Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 27. Opowiadanie

27.07.2025 ·31 min 19 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

Mów prawdę, samą prawdę, nic więcej. Nie znam i pewnie nigdy nie będę znać ludzi, o których masz mówić. Zresztą jestem Włochem, nie Francuzem. Służę Bogu, a nie ludziom i niebawem wracam do klasztoru, który opuściłem tylko po to, aby wypełnić ostatnie życzenie umierającego. Ta stanowcza obietnica podniosła nieco na duchu Kaderusa. — No cóż, w takim razie — powiedział — chcę więc, a nawet uważam, że powinienem to zrobić. Chcę wyprowadzić księdza z błędu co do tych mniemanych przyjaciół, których Edmund uważał za tak mu oddanych. — Zacznijmy od jego ojca — poprosił ksiądz. Edmund tyle mi mówił o nim, tak głęboko go kochał. — O, to smutna opowieść — rzekł Kaderu, zkiwając głową.

Byłem tam, proszę księdza, i nigdy nie zapomnę, z jakim uśmiechem stary przyjął to zalecenie. Odtąd nie zamykał już drzwi. Miał doskonałą wymówkę, aby się głodzić. Lekarz nakazał mu dietę. Ksiądz westchnął boleśnie. – Ta historyjka księdza nie nudzi? – rzekł Kaderus. – Nie, to naprawdę poruszająca historia. Mercedes znów przyszła do Dontesa. Widząc, jak bardzo jest wycieńczony, chciała go znowu przenieść do siebie. Tak też uważał pan Morel i chciał to nawet wykonać, ale starzec tak mocno krzyczał, że się zlękli. Mercedes pozostała przy łóżku, pan Morel odszedł, wskazując jej sakiewkę, którą zostawił na kominku. Ale chory, zasłaniając się zaleceniem lekarza, nie chciał nic wziąć do ust.

Na koniec, po dziewięciu dniach rozpaczy i głodówki, stary umarł, przeklinając tych, którzy byli sprawcami jego nieszczęścia i mówiąc do Mercedes, gdybyś zobaczyła kiedyś Edmunda, powiedz mu, że błogosławiłem mu umierając. Ksiądz wstał i obszedł dwukrotnie salę, dotykając drżącą ręką gardła, w którym zaschło, więc umarł, jak powiadasz. Z głodu, mój ojcze, z głodu, rzekł Kaderus. O, przysięgam na Chrystusa, że to prawda. Ksiądz chwycił konwulsyjnie szklankę wody, wychylił do dna duszkiem i usiadł. Oczy mu się zaczerwieniły, policzki pobladły. Co za straszliwe nieszczęście, rzekł chrapliwie.

Obaj. Jeden napisał donos, a drugi zaniósł go na pocztę. A gdzież napisali ten donos? W karczmie panfila, w przeddzień ślubu. To prawda, to prawda, szepnął ksiądz. Faria, faria, jak ty dobrze znałeś ludzi i świat. Przepraszam, co ksiądz mówi? spytał Kaderus. Nic, powstrzymał się ksiądz. Mów pan dalej. Danglar napisał denuncjację lewą ręką, aby nie rozpoznano jego pisma, a Fernand ją wysłał. — Ależ! — wykrzyknął ksiądz. — Ty także tam byłeś! — Ja? — zdziwił się Kaderus. — A któż to księdzu powiedział? Ksiądz spostrzegł się, że zbyt się zagalopował.

— Nikt mi nie powiedział! — odrzekł. — Ale skoro tak dobrze znasz wszystkie szczegóły, musiałeś, pan, być chyba tego świadkiem. — To prawda — rzekł Kaderus stłumionym głosem. — Ja też tam byłem. — I nie sprzeciwiłeś się pantejnik czemności? Jesteś więc ich wspólnikiem. — Proszę księdza — usprawiedliwił się Kaderus. — Tak dokumenty mnie spili, że niemal całkiem stracił przytomność. Wszystko widziałem jak przez mgłę. Próbowałem coś powiedzieć, sprzeciwić się, ale człowiek w takim stanie nic nie może zrobić. A oni mi powiedzieli, że to tylko niewinny żart, który nie pociągnie za sobą żadnych skutków. Ale na zajutrz zobaczyłeś pan, że pociągnął i nic pan nie powiedział, chociaż byłeś przy aresztowaniu.

Tak, proszę księdza, byłem i chciałem wszystko wyjawić, ale danglar mnie powstrzymał. A jeżeli przypadkiem rzeczywiście jest winny, mówił do mnie. Jeżeli prawdą jest, że był na Elbie, że ma przy sobie list do Komitetu Bonapartystów w Paryżu, jeżeli ten list znajdą przy nim, ci, co się za nim ujmą, będą poczytani za wspólników. Przyznaję, że się przestraszyłem. Nic nie powiedziałem. Stchórzyłem, to prawda. Ale to nie zbrodnia. Rozumiem. Nie sprzeciwiłeś się złemu i tyle. No tak, proszę dobrodzieja, odrzekł Kaderus. I to mnie dręczy dniem i nocą. Przysięgam księdzu, tak często błagam Boga, aby mi przebaczył. Zwłaszcza, że ten grzech jedyny, jaki mam sobie naprawdę z całego życia do wyrzucenia, jest przyczyną moich nieszczęść.

Pokutuję za jedną chwilę egoizmu. Jakoż gdy karkątka się uskarża, mówię jej zawsze – milcz, kobieto, Bóg chce, aby tak było. I Kaderus zwiesił głowę z oznakami szczerej skruchy. Dobrze, rzekł ksiądz, mówisz pan bardzo szczerze. Kto się w ten sposób obwinia, ten zasługuje na przebaczenie. No niestety, że Edmund już umarł, a on mi nie przebaczył. — On o niczym nie wiedział — odpowiedział ksiądz. — Teraz może wie. Powiadają, że zmarli wiedzą wszystko. Nastała chwila milczenia. Ksiądz wstał i przechadzał się w zamyśleniu. Po chwili wrócił na miejsce i usiadł. — Wspomniałeś mi, pan, kilka razy o Moreelu.

Mam jeszcze tę sakiewkę duża z czerwonego jedwabiu. – Czy ten pan Morel żyje jeszcze? – zapytał ksiądz. – On żyje. To pewnie takiemu człowiekowi niebo pobłogosławiło. Musi być bogaty, szczęśliwy. Kaderus uśmiechnął się gorzko. – Szczęśliwy tak jak ja. – Jak to, więc mu się nie wiedzie? – zawołał ksiądz. – Zbliża się do nędzy, proszę księdza. Co więcej, grozi mu dyshonor. – Jak to? – No tak – odżył Kaderus. – Właśnie tak. Po dwudziestopięcioletnich trudach uzyskawszy jedno z najpierwszych miejsc wśród marcylskich kupców, pan Morel jest zrujnowany z kretesem. W ciągu dwóch lat zatonęło mu pięć statków, trzy razy zbankrutował.

Alipasza został zabity, jak wiadomo, Ale przed śmiercią wynagrodził Fernanda znaczną sumką, z którą Fernand powrócił do Francji. Od razu też potwierdzono mu stopień generała porucznika. — Tym sposobem dzisiaj? — zapytał ksiądz. — Tym sposobem dzisiaj? — dokończył Kaderus. — Posiada wspaniały pałac w Paryżu, ulica Helderska pod numerem 27. Ksiądz otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć i wahał się. Na koniec przezwyciężył się. A Mercedes, rzekł w końcu, mówiono mi, że zniknęła. Zniknęła tylko jak słońce o zachodzie, odrzekł Kaderus, aby o wschodzie zabłysnąć wspanialszym blaskiem. Czyżby i ona zrobiła fortunę?

Fernand pojmował to dobrze, bo wrócił wtedy dopiero, gdy się dowiedział o śmierci starca. Tym razem był już porucznikiem. Podczas pierwszych odwiedzin nie wymknęło mu się ani słowa o miłości. Podczas drugich wspomniał Mercedes o uczuciu, jakie do niej żywił. Mercedes poprosiła o pół roku zwłoki. Chciała jeszcze poczekać na Edmunda. A i jeszcze go nie opłakała. Tak więc, rzekł ksiądz z gorzkim uśmiechem, to uczyniło razem półtora roku. Czy najbardziej uwielbiany kochanek może żądać więcej? I wyszeptał wiersz angielskiego poety. Frailty, thy name is woman. Sześć miesięcy później – mówił dalej Kaderus – odbył się ślub w kościele de Akulles.

Zapomnieć. Nabijała sobie tym wszystkim głowę, aby przygłuszyć głos serca. Ale teraz ten cały majątek i zaszczyty już ją zapewne pocieszyły. Jest bogata, ma tytuł hrabiny, a przecież... A przecież, powtórzył ksiądz, jestem pewien, że nie jest szczęśliwa, odżył Kaderus. Co wzbudza w tobie to przekonanie? A bo kiedy już nie mogłem wytrzymać tej nędzy, przyszło mi na myśl, że mogliby mi pomóc moi dawni przyjaciele. Udałem się do Danglarsa, ale wcale mnie nie przyjął. Potem do Fernanda i ten mi przekazał przez lokaja sto franków. I ani z jednym nie zdołałeś się zobaczyć, ani z drugim? No nie, ale za to widziała mnie pani de Morserve.

Tylko u mnie, jak ksiądz widzi, bieda aż piszczy. Bóg o mnie zapomniał. — Mylisz się, przyjacielu — zaoponował ksiądz. Wydaje się często, że Bóg zapomina, gdy tylko odpoczywa Jego sprawiedliwość. Ale prędzej czy później nadchodzi zawsze chwila, gdy sobie przypomni. — Proszę, oto dowód — to rzekłszy. Wyjął diament z kieszeni i podając go Kaderusowi rzekł. — Masz, przyjacielu. Weź ten diament. Należy do ciebie. — Jak to do mnie? — zawołał Kaderus. Ej, niech ksiądz ze mnie nie kpi. Diament miał być podzielony pomiędzy przyjaciół Edmunda, a ponieważ miał tylko jednego przyjaciela, to i podział spadku jest niepotrzebny.

Weź ten diament i sprzedaj go. Powtarzam ci, że jest wart 50 tysięcy franków. Mam nadzieję, że dzięki tej sumce wydźwigniesz się kiedyś z biedy. Aha, proszę dobrodzieja, bełkotał Kaderus, wyciągając nieśmiało jedną rękę po klejnot, a drugą ocierając pot perlący mu się na czole. Niech dobrodziej sobie nie żartuje kosztem czyjegoś szczęścia lub rozpaczy. — Wiem, co to szczęście i rozpacz, i nie mógłbym czynić sobie igraszki z tych uczuć — odrzekł ksiądz. — Bierz pan diament, ale za to... Kaderuz cofnął szybko rękę, którą już niemal dotykał klejnotu. Ksiądz uśmiechnął się, ale za to — mówił dalej — daj mi tę jedwabną czerwoną sakiewkę, którą pan Morel zostawił na kominku u ojca Edbunda, a którą, jak mówiłeś, masz jeszcze u siebie.

Kaderus, zdziwiony coraz mocniej, podszedł do wielkiej dębowej szafy, otworzył i wyjął długą sakiewkę z czerwonego, wypłowiałego jedwabiu, zaopatrzoną w dwie miedziane obrączki, niegdyś pozłacane. Ksiądz wziął sakiewkę i podał diament Kaderusowi. – O! Ksiądz jest prawdziwym sługą Bożym! – wykrzyknął Kaderus. – Wszak nikt nie wiedział, że Edmund dał księdzu ten diament i mógłby ksiądz zatrzymać go dla siebie. – Aha! Widać, że ty byś, kochaneszku, tak właśnie zrobił! – szepnął do siebie ksiądz. Następnie wstał, wziął kapelusz, rękawiczki i nagle rzucił. – Ale, ale! Czy to coś mi pan powiedział, że to na pewno prawda, na której można polegać?

Niech ksiądz popatrzy, odrzekł Kaderus, na ten krucyfiks z poświęconego drewna tam w kącie i na tę Ewangelię mojej żony. Niech ksiądz otworzy tę księgę, a ja przysięgnę na nią i na krucyfiks, na zbawienie duszy, na chrześcijańską wiarę, żebym opowiedział wszystko, jak było, jak mój anioł stróż ludzki szepnie do ucha najwyższego w dzień sądu ostatecznego. No dobrze, dobrze, rzekł ksiądz, zawierzywszy szczeremu tonowi karczmarza. Niech ci te pieniądze przyniosą szczęście. Bądź zdrów. Wracam do klasztoru, tam gdzie daleko od ludzi, które tyle zła sobie wyrządzają. I ksiądz, wyrwawszy się nie bez trudu Kaderusowi i jego entuzjastycznym podziękowaniom, sam odsunął sztabę ryglującą drzwi, wsiadł na konia, skinął ostatni raz głową oberżyście, który plątał się w głośnych pożegnaniach i odjechał tą drogą, którą przybył.

Gdy Kaderus odwrócił się, spostrzegł za sobą karkątkę, Wielkie dzięki i do zobaczenia. Głupcze. Po to, żeby się dowiedzieć wszystkiego za darmo. Waga tego przypuszczenia jakby ogłuszyła na chwilę Kaderusa. O! – rzekł po chwili i chwycił za kapelusz, kładąc go sobie na głowę obwiązaną czerwoną chustką.

Pokazano wszystkie 16 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.