Hrabia Monte Christo. 115. Przebaczenie
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
— No dobrze, to dajcie mi butelkę. — Jakiego? — Najtańszego. Oba są w tej samej cenie. A ileż wynosi ta cena? Dwadzieścia pięć tysięcy za flaszkę. To już powiedz od razu, krzyknął Danglars nutą goryczy, którą mógłby wyróżnić w jego głosie tylko harpagon, że chcecie mnie oskubać żywcem. Zróbcie to zaraz, zamiast skubać kawałek po kawałku. Możliwe, że taki jest plan naczelnika. Jeśli się da, chciałbym się z nim zobaczyć. Ależ proszę. Chwilę później wampa stanął przed Danglarsem. Ile żądasz pan o kupu? Mów pan! O, po prostu tych pięciu milionów, które masz pan przy sobie. Danglar poczuł okropny skurcz w sercu.
Dwa miliony. Nie. Trzy miliony. Cztery. Ejże, dostanie pan cztery pod warunkiem, że puści mnie pan wolno. Dlaczego ofiarowuje nam pan cztery miliony za coś, co jest warte pięć? spytał wampa. To wyzysk, panie bankierze. No, chyba że się nie znam. — No to bierzcie wszystko, wszystko! — krzyknął Danglar. — I zabijcie mnie! — No, no, proszę się uspokoić, Excellencio, bo krew zacznie panu szybciej krążyć i nabierze pan takiego apetytu, że przeje pan w jeden dzień milionik. Niechże pan będzie nieco oszczędniejszy, na litość boską. – A jak nie będę miał pieniędzy, by wam płacić? – krzyknął Danglar zrozpaczony. – To będzie pan głodny. – Głodny?
– jęknął Danglar. – To prawdopodobne – odrzekł flegmatycznie Wampa. – No ale mówiłeś pan, że nie chcecie mnie zabić. — Nie. — I chcesz mnie, pan, zamorzyć głodem? — To nie to samo. — A, no więc dobrze, nędznicy! — krzyknął danglar. — Pokrzyżuję wam wasze niecne plany. Skoro i tak mam umrzeć, to równie dobrze mogę ze sobą skończyć od razu. Dręczcie mnie, torturujcie, zabijcie mnie, ale nie dostaniecie mojego podpisu. — Jak pan sobie życzy, ekscelencjo! — odparł wampa i wyszedł z celi. Danglar wyjąc rzucił się na koźle skóry. Kim byli ci ludzie? Kim był ów niewidzialny naczelnik?
– To nie jesteś chrześcijaninem? – odezwał się, podnosząc się na kolana. — Chcesz zabić człowieka, który jest wobec Boga twoim bratem? — O, moi przyjaciele, moi dawni przyjaciele! — wyszeptał i runął twarzą do ziemi. Zerwał się jednak w ostatecznej rozpaczy. — Naczelnika! Naczelnika! — krzyknął. — Jestem! — rzekł wampa, wyrastając przed nim jak spod ziemi. — Życzy pan sobie jeszcze czegoś? — Proszę wziąć całą resztę! — wybełkotał danglar, wyciągając pugilares. I pozwólcie mi żyć tu, w tej jaskini. Nie proszę już o wolność, proszę o życie. – Aż tak pan cierpi? – spytał wampa. – O tak, cierpię, cierpię okrutnie.
Kiedy podniósł głowę, ujrzał już tylko niknący w korytarzu cień, któremu kłaniali się bandyci. Wedle rozkazu hrabiego Wampa kazał podać Danglarsowi najlepsze wino i najdorodniejsze owoce, po czym wsadził go do karetki pocztowej i wysadził go gdzieś przy drodze. Gdy odjeżdżał, Danglar stał oparty o drzewo. Stał tak do świtu, nie mając pojęcia, gdzie się znajduje. Obrzasku dostrzegł, że niedaleko płynie strumień. Był spragniony, więc dowlókł się tam. Schylając się nad strumieniem, spostrzegł, że jego włosy stały się białe.
Pokazano wszystkie 5 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!