Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 115. Przebaczenie

27.07.2025 ·11 min 52 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

115. Przebaczenie. Nazajutrz Danglar znowu poczuł głód. Powietrze w grocie ogromnie zaostrzało apetyt. Więzień miał jednak nadzieję, że tego dnia nie wyda nic. Jako człowiek oszczędny schował połowę kurczęcia i kawałek chleba w kącie celi. Ale gdy zjadł, zaczęło mu dokuczać pragnienie. Tego pod uwagę nie wziął. Walczył z pragnieniem do chwili, gdy poczuł, że wyschnięty język przywarł mu do podniebienia. Nie mogąc już dłużej wytrzymać ognia, który go trawił, zawołał. Strażnik otworzył drzwi. Była to nowa twarz. Danglar pomyślał, że lepiej byłoby mieć do czynienia ze starym znajomym. Poprosił, by przyszedł Peppino. — Jestem, ekscelencjo — rzekł bandyta, przybiegając w pośpiechu, co wydało się Danglarsowi dobrym znakiem.

— Czego pan sobie życzy? — Czegoś do picia. — Wie pan zapewne, ekscelencjo, że w okolicach Rzymu wino jest na wagę złota. — No to dajcie mi wody — odrzekł Danglar, usiłując sparować cios. — Ach, ekscelencjo, woda jest jeszcze większą rzadkością, niż wino jest taka susza. — Oho — rzekł Danglar — zdaje się, że zaczynamy od nowa. I uśmiechnął się udając, że dobrze się bawi, ale czuł, że pot zrosił mu skronie. — Posłuchajże, przyjacielu — rzekł widzo, że Peppino patrzy niewzruszenie — proszę o szklankę wina. Odmówiłby mi pan tego? — No już mówiłem — odparł poważnie Peppino — że nie sprzedajemy detalicznie.

— No dobrze, to dajcie mi butelkę. — Jakiego? — Najtańszego. Oba są w tej samej cenie. A ileż wynosi ta cena? Dwadzieścia pięć tysięcy za flaszkę. To już powiedz od razu, krzyknął Danglars nutą goryczy, którą mógłby wyróżnić w jego głosie tylko harpagon, że chcecie mnie oskubać żywcem. Zróbcie to zaraz, zamiast skubać kawałek po kawałku. Możliwe, że taki jest plan naczelnika. Jeśli się da, chciałbym się z nim zobaczyć. Ależ proszę. Chwilę później wampa stanął przed Danglarsem. Ile żądasz pan o kupu? Mów pan! O, po prostu tych pięciu milionów, które masz pan przy sobie. Danglar poczuł okropny skurcz w sercu.

Ale ja już nie mam nic poza tym, proszę pana. To cała resztka ogromnej fortuny. Jeśli macie mnie jej pozbawić, pozbawcie mnie raczej życia. Zabroniono nam przelać pańską krew, ekscelencjo. A któż wam tego zabronił? Ten, którego słuchamy. A to słuchacie kogoś? — Tak, naczelnika. — Namyślałem, że to pan jesteś naczelnikiem. — Tak, rozkazuję moim ludziom, ale sam jestem posłuszny rozkazom kogoś innego. Kogoś, kto słucha tylko Boga. Daglar stał przez chwilę zamyślony. — I to ten naczelnik kazał panu mnie tak traktować? — Tak. — Ależ moje pieniądze się wyczerpią. — Możliwe. — Weźmie pan milion?

Dwa miliony. Nie. Trzy miliony. Cztery. Ejże, dostanie pan cztery pod warunkiem, że puści mnie pan wolno. Dlaczego ofiarowuje nam pan cztery miliony za coś, co jest warte pięć? spytał wampa. To wyzysk, panie bankierze. No, chyba że się nie znam. — No to bierzcie wszystko, wszystko! — krzyknął Danglar. — I zabijcie mnie! — No, no, proszę się uspokoić, Excellencio, bo krew zacznie panu szybciej krążyć i nabierze pan takiego apetytu, że przeje pan w jeden dzień milionik. Niechże pan będzie nieco oszczędniejszy, na litość boską. – A jak nie będę miał pieniędzy, by wam płacić? – krzyknął Danglar zrozpaczony. – To będzie pan głodny. – Głodny?

– jęknął Danglar. – To prawdopodobne – odrzekł flegmatycznie Wampa. – No ale mówiłeś pan, że nie chcecie mnie zabić. — Nie. — I chcesz mnie, pan, zamorzyć głodem? — To nie to samo. — A, no więc dobrze, nędznicy! — krzyknął danglar. — Pokrzyżuję wam wasze niecne plany. Skoro i tak mam umrzeć, to równie dobrze mogę ze sobą skończyć od razu. Dręczcie mnie, torturujcie, zabijcie mnie, ale nie dostaniecie mojego podpisu. — Jak pan sobie życzy, ekscelencjo! — odparł wampa i wyszedł z celi. Danglar wyjąc rzucił się na koźle skóry. Kim byli ci ludzie? Kim był ów niewidzialny naczelnik?

Jakie mieli względem niego zamiary? I dlaczego on jeden nie mógł złożyć okupu, skoro wszyscy inni mogli? Ach, oczywiście śmierć. Szybka i nagła śmierć. Był to dobry sposób, by oszukać nieubłaganych wrogów, którzy jakby chcieli wywrzeć na nim niezrozumiałą zemstę. Tak, ale umrzeć? Pierwszy to chyba raz w swojej długiej karierze danglar myślał z upragnieniem o śmierci, choć zarazem lękał się jej straszliwie. Ale nadeszła chwila, by spojrzeć w oczy nieobłaganemu widbu, który żyje w każdym stworzeniu i przy każdym uderzeniu serca mówi mu – umrzesz. Przypominał dzikie zwierzę, wpierw tylko rozjuszone obławą, które niebawem zaczyna gnać w coraz bardziej desperackiej ucieczce, dzięki czemu udaje mu się czasem wymknąć,

Danglar zastanowił się nad ucieczką. Ale mury były z litej skały, a jedynego wyjścia strzegł zaczytany mężczyzna, za którym przesuwały się zbrojne wstrzelby cienie. Wytrzymał dwa dni, po czym poprosił o jadło, ofiarując w zamian milion. Podano mu wspaniałą wieczerzę i zabrano jego milion. Od tej pory nieszczęsny więzień stopniowo popadał w szaleństwo. Tyle już wycierpiał, że nie chciał wystawiać się na dalsze cierpienie i zgadzał się na wszystkie żądania. Po dwunastu dniach, gdy zjadł obiad taki jak za dawnych dobrych czasów, zrobił rachunki i uświadomił sobie, że zostało mu tylko pięćdziesiąt tysięcy.

– To nie jesteś chrześcijaninem? – odezwał się, podnosząc się na kolana. — Chcesz zabić człowieka, który jest wobec Boga twoim bratem? — O, moi przyjaciele, moi dawni przyjaciele! — wyszeptał i runął twarzą do ziemi. Zerwał się jednak w ostatecznej rozpaczy. — Naczelnika! Naczelnika! — krzyknął. — Jestem! — rzekł wampa, wyrastając przed nim jak spod ziemi. — Życzy pan sobie jeszcze czegoś? — Proszę wziąć całą resztę! — wybełkotał danglar, wyciągając pugilares. I pozwólcie mi żyć tu, w tej jaskini. Nie proszę już o wolność, proszę o życie. – Aż tak pan cierpi? – spytał wampa. – O tak, cierpię, cierpię okrutnie.

– Ale są ludzie, którzy cierpieli dużo bardziej niż pan. – Nie wierzę. – A jednak tak. Ci, którzy umarli z głodu. Danglar pomyślał o starcu, którego w chwilach majaczeń widywał, jak jęczy na posłaniu za oknem biednej izdebki. Dotknął czołem ziemi, wydając jęk. — Ach, to prawda — przyznał. — Są tacy, którzy wycierpieli więcej ode mnie, ale to byli męczennicy. — Żałujesz pan przynajmniej? — spytał ktoś tak posępnym i uroczystym głosem, że Danglarsowi zjeżyły się włosy. Wzrok osłał był mu tak, że dopiero teraz zauważył, że za bandytą stoi w cieniu pilastra mężczyzna owinięty w pelerynę.

— Czego miałbym żałować? — wybełkotał. — Zła, które pan czynił! — odpowiedział ten sam głos. — O tak! Żałuję, żałuję! — krzyknął Danglar i uderzył się w pierś wychudzoną dłonią. — A więc wybaczam ci! — rzekł człowiek, zrzucając pelerynę i stając w pełnym świetle. — Hrabia de Monte Christo! — krzyknął Danglar i z przerażenia zbladł jeszcze bardziej. Mylisz się, pan. Nie jestem hrabią de Monte Christo. A więc kim? Tym, któregoś sprzedał, wydał i schańbił. Jestem tym, którego narzeczoną pchnąłeś do nierządu. Jestem tym, po kim przeszedłeś, by zrobić karierę. Jestem tym, którego ojciec umarł przez ciebie z głodu.

I dlatego i ja skazałem cię na taką śmierć. A jednak przebaczam ci, Bo sam potrzebuje, by mi wybaczono. Jestem Edmundo Tess. Danglar wydał z siebie krzyk i upadł. Wstań, rzekł hrabia. Będziesz żył. Dwóch twoich wspólników nie spotkało podobne szczęście. Jeden oszalał, drugi nie żyje. Zatrzymaj sobie te pięćdziesiąt tysięcy franków. Darowuję ci je. Nieznana ręka zwróciła już przytułką pięć milionów, które ukradłeś. A teraz jedz i pij. Dziś wieczór jesteś moim gościem. Luigi, gdy ten człowiek nasyci się, wypuść go. Gdy hrabia wychodził, Danglar wciąż leżał twarzą do ziemi.

Kiedy podniósł głowę, ujrzał już tylko niknący w korytarzu cień, któremu kłaniali się bandyci. Wedle rozkazu hrabiego Wampa kazał podać Danglarsowi najlepsze wino i najdorodniejsze owoce, po czym wsadził go do karetki pocztowej i wysadził go gdzieś przy drodze. Gdy odjeżdżał, Danglar stał oparty o drzewo. Stał tak do świtu, nie mając pojęcia, gdzie się znajduje. Obrzasku dostrzegł, że niedaleko płynie strumień. Był spragniony, więc dowlókł się tam. Schylając się nad strumieniem, spostrzegł, że jego włosy stały się białe.

Pokazano wszystkie 13 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.