Mentionsy Mentionsy
Zbrodnie Prowincjonalne
Zbrodnie Prowincjonalne

Należało im się za tucznika (Rzepin 1969)

11.06.2026 ·1 godz 23 min · 15 rozdziałów · 1 sponsor

W Rzepinie i okolicach co kilka lat dochodziło do niewyjaśnionych tragedii. Dopiero najgorsza z nich pozwoliła wykryć stojących za nią sprawców.Jeśli chcesz jednorazowo okazać mi swoje wsparcie, możesz to zrobić na buycoffee.to https://buycoffee.to/zbrodnie-prowincjonalne Jeśli chcesz subskrybować Zbrodnie Prowincjonalne na Spotify i otrzymać dostęp do dodatkowych materiałów, kliknij: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://creators.spotify.com/pod/profile/zbrodnie-prowincjonalne/subscribe⁠ Źródła: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://www.zbrodnie-prowincjonalne.com/post/rzepin-1969Muzyka: PurplePlanet Music - Lazy Days Night Hunt - Jimena Contreras Sloppy Clav - Godmode

0:00 · Wprowadzenie i opowieść o podcastu 3

Tak usiłował wytłumaczyć się ze swoich zbrodni skazany w jednym z najgłośniejszych procesów PRL-u. Jak bardzo wiarygodne było to tłumaczenie, to chyba już sami zauważyliście. Dziś w Zbrodniach Prowincjonalnych historia pewnej okropnej rodziny, która przez kilka dekad stanowiła zagrożenie dla mieszkańców wiosek położonych w okolicach Starachowic. Zapraszam na Zbrodnie Prowincjonalne. Podczas tegorocznego Kryminalnego Miasta we Wrocławiu miałam przyjemność wystąpić razem z Grzegorzem z podcastu No nie gadaj, żeby porozmawiać o zemście jako o motywie zbrodni.

Takie materiały jakie robię, czyli wymagające długiego researchu, wyjazdów do archiwów, bibliotek, kupowania dostępów do archiwalnych wydań gazet. Także link jest w opisie odcinka, jeśli ktoś chce, może ma ochotę, zapraszam. A wracając do kryminalnego miasta, to ja opowiedziałam tam historię zbrodni w Rzepinie. Jako, że mieliśmy tylko 45 minut na opowiedzenie dwóch historii kryminalnych, to musiałam oczywiście bardzo ograniczyć to, co miałam do powiedzenia w tej sprawie. Więc pomyślałam, że szkoda by było, żeby to wszystko, czego się dowiedziałam o tej historii, się zmarnowało. Po naszym wystąpieniu też kilka osób podchodziło, dopytywało o różne szczegóły, na które nie starczyło nam już czasu. Także dziś zarówno dla tych, z którymi widzieliśmy się na żywo, jak i dla tych, których na kryminalnym mieście nie było, przygotowałam odcinek, w którym bez żadnych ograniczeń czasowych będziemy mogli się wgryźć we wszystkie szczegóły tej historii, która okazuje się nie jest wcale aż tak bardzo znana, jak mi się dotąd wydawało.

7 czerwca 1954 roku w lesie otaczającym Starachowice znaleziono ciało młodego mężczyzny. Jeden z okolicznych mieszkańców, który wybrał się do lasu tego ranka, zauważył go leżącego obok drogi. Kiedy do niego podszedł, okazało się, że ma na ciele kilka ran postrzałowych. Był to pracownik fabryki samochodów ciężarowych, 24-letni Bolesław Hartung. Okazało się, że mężczyzna jeszcze żyje, chociaż musiał leżeć tak już od dobrych kilku godzin. Okoliczni mieszkańcy zadziałali tak szybko, jak tylko mogli, wezwali pogotowie, no ale to wszystko trochę trwało w czasach przed telefonami komórkowymi. Także upłynęły kolejne cenne godziny, zanim Bolesław znalazł się wreszcie w szpitalu w Starachowicach.

5:12 · Opowieść o zemście jako motywie zbrodni 5

No i niestety w tym szpitalu wkrótce zmarł. Nie odzyskał przytomności, także nie mógł wskazać swoich zabójców. Chociaż nie wiadomo czy w ogóle wiedział kim byli, bo został zaatakowany po ciemku na leśnej drodze z zaskoczenia. Wracał akurat z wiejskiej zabawy, która odbywała się w jednej z wsi pod Starachowicami. I kiedy przesłuchano uczestników tej zabawy, okazało się, że poprzedniego wieczoru Doszło do pewnego dziwacznego incydentu, który wtedy wydawał się wszystkim zabawny. A mianowicie w okolicach tego budynku, w którym trwała zabawa, kręciło się jakichś dwóch ludzi w maskach, jakichś dwóch przebierańców, jak to określili mieszkańcy. Kimkolwiek byli pomysł, żeby biegać po wsi w maskach okazał się co najmniej nietrafiony, no bo jeśli mężczyźni zasłonili twarze, bo nie chcieli zwracać na siebie uwagi,

No to efekt uzyskali dokładnie odwrotny. Dość szybko mieszkańcy wsi zaczęli pokazywać ich sobie palcami, naśmiewać się z nich, co tajemniczych nieznajomych nieco speszyło i dość szybko zniknęli. Nie rozpoznano ich tożsamości, a w sprawie nie udało się ustalić niczego konkretnego, natomiast istniało podejrzenie, że to właśnie ci dwaj nieznajomi w dziwacznych maskach mogli stać za zabójstwem Bolesława Hartunga. Zabójstwo pod Starachowicami nie zostało nagłośnione w mediach. Ówczesne gazety pełne są informacji o tym, jak to robotnicy rwą się do pracy i wyrabiają 300% normy i proszą, żeby dać im więcej pracy. No ogólnie propaganda pełną gębą. Jest dobrze, będzie jeszcze lepiej. Niewyjaśnione zbrodnie nie były czymś, o czym należało tak szczegółowo informować przedstawicieli zdrowej tkanki robotniczej, wszystkich ludzi pracujących miast i wsi, a milicja zdaje się niewiele zrobiła, żeby wyjaśnić sprawę zabójstwa tego

Bolesław miał 9 lat, kiedy wybuchła wojna, także musiał przerwać naukę w szkole podstawowej po ukończeniu zaledwie dwóch klas. W czasie okupacji jego rodzina, jak większość rodzin, żyła w nędzy. Po wojnie Bolesław poszedł do takiej szkoły przyzakładowej dla dorosłych, takich jak on, młodych ludzi. Było w tamtym czasie oczywiście bardzo dużo ludzi, którzy byli dziećmi, nastolatkami podczas okupacji, przez co nie skończyli żadnej szkoły, no a po wojnie już byli młodymi dorosłymi, którzy musieli z czegoś się utrzymywać w tamtych bardzo ciężkich czasach i nie mogli sobie tak po prostu pozwolić na to, żeby skupić się już tylko na nauce. Więc chodzili do takich szkół, które od razu uczyły zawodu, dawały pracę i wyrównywały braki w tym podstawowym nauczaniu. I tam właśnie Bolesław Hartung uczył się do 1949 roku i uzyskał zawód elektryka.

W 1950 roku Hartung rozpoczął zasadniczą służbę wojskową, ale złożył prośbę o wcześniejsze zwolnienie z tej służby, ponieważ zmarł jego ojciec, a matka była chora i znajdowała się w bardzo złej sytuacji materialnej. Utrzymywała się jedynie z renty, Także jego prośba została uwzględniona. W 1951 roku Hartung wstąpił do Związku Młodzieży Polskiej. Także widać tutaj, że ta formacja ideologiczna u niego postępowała, tak jak sobie tego życzyły ówczesne władze. Także to, że sprawa jego śmierci nie została aż tak starannie zbadana, nie wynikało na pewno z tego, że on sam był traktowany jako jakiś tzw. element niepożądany. Niewykluczone, że władze się trochę obawiały, bo to, jak on zginął, mogło się trochę kojarzyć z partyzantką, Z jakimiś oddziałami leśnymi, którym komuniści wypowiedzieli wojnę po 1945 roku.

Jej mąż był stróżem nocnym w magazynie Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Traczku. Tej nocy nie było go w domu, bo pracował, ale Anna i dzieci obudzili się niemal natychmiast po tym, jak w gospodarstwie wybuchł ogień i szczęśliwie wszystkim udało się uciec przez okno, ale gospodarstwo spłonęło. I nie było też wątpliwości co do tego, że było to umyślne podpalenie. Winnych tego podpalenia, podobnie jak winnych zabójstwa Bolesława Hartunga, nie odnaleziono. I znów minęło trochę czasu, a kiedy mieszkańcy okolicy zdołali już trochę o tym wszystkim zapomnieć, tajemniczy zbrodniarz uderzył ponownie. 13 grudnia 1957 roku pani Rzaczkiewiczowa-Strzeszkowa obudziła się słysząc walenie do drzwi.

12:03 · Historia zbrodni w Rzepinie (część 1) 6

No więc tak siedziały, nasłuchując przez kilka godzin, ale niczego nie było słychać, a pan domu nie wracał. Wreszcie, kiedy nadszedł świt, kobiety odważyły się wyjrzeć z chaty. Wyglądało na to, że nikogo już na podwórzu nie było. Dwunastoletnia dziewczynka zaczęła szukać ojca po obejściu. Wołała go, ale nie odpowiadał. Aż wreszcie córka Rzaczkiewicza zajrzała do studni i zamarła. Jan Rzaczkiewicz unosił się martwy na powierzchni wody. Później, kiedy już go stamtąd wydobyto, okazało się, że mężczyzna miał ściągnięte do kostek spodnie, na głowie zawiązaną spódnicę okręconą na szyi łańcuchem, takim jakim paluje się krowy. A także, że zanim został wrzucony do studni, został dwukrotnie dźgnięty nożem w klatkę piersiową, ostrze przebiło prawe płuco i ściany tętnicy głównej.

Na Wikipedii znajdziecie informację, że został ugodzony bagnetem w Kark i w ten też sposób zostało to zademonstrowane na nagraniu z wizji lokalnej z udziałem podejrzanego, chociaż ta wizja to już się odbyła kilkanaście lat później, więc prawdopodobnie sprawcy sami nie pamiętali jak go ugodzili, szczególnie, że jak się okaże tych zbrodni mieli na swoim sumieniu kilka. Ale w uzasadnieniu wyroku, który zapadł też wiele lat później, podobnie jak w krótkiej notatce prasowej ze słowa ludu z 1957 roku, jest informacja właśnie o ranach kłutych na piersi, a nie na karku. Także ja bym jednak tę wersję przyjmowała za prawdziwą, chociaż ostatecznie niczego w tej sprawie to nie zmienia. Następnie mężczyzna przeleżał w studni całą grudniową noc, pomimo że w momencie kiedy został wrzucony do studni jeszcze żył, no to oczywiście nie miał najmniejszych szans na przetrwanie tego.

Jan Rzaczkiewicz był szanowanym obywatelem, sołtysem wsi Trzeszków. Pełnił też przez kilka lat funkcję przewodniczącego prezydium Rady Gromadzkiej Narodowej. Powodem zabójstwa zapewne był rabunek. Okazało się, że Z domu zginęło kilka przedmiotów, zegarek, trochę materiałów, z których miała zostać uszyta m.in. suknia ślubna i welon, chociaż zamordowanie kogoś dla tak skromnego zysku wydawało się aż niewiarygodne. Krótka notatka na temat tej zbrodni ukazała się już w słowie ludu, choć nazwisko ofiary przekręcono na Wackiewicz i już więcej o tej sprawie nie pisano. Bo znów nie było się czym chwalić. Sprawcę zbrodni nie odnaleziono, choć milicjantom udało się zabrać jeden ślad, który dopiero po wielu latach miał się okazać istotny, a mianowicie na oknie domu Rzeczkiewiczów zabezpieczono odciski palców.

Działo się to 16 maja 1960 roku. Jan Borowiec został zastrzelony, a następnie dobity nożem na swoim własnym podwórku. Sołtys w tym czasie zbierał od mieszkańców wsi pieniądze z tytułu podatku gruntowego, który każdy właściciel gospodarstwa rolnego miał obowiązek odprowadzać. Miał więc w domu sporo gotówki, którą miał w najbliższym czasie wpłacić na poczcie. Znowu więc najbardziej prawdopodobnym motywem zabójstwa wydawał się rabunek. Postrzał, który przyczynił się do śmierci mężczyzny oddano z broni typu nagant. Nie była to w tamtych czasach niespotykana broń, na wsiach wiele osób miało jeszcze po wojnie półtykane gdzieś nielegalnie różne rodzaje broni palnej, tak na wszelki wypadek.

Na stole stał krzyż, przed nim lichtarz ze świecą. Mężczyźni klękali, kobieta brała do ręki świecę, uroczyście wypowiadała nazwisko. Mężczyźni, jak wierni w kościele, odpowiadali chórem – niech skapie. Jakroplasterny skapywała i to było takie przypieczętowanie wydanego przez nich wyroku. Zatwierdzenie go przez Boga i w ciągu mniej więcej roku od każdego z takich rytuałów dochodziło do zabójstwa, a ci, których nazwiska padły podczas tego rytuału zostawali zamordowani. Wszystko w obrębie tych kilku sąsiadujących za sobą wsi w okolicach Starachowic. Czy ktoś łączył ze sobą te zdarzenia?

Ogień nie rozchodził się po domu aż tak szybko, jak po budynkach gospodarczych, które spłonęły prawie doszczętnie, niestety razem z nimi również zwierzęta, które były w środku. Ale przybyłym dość szybko strażakom udało się wynieść ciała wszystkich domowników na zewnątrz, zanim zdążyły spłonąć. Na początku ci, którzy uczestniczyli w akcji ratunkowej nie wiedzieli jeszcze co tam zaszło, czy Lipowie zaczadzili, czy w jakiś sposób zginęli. Wszystko było zadymione, ubrudzone sadzą, było ciemno, także dopiero sekcja zwłok potwierdziła, że w Rzepinie doszło do morderstwa, że Lipowie nie zginęli w pożarze. Wszyscy mieli rozległe obrażenia, głównie rany tłuczone głowy, ale w ich płucach znaleziono ślady dymu, co oznaczało, że jeszcze żyli, jeszcze oddychali, kiedy wybuchał pożar.

24:05 · Szukanie winnych i sytuacja w Polsce w 1954 roku 9

Wbrew temu, co by się mogło wydawać, w obliczu takiej zbrodni mieszkańcy Rzepina wcale nie byli chętni do tego, żeby pomagać milicji. Na wsiach do dziś tak już jest, że z policją za bardzo nikt nie chce gadać, nawet jeśli ludzie nie mają nic specjalnego na sumieniu, nawet jeśli wydawałoby się, że im to nie zaszkodzi, a może nawet pomoże. To tak na wszelki wypadek lepiej powiedzieć, że się nic nie wie. Zaufanie do policji na wsi wciąż jest dość niskie i dzieje się tak nie bez powodu. Policja, jak wiemy z tego podcastu, z innych i ogólnie z różnych spraw kryminalnych, potrafi źle potraktować ludzi ze wsi, którzy nie mają wiedzy, zasobów, pieniędzy, naprawników. Dlatego łatwiej jest ich zlekceważyć, niesłusznie oskarżyć. Nie tylko na wsi to się zdarza oczywiście, no ale mamy takie historie jak sprawa komendy, jak sprawa tzw. kanibali z Choszczna, jak ten człowiek z niepełnosprawnością umysłową, którego aresztowano pierwotnie w sprawie zabójcy z wiatraka z Tczewa.

Podobno Mieczysław też należał do jakiejś partyzantki i wykonywał nawet wyroki na zdrajcach, więc może chodziło o jakiś odwet. Ale czemu po tylu latach? Czemu akurat teraz ktoś miałby ten odwet brać? Trudno było odpowiedzieć na to pytanie. Inna teoria była taka, że mogli to być Cyganie. Bo czemu nie? Zawsze można przecież oskarżyć Cyganów. Tydzień przed Zaduszkami w tym regionie została podobno zamordowana rodzina Gajowego i o te zbrodnie właśnie oskarżano Romów, którzy gdzieś tam się w pobliżu pojawiali. Nie wiem czy ostatecznie to naprawdę oni byli winni czy nie. No ale podobno po zabójstwie ktoś wiedział jak tam właśnie cyganie płacili w sklepie pięćsetkami.

Milicjanci wyłonili takich osób 40, no i tak sprawdzając jednego po drugim dotarli do pewnego obywatela. Obywatel nazywał się Czesław Zakrzewski, miał 42 lata i był rolnikiem z Rzepina z ukończonymi pięcioma klasami szkoły podstawowej. Był to człowiek, który z pewnością nie cieszył się we wsi ani sympatią, ani szacunkiem. Zresztą, podobnie jak cała jego rodzina, Lokalnej milicji rodzina Zakrzewskich była świetnie znana z uchylania się od wszelkich opłat. Czesław zalegał z alimentami dla swojego nieślubnego syna. Zresztą jego ślubne dzieci, jego trzy córki mogły liczyć tylko na niewiele więcej z jego strony. Poza tym Zakrzewscy od zawsze uchylali się od dostaw, które w czasach Polski Ludowej były obowiązkiem rolników. Każdy musiał jakąś tam część tego co wyhodował, co zebrał.

Oddawać na część państwa, nie wolno było zatajać żadnych upraw czy zwierząt, chociaż ludzie oczywiście robili co mogli, żeby jakoś tam państwo oszukać, bo na tych obowiązkowych dostawach głównie tracili, więc każdy kombinował jak mógł, ale Zakrzewscy to już nawet nie tyle, że kombinowali, tylko po prostu całkowicie to ignorowali, poza tym notorycznie dopuszczali się kradzieży drewna z lasu, I też trzeba powiedzieć, że to nie wynikało z jakiejś skrajnej nędzy. Zakrzewscy mieli jedno z większych gospodarstw w tej wsi i jeśli nie przynosiło ono zadowalających dochodów, to tylko dlatego, że niewystarczająco nie dbali. O tych wykroczeniach milicjanci wiedzieli, ale były też rzeczy, które do milicji wcześniej nie docierały, a o których w Rzepinie wiedzieli wszyscy. Na przykład to, że jak u Zakrzewskich na obiad był rosół, to był to znak, że komuś na wsi ukradziono kurę, bo tylko w takich okolicznościach Zakrzewscy mieli rosół.

Także Zakrzewscy z nikim się nie przyjaźnili, co wziąwszy pod uwagę to wszystko, co właśnie powiedziałam, nikogo chyba nie dziwi. Oni sami zresztą zawsze... Oni sami zresztą też zawsze stronili od ludzi. Ojciec rodziny Józef Zakrzewski był tyranem, który bił swoich synów. Nawet kiedy ci już byli dorośli, był wrogo nastawiony do ludzi, do państwa, no i tej wrogości nauczył też swoich synów. Na dodatek okazało się, że jeden ze strażaków powiedział milicjantom, że Czesław Zakrzewski był widziany w pobliżu remizy, kiedy straż wyjeżdżała do palącego się obejścia Lipów i o ile jak gdzieś we wsi jest pożar, no to ludzie zwykle idą w tamtym kierunku, żeby sprawdzić co się dzieje, może jakoś pomóc albo tylko się pogapić, no to Czesław szedł w przeciwnym kierunku, nawet się nie odwracając, co wydawało się zachowaniem raczej nienaturalnym w takich okolicznościach.

Także milicja postanowiła przymknąć Czesława na razie pod zarzutem kradzieży drewna, bo to był pewniak, wiadomo było, że zawsze tego był winien, no i w areszcie wydobyć od niego jakieś zeznania. Na początku Zakrzewski się zarzekał, że nic nie wie, ale któregoś dnia opowiedział milicjantom ciekawą historię o swoim sąsiedzie, niejakim Derlatce. Otóż miał widzieć, jak pan Derlatka ukrywa pod strzechą swojej szopy jakieś przedmioty. Były tam rękawiczki, pończochy i zegarek. Kiedy mężczyzna dostrzegł Czesława i zrozumiał, że został przyłapany na gorącym uczynku, zaproponował mu 10 tysięcy złotych za milczenie. Milicja wkroczyła więc do gospodarstwa Derlatki o świcie 9 lipca 1970 roku i we wskazanej przez świadka skrytce odnalazła wymienione przedmioty, które jak się później okazało należały do rodziny Lipów.

Derlatka oczywiście został natychmiast aresztowany, Ale szybko okazało się, że to nie na nim milicja powinna koncentrować swoje wysiłki, bo po pierwsze derlatka miał alibi na czas zbrodni, a po drugie na znalezionych przedmiotach były odciski palców. Ani jeden z nich nie należał do derlatki, to prawie wszystkie do Czesława Zakrzewskiego. Czesław Zakrzewski nie był najostrzejszą kredką w piórniku, możemy to sobie chyba jasno powiedzieć. I tym oto sposobem Czesław dostarczył prokuraturze dowód przeciwko samemu sobie. A jeszcze do tego milicja miała szczęście, bo te same odciski znaleziono i zabezpieczono kilka lat wcześniej na oknie domu Jana Żaczkiewicza w Trzeszkowie, wkrótce po jego zabójstwie. Teraz już milicja zarządziła przeszukanie gospodarstwa Zakrzewskich.

To właśnie z tej broni w 1960 roku został zastrzelony inny mieszkaniec Rzepina Jan Borowiec. Gdyby Was zastanawiało, po kim Czesław miał tę niesamowitą bystrość umysłu, to to, co Wam za chwilę powiem, może rzucić nieco światła w tej kwestii. Otóż, kiedy milicja zaczęła przesłuchiwać Józefa Zakrzewskiego, zarzucając mu, że wspólnie z synami zamordował i okradł lipów, Józef miał powiedzieć, cytuję, Jestem niewinny, nikogo nie zabiłem, nic nie wiem, nic nie słyszałem. Po co miałbym kogoś okradać czy zabijać dla pieniędzy? Mam 130 tysięcy złotych w gotówce zakopane w ogródku. Milicja sprawdziła i faktycznie miał. Milicja znalazła zakopany słój, w którym znajdowały się pieniądze, 120 tysięcy złotych i część banknotów była, uwaga, zaplamiona krwią.

W tamtych czasach oczywiście nie były jeszcze dostępne takie techniki kryminalistyczne, które by pozwalały na ustalenie, czyja to była krew. Natomiast nawet bez tego to znalezisko idealnie dopełniało łańcuch dowodów i poszlak zebranych w tej sprawie. No i umówmy się, nie jest to normalne, żeby na banknotach była krew, A jak jesteś podejrzany o wymordowanie rodziny sąsiada to tym bardziej nie chcesz się chwalić tym, że masz słoik ubabranych krwią banknotów. No chyba, że nazywasz się Józef Zakrzewski i masz iloraz inteligencji planktonu. O Józefie możemy przeczytać następującą opinię z wywiadu MO z dnia 20 lipca 1970 roku. Józef Zakrzewski był w pierwszych latach po wyzwoleniu członkiem ORMO w Pawłowie, ale następnie został usunięty z ORMO. W miejscu zamieszkania oskarżony Józef Zakrzewski jest znany jako jeden z najbogatszych gospodarzy ze względu na posiadanie 6,97 ha ziemi i sadła owocowego.

36:07 · Życiorys Bolesława Hartunga 2

Pomimo to jest on jednym z najbardziej opornych rolników w zakresie wywiązywania się z obowiązkowych dostaw i płacenia podatku gruntowego. Odbywał on karę 3 miesięcy aresztu za podrobienie decyzji o obowiązkowych dostawach. Był on również karany za kradzieże drzewa z lasu państwowego. W miejscu zamieszkania Józef Zakrzewski nie posiadał dobrej opinii, zwłaszcza z uwagi na swój despotyczny charakter i nieżyczliwość w stosunku do innych osób. A zatem ostatecznie 11 lipca 1970 roku zarówno Józef Zakrzewski, jak i jego najmłodszy syn, 23-letni Adam, dołączyli do Czesława w areszcie. W 1960 czy 1957 roku, kiedy doszło do wcześniejszych zabójstw, Adam był jeszcze dzieciakiem, nawet gdyby miał w nich jakiś swój udział, no to nie mógłby być za to sądzony.

I wydaje mi się, że mogła reprezentować po prostu podobny poziom moralny, co jej mąż i syn. Ale były jeszcze dwie inne kobiety, czyli żona Czesława i jego siostra. Jeśli chodzi o żonę, to ona od razu, kiedy milicja ją przesłuchiwała, powiedziała, że męża nie było z nią tamtej nocy, nie wie gdzie był. Oni zresztą przez większość czasu mieszkali osobno, ona u swoich rodziców, on u swoich. Ale żona Czesława miała o swoich teściach jak najgorsze mniemanie. Przez pewien czas po ślubie była zmuszona u nich zamieszkać i nie wspominała tego czasu najlepiej. Wręcz przeciwnie, teść był niezrównoważony, stosował przemocy wobec wszystkich domowników, regularnie bił swoich synów nawet jak już byli dorośli, nawet jak już Czesław był żonaty. Kilka razy podniósł też rękę na synową. No i była jeszcze córka. W czasie gdy doszło do zabójstwa Lipów ona już była mężatką, mieszkała oddzielnie.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.