Warto iść na początek do agencji, no bo człowiek się najwięcej nauczy, ma wtedy do czynienia z różnymi stylami, różnymi markami, brandami itd. Marki i brandy to jest to samo, miałam na myśli brandbookami. I też wtedy się ma do czynienia z innymi grafikami, a czasem jest tak, że jak się idzie jako graphic in house, to bywa, że na przykład się jest jedynym grafikiem. Ja pracowałam w takim zespole, w którym... w którym była tylko jedna graficzka. Chyba po dwóch latach doszła kolejna, ale tak bywa. No i wtedy właściwie ta jedna osoba na tym stanowisku za wiele nie mogła się nauczyć, poza tym, co już umiała, no i w samodzielnym rozwoju. A wiadomo, że jak się otaczamy ludźmi, którzy mają to doświadczenie dużo większe, no to się uczymy. Więc uznałam, że będę właśnie startować do agencji. I miałam takie poczucie, znaczy świadomość tego coś tam od znajomych. Słyszałam, że jednak agencja to jest zapierdol.
Przyszłam do pracy, woła mnie właśnie szef, gada ze mną dyrektor kreatywny, że musimy zrobić jakąś propozycję opakowania kosmetyków dla luksusowego hotelu, który chce mieć takie swoje opakowania pod prysznicem, kremu itd. I jeszcze zobaczyłam, jak wygląda ten hotel, jak wygląda jego brandbook itd. I pomyślałam, no wspaniałe zlecenie, taka moja estetyka, mam już od razu wizję, jak chcę to zrobić. Poszłam do kompa, biorę tablet graficzny, lecę z tym, wymyślam jakieś abstrakcje, coś tam i normalnie zalewała mnie fala szczęścia, bo sobie myślałam, no nie wierzę, ja bym coś takiego robiła dla zajawy w domu, a tutaj to jest moja praca i byłam jak na skrzydłach tam.
Pokazano wszystkie 2 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.