Mentionsy Mentionsy
Słuchanocki
Słuchanocki

Dzieci z Bullerbyn. Cz.13

28.01.2026 ·54 min 2 s

Zwykle nie mam pecha z "13", ale jakoś ta część tak opornie wchodziła 😉Tak czy inaczej...TO JUŻ OSTATNIA CZĘŚĆ przygód szóstki dzieciaków z Bullerbyn. Jednym pewnie żal...inni odetchną z ulgą 😉Ostatnie rozdziały to:🔲 "WIŚNIOWA SPÓŁDZIELNIA"🔲 MOŻE ANNA I JA ZOSTANIEMY PIASTUNKAMI DO DZIECI🔲 ŁOWIMY RAKI Miłego słuchania!😊😊😊

— Jeśli komuś potrzebny jest teraz sen, to właśnie nam — powiedziałam do Anny. Położyłyśmy Kerstin do łóżeczka. Wyszłyśmy i zamknęłyśmy drzwi do kuchni. Wówczas Kerstin zaczęła wrzeszczeć, jak tylko potrafiła najgłośniej. Próbowałyśmy udawać, że tego nie słyszymy, ale krzyczała wciąż głośniej i głośniej, więc w końcu Anna wetknęła do niej głowę i powiedziała. — Cicho! Bądź przybrzydły dzieciaku! To jasne, że do małych dzieci trzeba mówić łagodnie i uprzejmie, ale czasem to jakoś się nie udaje. Chociaż to prawda, co pisali w gazecie, że dzieci stają się nieznośne, gdy się na nie wrzeszczy. Tak przynajmniej było z Kerstin. Zaczęła wrzeszczeć jeszcze głośniej niż przedtem.

Zupełnie łagodnie i uprzejmie. Wyszłyśmy i zamknęłyśmy drzwi. Lecz... Masz tobie. Znowu zaczęła krzyczeć wniebogłosy. Nie. Teraz już mam tego dość. Powiedziała Anna. — Niech wrzeszczy! Usiadłyśmy przy stole kuchennym i próbowałyśmy rozmawiać. Ale czy nie udało się nam to zupełnie? Bo Kerstin krzyczała coraz głośniej i głośniej i głośniej. Był to taki krzyk, że pot na nas występował, gdy słuchałyśmy go. Czasami przez parę sekund było cicho, ale to tylko wtedy, gdy nabierała rozpędu do dalszego wrzasku. — Może ją coś boli — powiedziałam w końcu. — Ach, pomyśl, jeśli boli ją brzuszek — powiedziała Anna — to może być ślepakiszka lub coś takiego.

Wybiegłyśmy więc do Kerstin. Stała w łóżeczku zapłakana, lecz skoro tylko nas zobaczyła, powiedziała hej, hej i zaczęła skakać i śmiać się. — Tego dzieciaka nie boli brzucha, ani też nic innego — powiedziała Anna. — Chodź, pójdziemy sobie. Zamknęłyśmy więc znowu drzwi i usiadłyśmy przy stole kuchennym. I pociłyśmy się i słuchałyśmy, jak Kerstin wrzeszczy coraz głośniej i głośniej. Aż nagle zrobiło się zupełnie cicho. – O, jak przyjemnie – powiedziałam. Nareszcie zasnęła. Wzięłyśmy loteryjkę o Lego i zaczęłyśmy grać. I było bardzo przyjemnie. Dzieciaki powinny stale leżeć w łóżku, bo to przynajmniej wiadomo, co się z nimi dzieje, powiedziała Anna.

– spytałam w końcu. – Może – odpowiedziała Anna. Potem jednak zamyśliła się bardzo i patrzyła gdzieś daleko ponad dach obory i powiedziała. Ale tak zupełnie na pewno to jeszcze nie wiem. Łowimy raki. Głęboko w lesie jest jezioro, które nazywa się Ciche. W Cichym nie można się kąpać, bo jest w nim bardzo wiele mułu na dnie. Lecz można w nim łowić raki. Ojej, ile tam jest raków! Lasse mówi, że w całej Szwecji nie ma drugiego jeziora, które byłoby tak po brzegi zapchane rakami, jak Ciche.

Czasem Anna mówi do mnie. Jeziora w Zagrecie Północnym jest tylko moje. Biedna jesteś, to prawda, że nie masz jeziora. A wtedy ja mówię. Właśnie, że ja też mam jezioro. A Ciche to może nie jest jezioro? W każdym razie nie tylko twoje jezioro, bo ono jest wszystkich w Bullerbyn. Mówi Anna. Jest więc moje tak samo jak twoje. Właściwie to ja mam dwa jeziora. Wtedy wpadam w złość. I tego dnia nie bawię się już więcej z Anną. A następnego dnia zgadzamy się, że wszystko jedno czyje są jeziora, bo przecież kąpiemy się wszyscy w jeziorze w Zagrodzie Północnej i łowimy raki w cichym.

Nikomu innemu, prócz nas, którzy mieszkamy w Bullerbyn, nie wolno tam łowić raków i uważam, że tak jest dobrze. Raki wolno jest łowić dopiero w sierpniu. Ten dzień, gdy się to zaczyna, jest niemal tak przyjemny jak gwiazdka, bo tego dnia wolno nam wszystkim dzieciom z Bullerbyn, oprócz Kerstin oczywiście, iść z tatusiem i wujkiem Erikiem i wujkiem Nilsem nad Jezioro Ciche. Wieczorem zakładamy kosze na raki, a potem budujemy sobie szałasy w lesie i śpimy tam całą noc, a potem wstajemy bardzo, bardzo wcześnie następnego ranka i wypróżniamy kosze. Najprzyjemniejsze ze wszystkiego jest to, że możemy całą noc spać w lesie, bo ciche położone jest tak daleko od Bullerbyn, a droga do niego jest tak męcząca, mówi tatuś,

że nie warto wracać do domu, żeby pospać parę godzin. Co za szczęście, że Cicha leży daleko w głębi lasu, bo w przeciwnym razie mama z pewnością kazałaby nam wracać do domu i spać w łóżkach. Tak się boję, że dzieci się poprzeziębiają, mówi mama każdego roku. Eto, mówi tatuś. W tym roku też tak powiedział. A gdy to powiedział, poszliśmy. Trzeba iść więcej niż 5 km przez las, żeby dojść do cichego. A tylko mała, kręta ścieżka wiedzie do jeziora. Mieliśmy okropnie dużo rzeczy do niesienia. Kosze na raki i koce i plecaki z różnymi rzeczami w środku.

Zanim zdążyłyśmy wymyślić jakąś dobrą odpowiedź, zawołał nas wujek Nils i powiedział, że musimy przyjść pomóc przy łapaniu raków. Kosze na raki są zrobione z siatki i trzeba je co roku naprawiać. Zawsze są w nich tu i tam dziury, a dziur nie może być, bo raki przez nie wyłażą. Usiedliśmy na płycie skalnej nad jeziorkiem, reperowaliśmy koszy sznurkiem i rozmawialiśmy sobie przy tym i bardzo nam było wesoło. Słońce miało już wkrótce schować się i dookoła jeziora było bardzo pięknie i cicho. Oczywiście wtedy, gdy nie rozmawialiśmy. Ciche to piękne jezioro, powiedział tatuś.

Ogień odbijał się w wodzie i wyglądało to zupełnie tak, jak gdyby drugie ognisko płonęło w jeziorze. Dokoła w lesie było zupełnie ciemno i cicho. – Słyszę, jak chochlik skrada się na palcach, tam w głębi, pomiędzy drzewami – powiedział Lasse. Anna i ja przestraszyłyśmy się okropnie, ale Anna powiedziała – yy, przecież nie ma żadnych chochlików. Zaczęłyśmy jednak uważać, czy czasem nie usłyszymy, jak chochlik krąży w ciemnościach. Nie usłyszałyśmy jednak nic i powiedziałyśmy to Lasemu. — No bo one mają takie włochate stopy — powiedział Lasse. Przemykają się cichutko, stają za drzewami i patrzą na nas.

Dobra, ale będzie to oczywiście zależało od tego, jak się będą zachowywały, powiedział Bosse. Tak, muszą się nadzwyczaj grzecznie zachowywać, dorzucił Bosse. Gdy ogień zaczął dogasać, wujek Erik powiedział, że już najwyższy czas iść spać. Tatusiowie nie mieli szałasów, więc owinęli się kocami i leżeli przy ognisku. Britta, Anna i ja wczołgałyśmy się pod nasz piękny, pachnący świerk. Owinęłyśmy się też kocami i miałyśmy zamiar spać. Wówczas jednak usłyszałyśmy blisko jakieś ciche stąpanie. Krzyknęłam więc, kto to? – Chochlik – odpowiedział Lasse tak okropnym głosem, jaki tylko mógł z siebie wydobyć.

Gdy usłyszał, że idziemy zawołał. – A są raki tego roku w Cichym? Wówczas wujek Erik powiedział, że jest tam tyle raków, że czegoś podobnego dziadziuś nigdy nie widział. Lecz dziadziuś odpowiedział. – O, tak, tak. Akurat ja co złowiłem takie masy raków z Cichego w moim życiu. Usiedliśmy na trawie koło dziadziusia i opowiadaliśmy mu, jak przyjemnie zeszedł nam czas. Lasse otworzył blaszaną puszkę, w której chłopcy mieli swoje raki i przystawił dziadziusiowi do ucha, żeby posłuchał, jak raki łażą. To jest taki specjalny dźwięk, gdy raki łażą jedne po drugich.

Pokazano wszystkie 11 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.