Należało im się za tucznika (Rzepin 1969)
W Rzepinie i okolicach co kilka lat dochodziło do niewyjaśnionych tragedii. Dopiero najgorsza z nich pozwoliła wykryć stojących za nią sprawców.Jeśli chcesz jednorazowo okazać mi swoje wsparcie, możesz to zrobić na buycoffee.to https://buycoffee.to/zbrodnie-prowincjonalne Jeśli chcesz subskrybować Zbrodnie Prowincjonalne na Spotify i otrzymać dostęp do dodatkowych materiałów, kliknij: https://creators.spotify.com/pod/profile/zbrodnie-prowincjonalne/subscribe Źródła: https://www.zbrodnie-prowincjonalne.com/post/rzepin-1969Muzyka: PurplePlanet Music - Lazy Days Night Hunt - Jimena Contreras Sloppy Clav - Godmode
No to efekt uzyskali dokładnie odwrotny. Dość szybko mieszkańcy wsi zaczęli pokazywać ich sobie palcami, naśmiewać się z nich, co tajemniczych nieznajomych nieco speszyło i dość szybko zniknęli. Nie rozpoznano ich tożsamości, a w sprawie nie udało się ustalić niczego konkretnego, natomiast istniało podejrzenie, że to właśnie ci dwaj nieznajomi w dziwacznych maskach mogli stać za zabójstwem Bolesława Hartunga. Zabójstwo pod Starachowicami nie zostało nagłośnione w mediach. Ówczesne gazety pełne są informacji o tym, jak to robotnicy rwą się do pracy i wyrabiają 300% normy i proszą, żeby dać im więcej pracy. No ogólnie propaganda pełną gębą. Jest dobrze, będzie jeszcze lepiej. Niewyjaśnione zbrodnie nie były czymś, o czym należało tak szczegółowo informować przedstawicieli zdrowej tkanki robotniczej, wszystkich ludzi pracujących miast i wsi, a milicja zdaje się niewiele zrobiła, żeby wyjaśnić sprawę zabójstwa tego
Jan Rzaczkiewicz był szanowanym obywatelem, sołtysem wsi Trzeszków. Pełnił też przez kilka lat funkcję przewodniczącego prezydium Rady Gromadzkiej Narodowej. Powodem zabójstwa zapewne był rabunek. Okazało się, że Z domu zginęło kilka przedmiotów, zegarek, trochę materiałów, z których miała zostać uszyta m.in. suknia ślubna i welon, chociaż zamordowanie kogoś dla tak skromnego zysku wydawało się aż niewiarygodne. Krótka notatka na temat tej zbrodni ukazała się już w słowie ludu, choć nazwisko ofiary przekręcono na Wackiewicz i już więcej o tej sprawie nie pisano. Bo znów nie było się czym chwalić. Sprawcę zbrodni nie odnaleziono, choć milicjantom udało się zabrać jeden ślad, który dopiero po wielu latach miał się okazać istotny, a mianowicie na oknie domu Rzeczkiewiczów zabezpieczono odciski palców.
I potwierdzono, że nie należały one do żadnego z domowników. Oczywiście dopóki nie było podejrzanego, do którego te odciski można by dopasować, no to sam ten ślad na wiele się nie zdawał, więc i to śledztwo wkrótce zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawców. Te wszystkie zbrodnie, o których tu mówię, wydarzyły się w wioskach oddalonych od siebie o 8-9 km, tak że milicja musiała przynajmniej pomyśleć o tym, że za nimi może stać ta sama osoba, ale nawet jeśli pomyślała, to niewiele z tego wynikało. A niespełna 3 lata później popełnione zostało w tej samej okolicy kolejne morderstwo i tym razem doszło do niego we wsi Rzepin, ponownie w domu sołtysa, tylko już innego sołtysa.
Oficjalnie całą broń po wojnie należało oczywiście zdać albo uzyskać stosowne pozwolenie na jej posiadanie, no ale nieoficjalnie w niejednym gospodarstwie takie pozostałości z partyzantki z wojska czy z jakiegoś tam innego półkątnego handlu Zostały i były nielegalnie przechowywane, więc na tym etapie sam ten rodzaj broni też nie był jakąś znaczącą podpowiedzią co do tego, kto mógł stać za tym zabójstwem. I znowu, brak winnych, brak nawet podejrzanych, zimna sprawa, której akta odłożono do archiwum, a prasa wolała o niej nie informować. Ani milicjanci, ani mieszkańcy Rzepina nie wiedzieli jeszcze wtedy, że przed każdą z takich tragedii w ciemnej izbie jednej z okolicznych chat zbierała się grupka osób.
Czy milicja brała pod uwagę, że ma do czynienia z seryjnym mordercą? Pomijając, że w ogóle takich kategorii jeszcze wtedy nie stosowano. Czy po prostu kładziono to wszystko jeszcze na karp tego, takiego powojennego zdemoralizowania i zakładano, że są to jakieś takie bandyckie napady, które stanowiły plagę po wojnie? Nie wiadomo. Ale mijały kolejne lata, do kolejnych zbrodni nie dochodziło. I tak upłynęły prawie całe lata sześćdziesiąte, aż w zaduszki 1969 roku doszło do zbrodni, jakiej w tej okolicy jeszcze nie było. I tym razem już milicja nie mogła i też nie chciała chyba jej zignorować. Teraz już zmieniły się trochę czasy, tego rodzaju informacje trafiały do mediów, nie były tak totalnie przez władze blokowane, także dzięki obecności w mediach ta sprawa też zyskała duży rozgłos i ostatecznie doprowadziła również do rozwiązania tych wszystkich tajemniczych tragedii, do których tu dochodziło w latach pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych.
Wbrew temu, co by się mogło wydawać, w obliczu takiej zbrodni mieszkańcy Rzepina wcale nie byli chętni do tego, żeby pomagać milicji. Na wsiach do dziś tak już jest, że z policją za bardzo nikt nie chce gadać, nawet jeśli ludzie nie mają nic specjalnego na sumieniu, nawet jeśli wydawałoby się, że im to nie zaszkodzi, a może nawet pomoże. To tak na wszelki wypadek lepiej powiedzieć, że się nic nie wie. Zaufanie do policji na wsi wciąż jest dość niskie i dzieje się tak nie bez powodu. Policja, jak wiemy z tego podcastu, z innych i ogólnie z różnych spraw kryminalnych, potrafi źle potraktować ludzi ze wsi, którzy nie mają wiedzy, zasobów, pieniędzy, naprawników. Dlatego łatwiej jest ich zlekceważyć, niesłusznie oskarżyć. Nie tylko na wsi to się zdarza oczywiście, no ale mamy takie historie jak sprawa komendy, jak sprawa tzw. kanibali z Choszczna, jak ten człowiek z niepełnosprawnością umysłową, którego aresztowano pierwotnie w sprawie zabójcy z wiatraka z Tczewa.
No i tak by można mnożyć, tak że ludzie nie ufają policji, a milicji nie ufali jeszcze bardziej. I mieli ku temu swoje powody, nikt nie chciał sobie narobić kłopotów. Oczywiście, że mieszkańcy Rzepina się bali mordercy, reglowali drzwi, sypiali z siekierami i nożami pod łóżkiem, ale kiedy milicja przychodziła do domów i pytała, czy coś widzieli, czy coś słyszeli, czy kogoś podejrzewają, nabierali wody w usta. Ślady na miejscu zbrodni zostały właściwie całkowicie zniszczone przez pożar, przez akcję ratowniczą i gaśniczą. Badania DNA jeszcze nikomu w tamtych czasach się nie śniły. Podejrzenia i plotki na wsi chodziły za to najróżniejsze. W górach świętokrzyskich ukrywali się po wojnie partyzanci, niemal wszystkich frakcji politycznych, więc pojawiły się podejrzenia, że może chodziło o jakąś zemstę jeszcze z czasów wojny albo po wojnie.
Wiem, że dzisiaj już się nie mówi cyganie tylko Romowie, ale wtedy nikt tak nie mówił i nawet w tych policyjnych, a właściwie milicyjnych protokołach wszędzie jest napisane cyganie. Kilka osób wspominało coś o jakimś nieznanym samochodzie, który miał tamtej nocy przejeżdżać przez Rzepin w kierunku zabudowań Lipowa, a później miał wracać z wyłączonymi światłami, ale o tym samochodzie też niczego więcej nie udało się milicji dowiedzieć. W takich sytuacjach zostawała właściwie tylko jedna metoda. Trzeba było przyjrzeć się wszystkim mieszkańcom Rzepina i okolicznych wiosek, którzy mieli wcześniej takie lub inne problemy z prawem i kolejno sprawdzać ich alibi, wzywać na rozmowy, aż być może ktoś się przyzna albo ktoś się z czymś zdradzi.
Milicjanci wyłonili takich osób 40, no i tak sprawdzając jednego po drugim dotarli do pewnego obywatela. Obywatel nazywał się Czesław Zakrzewski, miał 42 lata i był rolnikiem z Rzepina z ukończonymi pięcioma klasami szkoły podstawowej. Był to człowiek, który z pewnością nie cieszył się we wsi ani sympatią, ani szacunkiem. Zresztą, podobnie jak cała jego rodzina, Lokalnej milicji rodzina Zakrzewskich była świetnie znana z uchylania się od wszelkich opłat. Czesław zalegał z alimentami dla swojego nieślubnego syna. Zresztą jego ślubne dzieci, jego trzy córki mogły liczyć tylko na niewiele więcej z jego strony. Poza tym Zakrzewscy od zawsze uchylali się od dostaw, które w czasach Polski Ludowej były obowiązkiem rolników. Każdy musiał jakąś tam część tego co wyhodował, co zebrał.
Oddawać na część państwa, nie wolno było zatajać żadnych upraw czy zwierząt, chociaż ludzie oczywiście robili co mogli, żeby jakoś tam państwo oszukać, bo na tych obowiązkowych dostawach głównie tracili, więc każdy kombinował jak mógł, ale Zakrzewscy to już nawet nie tyle, że kombinowali, tylko po prostu całkowicie to ignorowali, poza tym notorycznie dopuszczali się kradzieży drewna z lasu, I też trzeba powiedzieć, że to nie wynikało z jakiejś skrajnej nędzy. Zakrzewscy mieli jedno z większych gospodarstw w tej wsi i jeśli nie przynosiło ono zadowalających dochodów, to tylko dlatego, że niewystarczająco nie dbali. O tych wykroczeniach milicjanci wiedzieli, ale były też rzeczy, które do milicji wcześniej nie docierały, a o których w Rzepinie wiedzieli wszyscy. Na przykład to, że jak u Zakrzewskich na obiad był rosół, to był to znak, że komuś na wsi ukradziono kurę, bo tylko w takich okolicznościach Zakrzewscy mieli rosół.
Także Zakrzewscy z nikim się nie przyjaźnili, co wziąwszy pod uwagę to wszystko, co właśnie powiedziałam, nikogo chyba nie dziwi. Oni sami zresztą zawsze... Oni sami zresztą też zawsze stronili od ludzi. Ojciec rodziny Józef Zakrzewski był tyranem, który bił swoich synów. Nawet kiedy ci już byli dorośli, był wrogo nastawiony do ludzi, do państwa, no i tej wrogości nauczył też swoich synów. Na dodatek okazało się, że jeden ze strażaków powiedział milicjantom, że Czesław Zakrzewski był widziany w pobliżu remizy, kiedy straż wyjeżdżała do palącego się obejścia Lipów i o ile jak gdzieś we wsi jest pożar, no to ludzie zwykle idą w tamtym kierunku, żeby sprawdzić co się dzieje, może jakoś pomóc albo tylko się pogapić, no to Czesław szedł w przeciwnym kierunku, nawet się nie odwracając, co wydawało się zachowaniem raczej nienaturalnym w takich okolicznościach.
Także milicja postanowiła przymknąć Czesława na razie pod zarzutem kradzieży drewna, bo to był pewniak, wiadomo było, że zawsze tego był winien, no i w areszcie wydobyć od niego jakieś zeznania. Na początku Zakrzewski się zarzekał, że nic nie wie, ale któregoś dnia opowiedział milicjantom ciekawą historię o swoim sąsiedzie, niejakim Derlatce. Otóż miał widzieć, jak pan Derlatka ukrywa pod strzechą swojej szopy jakieś przedmioty. Były tam rękawiczki, pończochy i zegarek. Kiedy mężczyzna dostrzegł Czesława i zrozumiał, że został przyłapany na gorącym uczynku, zaproponował mu 10 tysięcy złotych za milczenie. Milicja wkroczyła więc do gospodarstwa Derlatki o świcie 9 lipca 1970 roku i we wskazanej przez świadka skrytce odnalazła wymienione przedmioty, które jak się później okazało należały do rodziny Lipów.
Derlatka oczywiście został natychmiast aresztowany, Ale szybko okazało się, że to nie na nim milicja powinna koncentrować swoje wysiłki, bo po pierwsze derlatka miał alibi na czas zbrodni, a po drugie na znalezionych przedmiotach były odciski palców. Ani jeden z nich nie należał do derlatki, to prawie wszystkie do Czesława Zakrzewskiego. Czesław Zakrzewski nie był najostrzejszą kredką w piórniku, możemy to sobie chyba jasno powiedzieć. I tym oto sposobem Czesław dostarczył prokuraturze dowód przeciwko samemu sobie. A jeszcze do tego milicja miała szczęście, bo te same odciski znaleziono i zabezpieczono kilka lat wcześniej na oknie domu Jana Żaczkiewicza w Trzeszkowie, wkrótce po jego zabójstwie. Teraz już milicja zarządziła przeszukanie gospodarstwa Zakrzewskich.
To właśnie z tej broni w 1960 roku został zastrzelony inny mieszkaniec Rzepina Jan Borowiec. Gdyby Was zastanawiało, po kim Czesław miał tę niesamowitą bystrość umysłu, to to, co Wam za chwilę powiem, może rzucić nieco światła w tej kwestii. Otóż, kiedy milicja zaczęła przesłuchiwać Józefa Zakrzewskiego, zarzucając mu, że wspólnie z synami zamordował i okradł lipów, Józef miał powiedzieć, cytuję, Jestem niewinny, nikogo nie zabiłem, nic nie wiem, nic nie słyszałem. Po co miałbym kogoś okradać czy zabijać dla pieniędzy? Mam 130 tysięcy złotych w gotówce zakopane w ogródku. Milicja sprawdziła i faktycznie miał. Milicja znalazła zakopany słój, w którym znajdowały się pieniądze, 120 tysięcy złotych i część banknotów była, uwaga, zaplamiona krwią.
Można go było oskarżyć tylko w sprawie zabójstwa Lipów. Jeśli chodzi o matkę, Helenę Zakrzewską, która miała przewodniczyć owym sądom odbywającym się w ich chacie, o których opowiedział Czesław milicjantom, to kiedy doszło do aresztowania mężczyzn, ona już była bardzo chora, już wtedy Kiedy zamordowali Lipów, ona nie wstawała z łóżka i w ciągu kilku najbliższych miesięcy zmarła, także jej nie postawiono żadnych zarzutów i chyba nawet nie została przesłuchana z racji swojego stanu zdrowia. O tym, że do tych rytuałów dochodziło, opowiedział Czesław podczas przesłuchań, ale oprócz tego nie było żadnych dowodów na udział Heleny Zakrzewskiej w tych zabójstwach i kradzieżach. Aczkolwiek przypuszczam, że ona rzeczywiście musiała o wszystkim wiedzieć. Chciała wiedzieć, że jej mąż i syn przenosili do domu jakieś rzeczy, jakieś pieniądze, nie wiadomo skąd.
I wydaje mi się, że mogła reprezentować po prostu podobny poziom moralny, co jej mąż i syn. Ale były jeszcze dwie inne kobiety, czyli żona Czesława i jego siostra. Jeśli chodzi o żonę, to ona od razu, kiedy milicja ją przesłuchiwała, powiedziała, że męża nie było z nią tamtej nocy, nie wie gdzie był. Oni zresztą przez większość czasu mieszkali osobno, ona u swoich rodziców, on u swoich. Ale żona Czesława miała o swoich teściach jak najgorsze mniemanie. Przez pewien czas po ślubie była zmuszona u nich zamieszkać i nie wspominała tego czasu najlepiej. Wręcz przeciwnie, teść był niezrównoważony, stosował przemocy wobec wszystkich domowników, regularnie bił swoich synów nawet jak już byli dorośli, nawet jak już Czesław był żonaty. Kilka razy podniósł też rękę na synową. No i była jeszcze córka. W czasie gdy doszło do zabójstwa Lipów ona już była mężatką, mieszkała oddzielnie.
W dniu 20 września 1968 roku o godzinie 12 wpadły do mego ojca domu złodzieje, skredli mnie 4000 złotych z szafy, które były pożyczone od mego stryjka. W tym czasie, kiedy skredli te pieniądze, Mnie nie było mnie w domu, tylko była moja matka, która choruje na serce. I złapali matkę, krzywili ręce, żeby nie krzyczała. Zwracam się z zażaleniem do prokuratora o ścisłe dochodzenie. Tyle mego majątku, co mi złodzieje skredli, pytałem się mojej matki, Heleny kto był, to mi powiedziała, że poznała przewodniczącego GRN z Rzepina, Władysława Lipę. Milicja ją dusiła, żeby nie wiedziała, co robią trzej złodzieje.
Na początku mężczyźni do niczego się nie przyznawali, więc milicja postanowiła zastosować bardzo typową dla siebie metodę, na którą tylko ktoś tak mało bystry jak Czesław mógł się nabrać, a mianowicie podstawiono mu do celi funkcjonariusza, który miał udawać współwięźnia. Także ten funkcjonariusz bez większych trudności przekonał Czesława do napisania, uwaga, listu do Radia Wolna Europa. Bo Radio Wolna Europa wspiera tych, którzy na terenie Polski walczą z komuną i ich wysłannicy mogliby odbić go z więzienia i wywieźć do Ameryki, gdyby uznali, że Czesław walczył z komunistami. A on no zasadniczo właśnie to robił przecież, bo zabijał osoby będące na usługach komunistów, sołtysów, przewodniczących rad gromadzkich, osoby, które donosiły milicji, No i ten funkcjonariusz współwięzień był tak przekonujący w tych swoich wywodach, że Czesław chyba aż sam uwierzył w to, że tak właśnie było i że on jest jakimś bojownikiem o wolność.
No i napisał. Przyznał się w tym liście do całej serii zabójstw, opisał je ze szczegółami, wszyscy oni mieli być złymi ludźmi i szkodzić ludziom, dlatego ich zabił. Ten list oczywiście nigdy nie został nigdzie wysłany. Trafił prosto w ręce pracowników więzienia, a następnie do milicji i prokuratury. Wtedy Zakrzewscy zaczęli się już przyznawać do tych przestępstw, uczestniczyli w wizjach lokalnych. Choć co do tego, to Czesław miał też swoją ukrytą motywację, bo chyba ten funkcjonariusz, który z nim był w celi, tak go wkręcał jeszcze, że jak pojedzie na wizję lokalną, to tam go będą mogli odbić ci z Radia Wolna Europa i żeby się rozglądał za funkcjonariuszem, który ma w klapie kwiat, Bo to będzie agent tej wolnej Europy. W ogóle by nie zwrócił na siebie niczyjej uwagi, jakby tak chodził z kwiatkiem w kieszeni do milicyjnego munduru.
No ale to dużo mówi o Czesławie, że był w stanie uwierzyć w takie bzdury. Ten milicjant chyba się już później świetnie bawił, wstawiając mu te wszystkie głupoty. W każdym razie Czesław wierzył, że Radio Wolna Europa wyśle po niego helikopter i że go odbiją z rąk milicji podczas tej wizji lokalnej. Milicjanci, których naprawdę mam wrażenie, że robienie sobie jaj z Zakrzewskiego zaczęło bawić, postanowili więc, że w czasie wizji lokalnej naprawdę dadzą jednemu z funkcjonariuszy kwiatek, żeby go sobie wetknął w klapę munduru czy tam do kieszonki na piersi, nie wiem dokładnie, a do tego, nie wiem, czy to też zaaranżowali, czy to był zbieg okoliczności, w czasie tej wizji naprawdę przelatywał nad nimi śmigłowiec, tak że Czesław Zakrzewski już był w ogródku, już witał się z Gąską, no a tu nic, śmigłowiec przeleciał, nikt go nie odbił, także no, szok.
Swoją drogą, tym wizjom lokalnym towarzyszyło duże zainteresowanie lokalnej społeczności, która oczywiście była Zakrzewskim bardzo nieprzychylna, także tam leciały kamienie, wyzwiska, jakieś groźby, nawoływania do linczu, których milicja chyba celowo nie starała się za bardzo uspokajać, wręcz tak po cichu chyba im sprzyjała, licząc na to, że ten nacisk i zastraszenie ze strony społeczeństwa dodatkowo zachęci oskarżonych do współpracy z władzą, no bo stwierdzą, że ich sąsiedzi stanowią dla nich teraz większe zagrożenie niż milicjanci. Czesław musiał sobie jakoś inaczej poradzić, więc zaczął lawirować i napisał na przykład list o takiej treści. Obecnie zrozumiałem, że kłamstwo byłoby zgubą mojego życia i dlatego postanowiłem niczego nie ukrywać. Jezusie, Twoje rany mnie pomogą.
Podczas przesłuchania Czesław przyznał się również do zabójstwa Bolesława Hartunga. Broń, z której został zastrzelony młody mężczyzna pasowała do tej, którą znaleziono w obejściu Zakrzewskich. Ze słów Zakrzewskiego, które ten później oczywiście odwołał, Wynikało, że to oni zastrzelili Hartunga, ale zrobili to przez pomyłkę. Tamtej nocy Czesław i Józef Zakrzewscy z twarzami powijanymi szmatami rzeczywiście przeszli bowiem do wioski, w której odbywała się potańcówka, żeby zapolować na kogoś innego, na milicjanta, który kilka miesięcy wcześniej uczestniczył w przeszukaniu ich gospodarstwa, Powód był ten co zwykle, czyli kradzież drewna z lasu. Milicjanci, którym ktoś uprzejmie doniósł, że Zakrzewscy znów się dopuścili. Kradzieży oczywiście odnaleźli bez trudu to kradzione drewno, a następnie dali Józefowi Zakrzewskiemu do podpisania protokół przeszukania.
Józef był analfabetą, także zapoznać się z treścią tego protokołu za bardzo nie mógł. Pisać też nie umiał. No i być może to było powodem, dla którego odmówił jego podpisania. Natomiast milicja się w tamtych czasach oczywiście nie przejmowała specjalnie takimi szczegółami. Józef został zmuszony siłą do tego, żeby jakiś tam znaczek na tym dokumencie zrobić. No i od tamtej pory Józef planował zemstę. Aż na początku czerwca dowiedzieli się, że milicjant, który go tak upokorzył, wybiera się na wiejską zabawę no i uznał, że to będzie znakomita okazja, żeby się zemścić na mężczyźnie. W tym celu on i Czesław zaplanowali tę brawurową akcję, która polegała na tym, że W dziwacznych maskach na twarzy biegali po wsi, zwracając na siebie uwagę każdego, kto ich mijał. Pierwotny plan był taki, że zaczają się na milicjanta przed budynkiem i zastrzelą go, kiedy będzie wychodził, żeby się wysikać czy coś tam innego zrobić.
No ale w związku z tym, że znaleźli się teraz w centrum zainteresowania, no to nie mogli swoje akcje przeprowadzić tak, jak planowali i musieli zrobić szybką zmianę planu. Przetransferowali się więc na leśną drogę, którą, jak uznali milicjant, na pewno będzie wracał z zabawy. No i kiedy zobaczyli kogoś nadchodzącego tą leśną drogą, natychmiast otworzyli do niego ogień i nie przyszło im nawet do głowy, że taką drogą w lesie może wracać ktokolwiek. Szczególnie jeśli we wsi była zabawa, to zapewne również inne osoby z okolicy się mogły na nią wybrać, ale ich zdolności analityczne już tak daleko nie sięgały, także Zastrzelili po prostu pierwszą osobę, która szła drogą, zakładając, że to na pewno jest ten ich milicjant, no i okazało się, że jednak nie. Jak się zorientowali, że popełnili pomyłkę, to tylko ściągnęli ciało mężczyzny z drogi, żeby się o niego nie potknęli inni wracający z zabawy i uciekli.
W gruncie rzeczy to, że takich dwóch analfabetów przez tyle czasu pozostawało nieuchwytnych było wielką kompromitacją milicji. Także chyba uznano, że trzeba te kompromitacje przekuć w triumf i pokazać rozwiązanie tej sprawy jako sukces. Na sali sądowej były więc kamery, filmowano cały przebieg procesu. Później powstawały reportaże na podstawie tych materiałów. No i na tych nagraniach widać też jak oni się zachowują, jak płaczą, mdleją, odpowiadają na pytania bez ładu i składu. W którymś momencie Czesław Zakrzewski zakłada sobie na głowę tę maskę, w której dokonywał napadów. Sędzia go prosi, żeby Założył tę maskę na twarz, na co on stwierdza, że nie, bo mu będzie duszno i siedzi tam tak w tej masce na głowie, takiej starczącej na wszystkie strony, wygląda jak po prostu jakiś pajac.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Podajana jest informacja o podcastzie i jego ostatnim wystąpieniu na Kryminalnym Mieście.
Podajana jest opowieść o zemście jako motywie zbrodni, z referencją do historii z Rzepina.
Opisane są okoliczności zbrodni z 1954 roku w Rzepinie, w tym znalezienie ciała Bolesława Hartunga.
Podajana jest informacja o próbach rozwiązywania zagadki zbrodni i sytuacja w Polsce po śmierci Stalina.
Podajany jest życiorys Bolesława Hartunga, jego przejście do dorosłości i początki kariery.
Opisane są okoliczności zbrodni z 1955 roku w Sierżawach i sytuacja w wsi w latach 1950-1960.
Zeznania Józefa i Czesława Zakrzewskich przed sądem, ich próba usprawiedliwienia czynów oraz analiza ich postępowania pod kątem moralności i prawnej obrony.
Opisano zbrodnia z 1960 roku, w której Jan Borowiec, sołtys wsi Rzepin, został zastrzelony i dobity nożem. Milicja nie odniosła sukcesu w śledztwie.
Rozkłady zbrodni i podejrzenia wobec Zakrzewskich, opowieść o zabójstwie Bolesława Hartunga i kradzieżach.
Opisano opinie psychiatrów i psychologów wobec Zakrzewskich, podkreślając brak szczegółowych diagnoz.
Rozważano potencjalną rolę sędziego Winnickiego w sprawie Zakrzewskich, omówiono teorie i tezy na jego temat.
Opisano strategie ułaskawienia Józefa i Czesława Zakrzewskich, podkreślając ich nieefektywność.
Opisano reakcję mieszkańców Rzepina na egzekucję Zakrzewskich, w tym skargi na kobiety z rodziny morderców.
Analiza romantyzacji zemsty jako motywu w filmach i serialach, z odniesieniem do Zakrzewskich.
postawić mi taką symboliczną kawę
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
„postawić mi taką symboliczną kawę"
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
W Rzepinie i okolicach co kilka lat dochodziło do niewyjaśnionych tragedii. Dopiero najgorsza z nich pozwoliła wykryć stojących za nią sprawców.
Jeśli chcesz jednorazowo okazać mi swoje wsparcie, możesz to zrobić na buycoffee.to
https://buycoffee.to/zbrodnie-prowincjonalne
Jeśli chcesz subskrybować Zbrodnie Prowincjonalne na Spotify i otrzymać dostęp do dodatkowych materiałów, kliknij:
https://creators.spotify.com/pod/profile/zbrodnie-prowincjonalne/subscribe
Źródła: https://www.zbrodnie-prowincjonalne.com/post/rzepin-1969
Muzyka:
PurplePlanet Music - Lazy Days
Night Hunt - Jimena Contreras
Sloppy Clav - Godmode