Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 27. Opowiadanie

27.07.2025 ·31 min 19 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

Mów prawdę, samą prawdę, nic więcej. Nie znam i pewnie nigdy nie będę znać ludzi, o których masz mówić. Zresztą jestem Włochem, nie Francuzem. Służę Bogu, a nie ludziom i niebawem wracam do klasztoru, który opuściłem tylko po to, aby wypełnić ostatnie życzenie umierającego. Ta stanowcza obietnica podniosła nieco na duchu Kaderusa. — No cóż, w takim razie — powiedział — chcę więc, a nawet uważam, że powinienem to zrobić. Chcę wyprowadzić księdza z błędu co do tych mniemanych przyjaciół, których Edmund uważał za tak mu oddanych. — Zacznijmy od jego ojca — poprosił ksiądz. Edmund tyle mi mówił o nim, tak głęboko go kochał. — O, to smutna opowieść — rzekł Kaderu, zkiwając głową.

— Zna ksiądz pewnie jej początek. Tak, Edmund opowiedział mi wszystko aż do chwili, gdy został aresztowany w jakiejś oberży pod Marsylią. U starego panfila. Tak, mój Boże, tak. Stoi mi to jeszcze wszystko przed oczyma. I to się stało podobno w czasie przyjęcia zaręczynowego. Tak, przyjęcie, co się tak wesoło zaczęło, miało smutny koniec. W pewnej chwili wszedł komisarz policji i z żandarmami i Edmund został aresztowany. I tu się wszystko kończy co wiem, przerwał ksiądz. Zresztą Edmund nic więcej nie wiedział, bo nie zobaczył już żadnej z tych pięciu osób i nigdy o nich nie usłyszał. Skoro tylko Edmund został uwięziony, pan Morel pobiegł dowiedzieć się, co się stało.

Nie umiem, księdzu, powiedzieć, jak wymowne słowa to były. Jak rozdzielające błagania, to było więcej niż pobożność, więcej niż rozpacz, tak że choć nie jestem nabożnisiem i nie cierpię jezuitów, powiedziałem sobie wtedy, ależ mam szczęście, że jestem sam jeden i Bóg nie dał mi dzieci, bo gdybym był ojcem i żył w takiej rozpaczy, jak ten biedny starzec, nie potrafiłbym znaleźć w duszy ani w sercu słów, jakie on mówił Bogu i rzuciłbym się do morza, aby nie cierpieć już dłużej. — Nieszczęsny ojcze — wyszeptał ksiądz. Codzień stawał się coraz większym odludkiem i był coraz bardziej osamotniony. Pan Morel i Mercedes nieraz przychodzili do niego, ale drzwi zawsze były zamknięte. Nie odpowiadał na pukanie, chociaż wiedziałem, że był u siebie.

Tym większe, proszę księdza, że nie jest dziełem Boga, to ludzie, tylko ludzie do tego doprowadzili. — No, przejdźmy do tych ludzi — podchwycił ksiądz. — Lecz pamiętaj, pan — dodał niemal z groźbą w głosie — żeś obiecał powiedzieć mi wszystko. Dalej, co to za ludzie, przez których syn umarł z rozpaczy, a ojciec z głodu? — To ludzie, którzy mu zazdrościli. Dwóch ich było, proszę księdza. Jeden kierował się miłością, drugi ambicją. To Fernand i Danglars. Jakże się ta zazdrość objawiła? Zadenuncjowali Edmunda, że jest agentem napoleońskim. Ale który z nich na niego doniósł? Który był prawdziwym winowajcą?

Tak, proszę księdza, byłem i chciałem wszystko wyjawić, ale danglar mnie powstrzymał. A jeżeli przypadkiem rzeczywiście jest winny, mówił do mnie. Jeżeli prawdą jest, że był na Elbie, że ma przy sobie list do Komitetu Bonapartystów w Paryżu, jeżeli ten list znajdą przy nim, ci, co się za nim ujmą, będą poczytani za wspólników. Przyznaję, że się przestraszyłem. Nic nie powiedziałem. Stchórzyłem, to prawda. Ale to nie zbrodnia. Rozumiem. Nie sprzeciwiłeś się złemu i tyle. No tak, proszę dobrodzieja, odrzekł Kaderus. I to mnie dręczy dniem i nocą. Przysięgam księdzu, tak często błagam Boga, aby mi przebaczył. Zwłaszcza, że ten grzech jedyny, jaki mam sobie naprawdę z całego życia do wyrzucenia, jest przyczyną moich nieszczęść.

Pokutuję za jedną chwilę egoizmu. Jakoż gdy karkątka się uskarża, mówię jej zawsze – milcz, kobieto, Bóg chce, aby tak było. I Kaderus zwiesił głowę z oznakami szczerej skruchy. Dobrze, rzekł ksiądz, mówisz pan bardzo szczerze. Kto się w ten sposób obwinia, ten zasługuje na przebaczenie. No niestety, że Edmund już umarł, a on mi nie przebaczył. — On o niczym nie wiedział — odpowiedział ksiądz. — Teraz może wie. Powiadają, że zmarli wiedzą wszystko. Nastała chwila milczenia. Ksiądz wstał i przechadzał się w zamyśleniu. Po chwili wrócił na miejsce i usiadł. — Wspomniałeś mi, pan, kilka razy o Moreelu.

A i widzi ksiądz – tak to Bóg nagradza cnotę. A proszę bardzo, ja na przykład nie popełniłem nic złego, prócz tego, co już księdzu opowiedziałem, i to ja właśnie żyję w nędzy. Będę patrzył na śmierć żony, dla której nic nie mogę zrobić, a potem umrę z głodu, jak ojciec Edbunda. Fernand tymczasem i Danglar tarzają się w złocie. Jak to? Bo kanaliom powiodło się w życiu, podczas gdy ludziom uczciwym nie. Cóż się stało z Danglarsem, głównym winowajcą, bo to on do tego podżegał? Co się z nim stało? Wyjechał z Marsylii i za rekomendacją pana Morela, który nie wiedział nic o jego zbrodni, wszedł jako prokurent do pewnego hiszpańskiego bankiera.

Tylko u mnie, jak ksiądz widzi, bieda aż piszczy. Bóg o mnie zapomniał. — Mylisz się, przyjacielu — zaoponował ksiądz. Wydaje się często, że Bóg zapomina, gdy tylko odpoczywa Jego sprawiedliwość. Ale prędzej czy później nadchodzi zawsze chwila, gdy sobie przypomni. — Proszę, oto dowód — to rzekłszy. Wyjął diament z kieszeni i podając go Kaderusowi rzekł. — Masz, przyjacielu. Weź ten diament. Należy do ciebie. — Jak to do mnie? — zawołał Kaderus. Ej, niech ksiądz ze mnie nie kpi. Diament miał być podzielony pomiędzy przyjaciół Edmunda, a ponieważ miał tylko jednego przyjaciela, to i podział spadku jest niepotrzebny.

Pokazano wszystkie 8 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.