Hrabia Monte Christo. 27. Opowiadanie
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Mów prawdę, samą prawdę, nic więcej. Nie znam i pewnie nigdy nie będę znać ludzi, o których masz mówić. Zresztą jestem Włochem, nie Francuzem. Służę Bogu, a nie ludziom i niebawem wracam do klasztoru, który opuściłem tylko po to, aby wypełnić ostatnie życzenie umierającego. Ta stanowcza obietnica podniosła nieco na duchu Kaderusa. — No cóż, w takim razie — powiedział — chcę więc, a nawet uważam, że powinienem to zrobić. Chcę wyprowadzić księdza z błędu co do tych mniemanych przyjaciół, których Edmund uważał za tak mu oddanych. — Zacznijmy od jego ojca — poprosił ksiądz. Edmund tyle mi mówił o nim, tak głęboko go kochał. — O, to smutna opowieść — rzekł Kaderu, zkiwając głową.
— Zna ksiądz pewnie jej początek. Tak, Edmund opowiedział mi wszystko aż do chwili, gdy został aresztowany w jakiejś oberży pod Marsylią. U starego panfila. Tak, mój Boże, tak. Stoi mi to jeszcze wszystko przed oczyma. I to się stało podobno w czasie przyjęcia zaręczynowego. Tak, przyjęcie, co się tak wesoło zaczęło, miało smutny koniec. W pewnej chwili wszedł komisarz policji i z żandarmami i Edmund został aresztowany. I tu się wszystko kończy co wiem, przerwał ksiądz. Zresztą Edmund nic więcej nie wiedział, bo nie zobaczył już żadnej z tych pięciu osób i nigdy o nich nie usłyszał. Skoro tylko Edmund został uwięziony, pan Morel pobiegł dowiedzieć się, co się stało.
Wrócił ze smutnymi wiadomościami. Ojciec Edmunda powrócił sam do domu, płacząc. Ułożył w szafie swój ślubny strój. Przez cały dzień chodził tam i z powrotem po pokoiku. Nadszedł wieczór, ale on się nie położył. Mieszkałem pod nim i słyszałem, jak calutko on odchodził po izbie. Muszę się przyznać, że sam nie mogłem też zmrużyć oka. Cierpienie tego biednego ojca bolało mnie strasznie. Każdy jego krok gniótł mi serce, jak gdyby naprawdę deptał mi po piersiach. Następnego dnia Mercedes udała się do Marsylii, chcąc błagać o wstawiennictwo pana de Vilfora. Nic nie uzyskała. Poszła też odwiedzić starca. Znalazłszy go tak przygnębionym i załamanym, Dowiedziawszy się, że spędził bezsennie całą noc, że nie jadł od wczoraj, chciała zabrać go do siebie, aby się nim opiekować, ale staruszek się na to nie zgodził.
Na koniec, po dziewięciu dniach rozpaczy i głodówki, stary umarł, przeklinając tych, którzy byli sprawcami jego nieszczęścia i mówiąc do Mercedes, gdybyś zobaczyła kiedyś Edmunda, powiedz mu, że błogosławiłem mu umierając. Ksiądz wstał i obszedł dwukrotnie salę, dotykając drżącą ręką gardła, w którym zaschło, więc umarł, jak powiadasz. Z głodu, mój ojcze, z głodu, rzekł Kaderus. O, przysięgam na Chrystusa, że to prawda. Ksiądz chwycił konwulsyjnie szklankę wody, wychylił do dna duszkiem i usiadł. Oczy mu się zaczerwieniły, policzki pobladły. Co za straszliwe nieszczęście, rzekł chrapliwie.
Tym większe, proszę księdza, że nie jest dziełem Boga, to ludzie, tylko ludzie do tego doprowadzili. — No, przejdźmy do tych ludzi — podchwycił ksiądz. — Lecz pamiętaj, pan — dodał niemal z groźbą w głosie — żeś obiecał powiedzieć mi wszystko. Dalej, co to za ludzie, przez których syn umarł z rozpaczy, a ojciec z głodu? — To ludzie, którzy mu zazdrościli. Dwóch ich było, proszę księdza. Jeden kierował się miłością, drugi ambicją. To Fernand i Danglars. Jakże się ta zazdrość objawiła? Zadenuncjowali Edmunda, że jest agentem napoleońskim. Ale który z nich na niego doniósł? Który był prawdziwym winowajcą?
Pokutuję za jedną chwilę egoizmu. Jakoż gdy karkątka się uskarża, mówię jej zawsze – milcz, kobieto, Bóg chce, aby tak było. I Kaderus zwiesił głowę z oznakami szczerej skruchy. Dobrze, rzekł ksiądz, mówisz pan bardzo szczerze. Kto się w ten sposób obwinia, ten zasługuje na przebaczenie. No niestety, że Edmund już umarł, a on mi nie przebaczył. — On o niczym nie wiedział — odpowiedział ksiądz. — Teraz może wie. Powiadają, że zmarli wiedzą wszystko. Nastała chwila milczenia. Ksiądz wstał i przechadzał się w zamyśleniu. Po chwili wrócił na miejsce i usiadł. — Wspomniałeś mi, pan, kilka razy o Moreelu.
Co to za człowiek? — Armator. Właściciel statku Faraon, na którym służył Edmund. — Jakąż to on grał rolę w całej tej smutnej sprawie? — zapytał ksiądz. — Rolę człowieka uczciwego. Odważnego i szczerze przywiązanego. Dwadzieścia razy wstawiał się za Edmundem, gdy cesarz wrócił. Niczego nie szczędził, pisał, prosił. Groził do tego stopnia, że za drugiej restauracji mocno go prześladowano jako bonapartystę. Z dziesięć razy, jak to księdzu mówiłem, namawiał ojca Edmunda, żeby się przeniósł do niego, a w przeddzień jego śmierci zostawił na kominku sakiewkę z pieniędzmi, za które spłacono długi zmarłego i pokryto koszty pogrzebu. Dzięki temu biedaczysko mógł przynajmniej umrzeć, tak jak żył, nie wyrządzając krzywdy nikomu.
Teraz cała jego nadzieja tkwi w samym faraonie, którym dowodził biedny Edmund. A który ma właśnie wrócić z Indii z ładunkiem kosze nili i indygo. Jeżeli ten statek zawiedzie go jak inne, pan Morel jest zgubiony. Ten nieszczęśliwy człowiek ma żonę, dzieci? Ma żonę. Prawdziwie świętą kobietę. Tak pogodnie znosi tę sytuację. Jego córka miała wyjść za mąż z miłości, ale rodzina jej narzeczonego nie pozwala mu teraz ożenić się z dziewczyną ze zrujnowanej rodziny. Ma na koniec syna, który jest porucznikiem. Ale to wszystko nie tylko nie łagodzi cierpień tego biedaka, wręcz przeciwnie, tym bardziej boleje on nad sytuacją. Gdyby był sam, odebrałby sobie życie i byłoby po wszystkim. – To okropne – szepnął ksiądz.
A i widzi ksiądz – tak to Bóg nagradza cnotę. A proszę bardzo, ja na przykład nie popełniłem nic złego, prócz tego, co już księdzu opowiedziałem, i to ja właśnie żyję w nędzy. Będę patrzył na śmierć żony, dla której nic nie mogę zrobić, a potem umrę z głodu, jak ojciec Edbunda. Fernand tymczasem i Danglar tarzają się w złocie. Jak to? Bo kanaliom powiodło się w życiu, podczas gdy ludziom uczciwym nie. Cóż się stało z Danglarsem, głównym winowajcą, bo to on do tego podżegał? Co się z nim stało? Wyjechał z Marsylii i za rekomendacją pana Morela, który nie wiedział nic o jego zbrodni, wszedł jako prokurent do pewnego hiszpańskiego bankiera.
Zapytał ksiądz z ironicznym uśmiechem. Mercedes jest w tej chwili jedną z największych dam w Paryżu. Nie przerywaj sobie, mów. Zdaje mi się, że opowiadasz mi jakiś sen, ale sam już widziałem tak nadzwyczajne rzeczy, że mnie to już mniej dziwi. Mercedes z początku rozpaczała po stracie Edmunda. Opowiedziałem już księdzu, co starała się osiągnąć u pana de Villefort i jak się poświęcała dla ojca Edmunda. I nagle nowy cios ją dotknął. Odjazd Fernanda, którego kochała jak brata, nie wiedząc nic o zbrodni, jak jej dokonał. Fernand wyjechał i Mercedes została sama. Przepłakała trzy miesiące. Nie było wiadomo nic ani o Edmundzie, ani o Fernandzie. Pozostał je tylko starzec, który umierał z rozpaczy.
A poza tym musimy powiedzieć, że Mercedes nie żywiła nienawiści do Fernanda. Ot, po prostu go nie kochała. Kto inny posiadał jej serce? A tego innego nie było. Zniknął, może nawet już nie żył. Na tę ostatnią myśl Mercedes wybuchała płaczem i załamywała ręce. Ale ta sama myśl Którą odpychała dawniej, gdy jej to ktoś inny podpowiadał, teraz sama przychodziła jej do głowy. Zresztą stary Dantes powiedział i powtarzał nieustannie, nasz Edmund nie żyje. Gdyby żył, wróciłby już do nas. Jak już księdzu mówiłem, stary umarł. Gdyby żył, Mose Mercedes nie wyszłaby za mąż, bo staruszek wyrzucałby jej zawsze, że nie dochowała wierności Edmundowi.
Fernand pojmował to dobrze, bo wrócił wtedy dopiero, gdy się dowiedział o śmierci starca. Tym razem był już porucznikiem. Podczas pierwszych odwiedzin nie wymknęło mu się ani słowa o miłości. Podczas drugich wspomniał Mercedes o uczuciu, jakie do niej żywił. Mercedes poprosiła o pół roku zwłoki. Chciała jeszcze poczekać na Edmunda. A i jeszcze go nie opłakała. Tak więc, rzekł ksiądz z gorzkim uśmiechem, to uczyniło razem półtora roku. Czy najbardziej uwielbiany kochanek może żądać więcej? I wyszeptał wiersz angielskiego poety. Frailty, thy name is woman. Sześć miesięcy później – mówił dalej Kaderus – odbył się ślub w kościele de Akulles.
– A w tym samym, gdzie miała wyjść Zajedbunda? – szepnął ksiądz. – Ot, zmieniła tylko narzeczonego. Mercedes poszła więc za mąż, a chociaż wydawała się zupełnie spokojna, zemdlała, gdy przechodziły koło karczmy, gdzie półtora roku wcześniej odbyły się jej zaręczyny z tym, którego jeszcze kochała. A zrozumiałaby to, gdyby zajrzała w głąb własnego serca. Fernand szczęśliwy, ale nadal niespokojny, widywałem go wtedy, więc wiem, że się obawiał powrotu Edmunda. Szybko postarał się wyjeść z tych okolic. Zbyt wiele niebezpieczeństw i zbyt wiele wspomnień wiązało się z rodzinną wsią. Wyjechali tydzień po ślubie. – Widziałeś ją pan jeszcze kiedyś? – spytał ksiądz. Tak, podczas wojny z Hiszpanią.
W Perpignan, gdzie ją zostawił Fernand. Zajmowała się wtedy edukacją syna. Ksiądz zadrżał. Syna? Tak, małego Alberta. Ale przecież chcąc kształcić syna, przecież sama musiałaby pobierać nauki. A zdaje mi się, że Edmund mi nie mówił, że to była córka prostego rybaka. Piękna, lecz nieokrzesana. O, to naprawdę źle znał swoją narzeczoną. Mercedes mogłaby zostać królową, proszę księdza, gdyby koroną zdobiono głowy najpiękniejsze i najinteligentniejsze. Jej fortuna rosła, a jednocześnie Mercedes stawała się wielką damą. Uczyła się rysunku, muzyki, uczyła się wszystkiego. Ale mówiąc między nami, sądzę, że robiła to, żeby się rozerwać.
Jakim sposobem? Gdybym wychodził, pod nogi upadła mi sakiewka. W środku było 25 luidorów. Podniosłem szybko głowę i ujrzałem Mercedes, jak zasuwała żaluzję. – A pan de Vilfort? – ksiądz zmienił temat. – Ten to nie był moim bratem ani swatem. Nie znałem go. Jak mogłem coś od niego wypraszać? Ale czy nie wiesz pan, co się z nim stało? Jaki był jego udział w nieszczęściu Edmunda? Nie. Wiem tylko, że w jakiś czas po aresztowaniu Edmunda poślubił Pannę de Saint-Méran i opuścił Marsylię. Szczęście musiało się także do niego uśmiechnąć. Jest zapewne bogaty jak Danglars, a ważny jak Fernand.
Tylko u mnie, jak ksiądz widzi, bieda aż piszczy. Bóg o mnie zapomniał. — Mylisz się, przyjacielu — zaoponował ksiądz. Wydaje się często, że Bóg zapomina, gdy tylko odpoczywa Jego sprawiedliwość. Ale prędzej czy później nadchodzi zawsze chwila, gdy sobie przypomni. — Proszę, oto dowód — to rzekłszy. Wyjął diament z kieszeni i podając go Kaderusowi rzekł. — Masz, przyjacielu. Weź ten diament. Należy do ciebie. — Jak to do mnie? — zawołał Kaderus. Ej, niech ksiądz ze mnie nie kpi. Diament miał być podzielony pomiędzy przyjaciół Edmunda, a ponieważ miał tylko jednego przyjaciela, to i podział spadku jest niepotrzebny.
Weź ten diament i sprzedaj go. Powtarzam ci, że jest wart 50 tysięcy franków. Mam nadzieję, że dzięki tej sumce wydźwigniesz się kiedyś z biedy. Aha, proszę dobrodzieja, bełkotał Kaderus, wyciągając nieśmiało jedną rękę po klejnot, a drugą ocierając pot perlący mu się na czole. Niech dobrodziej sobie nie żartuje kosztem czyjegoś szczęścia lub rozpaczy. — Wiem, co to szczęście i rozpacz, i nie mógłbym czynić sobie igraszki z tych uczuć — odrzekł ksiądz. — Bierz pan diament, ale za to... Kaderuz cofnął szybko rękę, którą już niemal dotykał klejnotu. Ksiądz uśmiechnął się, ale za to — mówił dalej — daj mi tę jedwabną czerwoną sakiewkę, którą pan Morel zostawił na kominku u ojca Edbunda, a którą, jak mówiłeś, masz jeszcze u siebie.
Kaderus, zdziwiony coraz mocniej, podszedł do wielkiej dębowej szafy, otworzył i wyjął długą sakiewkę z czerwonego, wypłowiałego jedwabiu, zaopatrzoną w dwie miedziane obrączki, niegdyś pozłacane. Ksiądz wziął sakiewkę i podał diament Kaderusowi. – O! Ksiądz jest prawdziwym sługą Bożym! – wykrzyknął Kaderus. – Wszak nikt nie wiedział, że Edmund dał księdzu ten diament i mógłby ksiądz zatrzymać go dla siebie. – Aha! Widać, że ty byś, kochaneszku, tak właśnie zrobił! – szepnął do siebie ksiądz. Następnie wstał, wziął kapelusz, rękawiczki i nagle rzucił. – Ale, ale! Czy to coś mi pan powiedział, że to na pewno prawda, na której można polegać?
Pokazano wszystkie 18 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!