Mentionsy Mentionsy
Słuchanocki
Słuchanocki

Dzieci z Bullerbyn. Cz.13

28.01.2026 ·54 min 2 s

Zwykle nie mam pecha z "13", ale jakoś ta część tak opornie wchodziła 😉Tak czy inaczej...TO JUŻ OSTATNIA CZĘŚĆ przygód szóstki dzieciaków z Bullerbyn. Jednym pewnie żal...inni odetchną z ulgą 😉Ostatnie rozdziały to:🔲 "WIŚNIOWA SPÓŁDZIELNIA"🔲 MOŻE ANNA I JA ZOSTANIEMY PIASTUNKAMI DO DZIECI🔲 ŁOWIMY RAKI Miłego słuchania!😊😊😊

Mieliśmy tyle wisień, że nie mogliśmy ich ani rusz zjeść, chociaż Britta, Anna i Olle pomagali nam w tym. Któregoś dnia Lasse chciał usłużyć sobie trochę wisień, więc nasypał ich pełną blachę i włożył do pieca. Potem poszedł kąpać się i zapomniał o tym. Gdy zajrzał do pieca, było tam tylko trochę czarnych, żałosnych pestek na blasze. – Tak się nie robi z wiśniami – powiedział wtedy. Siedzieliśmy któregoś wieczoru u dziadziusia i czytaliśmy mu gazetę. W gazecie napisane było, że w Sztokholmie litr wiśni kosztuje dwie korony. Lasse zmartwił się okropnie tym, że jego drzewo nie rośnie w Sztokholmie.

– Cóż to takiego będzie? – spytał wujek Emil. — Będziemy sprzedawać wiśnie — odpowiedział Lasse. Kosze zostawiliśmy na gangu przed sklepem. Olle stał i pilnował ich. — Wiśnie to pyszna rzecz — powiedział wujek Emil. — To może można kupić sobie trochę? — Pomyślcie, jak świetnie. Lasse wyszedł i przyniósł jeden z koszy, a wujek Emil wziął miarkę litrową i odmierzył sobie dwa litry. I dał nam za nie dwie korony. Powiedział, że taka jest cena wiśni w tych okolicach i dobrze się stało, że dowiedzieliśmy się o tym. Oddaliśmy Bossemu pieniądze pożyczone z jego skarbonki, a sporo nam jeszcze zostało.

Były to moje małe czarne wisienki. Ten tatuś opowiadał, że jadą daleko, daleko, aż za granicę. A to dopiero dziwne. Moje wiśnie miały jechać za granicę, gdy ja sama miałam zostać w Bullerbyn. Gdy powiedziałam to innym, las se odparł. E, dzieci zjedzą wiśnie o wiele wcześniej, niż dojadą za granicę. Rozumiesz to chyba? Uważałam mimo wszystko, że moje wiśnie dojadą za granicę. Nawet jeśli będą w żołądkach tych dzieci. Ojej, jak dużo wiśni sprzedaliśmy. Jeden pan kupił cały kosz. Był to koszyk Bossego. Ten pan powiedział, że jego żona zrobi z nich sok, bo on przepada za sokiem wiśniowym.

– spytał Olle. Miał on wielką chęć zająć się Kerstin sam, lecz musiał wydoić krowy i nakarmić prosięta i kury w czasie, gdy jego mama i tatuś byli na przyjęciu. Britta miała również ochotę pomóc przy Kerstin, lecz była okropnie przeziębiona. Leżała w łóżku i ledwie mogła mówić. Ciocia Lisa ucieszyła się okropnie, gdy dowiedziała się, że chcemy zająć się Kerstin. A Anna i ja cieszyłyśmy się jeszcze bardziej. Uszczypnęłam Annę i spytałam, czy to nie będzie przyjemne? A Anna uszczypnęła mnie również i powiedziała, Żeby już czym prędzej pojechali, mogłybyśmy już zacząć. Trwa to jednak zawsze ogromnie długo, zanim dorośli wybiorą się na przyjęcie.

Możesz być tego pewien. Dobrze, dobrze. Powiedział Olle. Pozwólcie jej robić, co chce. To nie będzie płakała. Tak, Olle z pewnością najlepiej wiedział, jak należy się obchodzić z jego siostrą, więc pozwoliłyśmy Kerstin stać w wózku i wołać hej, hej, ile tylko chciała. Musiałyśmy zrobić tak, że ja ciągnęłam wózek, a Anna biegła obok i chwytała Kerstin, ilekroć z niego wypadała. W ten sposób dojechałyśmy do głębokiego rowu i gdy tylko Kerstin zobaczyła ten rów, wylazła z łuska. – Zobaczymy, co ona ma zamiar zrobić – powiedziała Anna. – No i zobaczyłyśmy. Małe dzieci są doprawdy dziwne.

Wybiegłyśmy więc do Kerstin. Stała w łóżeczku zapłakana, lecz skoro tylko nas zobaczyła, powiedziała hej, hej i zaczęła skakać i śmiać się. — Tego dzieciaka nie boli brzucha, ani też nic innego — powiedziała Anna. — Chodź, pójdziemy sobie. Zamknęłyśmy więc znowu drzwi i usiadłyśmy przy stole kuchennym. I pociłyśmy się i słuchałyśmy, jak Kerstin wrzeszczy coraz głośniej i głośniej. Aż nagle zrobiło się zupełnie cicho. – O, jak przyjemnie – powiedziałam. Nareszcie zasnęła. Wzięłyśmy loteryjkę o Lego i zaczęłyśmy grać. I było bardzo przyjemnie. Dzieciaki powinny stale leżeć w łóżku, bo to przynajmniej wiadomo, co się z nimi dzieje, powiedziała Anna.

Nie warto jednak jęczeć, jeśli się jest zmęczonym, bo wtedy tatuś mówi, że ten kto narzeka nie może iść łowić raków, ani też nocować w lesie. Skoro tylko przyszliśmy nad jezioro, pobiegliśmy zaraz zobaczyć, czy zostało coś z szałasów, które zrobiliśmy w zeszłym roku. Lecz było tam tylko trochę uschniętego jałowca i innych rupieci, które uprzątnęliśmy. Britta, Anna i ja miałyśmy swój szałas pod dużym świerkiem. Gałęzie jego zwisały niemal do samej ziemi. Tatuś i wujek Erik zrąbali krzaki jałowca, a my ułożyliśmy je dookoła świerka tak, że tylko w jednym miejscu był otwór, przez który można było wleźć. Usłałyśmy sobie na ziemię niby materac z gałęzi świerkowych.

Pokazano wszystkie 7 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.