesz. O księży dobrodzieju mówię szczerą prawdę. Więc ten Anglik zaopiekował się tobą? Nie mną, ale pewnym młodym Korsykańczykiem, z którym byłem skuty. Jakże się nazywał ten Korsykańczyk? Benedetto. Ale to tylko imię. Nie miał nazwiska, był podrzutkiem i uciekł razem z Tobą? Jak to się stało? Opracowaliśmy razem w Saint-Mardier pod Toulonem. Zna ojciec Saint-Mardier? Znam. Otóż kiedy inni wypoczywali, my odeszliśmy trochę na bok, przepiłowaliśmy kajdany piłką, którą dostaliśmy od Anglika i uciekliśmy w pław.
I co się stało z Benedettem? Nie mam pojęcia. Rozstaliśmy się w Ires. I aby nadać swoim zapewnieniom większą wagę, Kaderus zrobił jeszcze krok w stronę księdza. Ksiądz stał nieporuszony, zamierzając pytać dalej. — Kłamiesz — powiedział ksiądz Busoni stanowczo. — Ten człowiek wciąż jest twoim przyjacielem, a może nawet twoim wspólnikiem, co? — No dobrodzieju! Gdy opuściłeś Toulon, jak żyłeś? Jak się dało? Kłamiesz, powtórzył ksiądz po raz trzeci i jeszcze bardziej władczo. Kaderus spojrzał nań zmartwiały. Żyłeś za pieniądze, które on ci dawał. Tak, to prawda, przyznał się Kaderus.
Ale ku jego zaskoczeniu sztylet ześliznął się z tępiony. W tejże chwili hrabia chwycił ręce, w której morderca trzymał sztylet, i wykręcił ją z taką siłą, że nóż wypadł mu z palców. Kaderus krzyknął z bólu. Hrabia nie poprzestał na tym. Dotąd wykręcał bandycie rękę, aż ten runął na kolana, a potem zwalił się twarzą do ziemi, oparł mu stopę na głowie i rzekł. — Nie wiem, co mnie powstrzymuje od roztrzaskania ci czaszki, zbrodniarzu. — O litości, litości! — krzyczał Kaderus. Hrabias zdjął nogę. — Wstań! — rzekł. Kaderus podniósł się. — Do crocet! Ale ksiądz ma rękę! — rzekł Kaderus, rozcierając ramię zdrętwiałe od żelaznego uścisku hrabiego. — Niech to diabli, co za ręka!
Milcz. Bóg dał mi siłę, żebym mógł ujarzmiać takie dzikie bestie jak ty. Działam w imieniu Boga. Zapamiętaj to sobie, nędzniku. A jeśli oszczędzę cię teraz, to tylko po to, byś służył jeszcze jego zamiarom. Weź pióro, papier i pisz, co ci podyktuję. O, piękno obolały kaderus. Nie umiem pisać. Kłamiesz. Bierz pióro i pisz. Kaderus posłuszny tej najludzkiej potędze usiadł i napisał. Szanowny panie, człowiek, którego przyjmuje pan u siebie i któremu chce pan oddać za żonę swoją córkę, to były więzień, który uciekł ze mną z galer w Tulonie. Miał numer 59, a ja 58. Na imię było mu Benedetto, ale nie zna swojego prawdziwego nazwiska, bo nigdy nie znał swoich rodziców.
– Podpisz – rozkazał hrabia. – Więc chce mnie ksiądz zgubić. Ty durniu, gdybym chciał cię zgubić, oddałbym cię w ręce pierwszego lepszego żandarma. Zresztą, kiedy ten bilecik zostanie poddany pod wskazany adres, raczej nie będziesz musiał się już niczego obawiać. Podpisz. Kaderus podpisał. Jeszcze adres. Wielmożny pan Baron Danglar, Bankier, ulica Chasse-d'Antin. Ksiądz wziął bilecik. A teraz, rzekł, idź precz. Któlędy? Drogą, którą przyszedłeś. Chce ksiądz dobrodziej, abym wyszedł przez okno? Przecież tędy wszedłeś. Ksiądz coś knuje przeciw mnie, prawda? Głupcze, co miałbym knuć?
— Bo jeśli wrócisz do domu cały i zdrowy, to... — To co? — zadrżał Kaderus. — To będzie znaczyło, że Bóg ci przebaczył, a wtedy ja także ci przebaczę. — Jakiem chrześcijanin? — wybełkotał Kaderus i cofnął się. — Boję się, ojca! — Dalej, wynoś się! — rzekł hrabia, wskazując Kaderusowi okno. Kaderus, nie ufając jeszcze do końca obietnicy księdza, przełożył jedną nogę na okno i oparł stopę na szczeblu drabiny. Zatrzymał się nagle, dygocząc ze strachu. — Złaś! — rzekł ksiądz, założywszy ręce. Kaderus pojął, że ze strony księdza nic mu już nie grozi i zaczął schodzić. Hrabia zbliżył się wtedy ze świecą do okna, tak by z pól elizejskich było dokładnie widać, że jakiś człowiek wychodzi z okna.
— Co ksiądz robi? — przestraszył się Kaderus. — Gdyby przechodził patrol! — zdmuknął świecę. I znów zaczął złazić, ale uspokoił się dopiero, gdy poczuł pod nogami ziemię. Monte Christo wszedł do sypialni i jednym spojrzeniem ogarnął ogród i ulicę. Dostrzegł najpierw, jak Kaderus obszedł ogród dookoła i przystawił drabinę w rogu muru, aby wyjść z innej strony niż przyszedł. Człowiek, który czatował na ulicy, pobiegł w tym samym kierunku i stanął za rogiem. Kaderus wspiął się powoli po drabinie, a gdy był na samej górze, wytknął głowę za mur, aby sprawdzić, czy ulica jest na pewno pusta. Nie było nikogo. Dookoła panowała cisza. Zegar inwalidów wybił pierwszą. Kaderus usiadł okrakiem na murze, wciągnął drabinę, przeniósł ją na drugą stronę i zamiast schodzić, zaczął się raczej po niej ześlizgiwać.
Robił to z wprawą świadczącą, że często miał okazję powtarzać to ćwiczenie. Ale zjeżdżając w dół, nie mógł się już zatrzymać, gdy w połowie drogi ujrzał, jak z cienia wypada jakiś człowiek. Gdy dotykał stopami ziemi, czyjaś ręka uniosła się nad nim. Nim zdążył przyjąć postawę obronną, ręka ta wymierzyła mu silny cios w plecy. Wypuścił drabinę i krzyknął – na pomoc! Drugi cios otrzymał w bok. Padając, krzyknął – mordują! I gdy zwalił się na ziemię, napastnik złapał go za włosy i wbił mu nóż w piersi. Kaderus chciał jeszcze krzyknąć, ale zamiast krzyku wydał z siebie tylko jęk. Z trzech ran buknęła krew. Nie krzyczał już.
Morderca chwycił go więc za włosy i podniósł mu głowę. Kaderus miał zamknięte oczy i wykrzywione usta. Morderca przekonany, że go zabił, puścił głowę ofiary i zniknął. Czując, że napastnik odszedł, Kaderus podniósł się na łokciu i zawołał resztką sił. – Mordują! Umieram! Proszę księdza na pomoc! Rozpaczliwe to wołanie niosło się pośród ciemnej nocy. Drzwi od bocznych schodów otwarły się, skrzypnęła furtka i nadbiegli ze światłem Ali i jego pan.
Pokazano wszystkie 14 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!