Mentionsy Mentionsy
Słuchanocki
Słuchanocki

Dzieci z Bullerbyn. Cz.13

28.01.2026 ·54 min 2 s

Zwykle nie mam pecha z "13", ale jakoś ta część tak opornie wchodziła 😉Tak czy inaczej...TO JUŻ OSTATNIA CZĘŚĆ przygód szóstki dzieciaków z Bullerbyn. Jednym pewnie żal...inni odetchną z ulgą 😉Ostatnie rozdziały to:🔲 "WIŚNIOWA SPÓŁDZIELNIA"🔲 MOŻE ANNA I JA ZOSTANIEMY PIASTUNKAMI DO DZIECI🔲 ŁOWIMY RAKI Miłego słuchania!😊😊😊

Astrid Lindgren. Dzieci z Bullerbyn. Cz.13. Wiśniowa spółdzielnia. W Bullerbyn mamy bardzo dużo drzew wiśniowych. I w naszym ogrodzie, i w ogrodzie Anny i Britty, w ogrodzie Ollego nie ma drzew wiśniowych, a przynajmniej nie ma takich, na których byłyby ładne wiśnie. Za to w ogrodzie południowej mają drzewo z pysznymi gruszkami i dwa, na których rosną smaczne, małe, żółte śliweczki. Myślę, że największa czereśnia, jaka jest na świecie, rośnie pod oknem dziadziusia. To drzewo nazywa się czereśnią dziadziusia. Gałęzie jej zwisają niemal do samej ziemi.

Co roku jest obsypana wielkimi czereśniami. Dziadziuś mówi, że możemy jeść tyle czereśni, ile chcemy. Nie wolno nam jednak zrywać ich z najniższych gałęzi, bo te są dla Kerstin, żeby sobie mogła zrywać sama. Nie zrywa sobie sama, chociaż jest taka malutka. Ole musi jednak uważać na nią, bo połyka pestki. Robimy tak, jak dziadziuś nam mówi. Nie zrywamy czereśni z gałęzi kerstin. Możemy przecież wleźć na drzewo i zrywać dowoli. Jest tam mnóstwo wygodnych gałęzi konarów, na których można sobie usiąść i jeść. Można się opychać czereśniami, jak długo się chce, a w każdym razie dotąd, aż zacznie boleć brzuch.

Mieliśmy tyle wisień, że nie mogliśmy ich ani rusz zjeść, chociaż Britta, Anna i Olle pomagali nam w tym. Któregoś dnia Lasse chciał usłużyć sobie trochę wisień, więc nasypał ich pełną blachę i włożył do pieca. Potem poszedł kąpać się i zapomniał o tym. Gdy zajrzał do pieca, było tam tylko trochę czarnych, żałosnych pestek na blasze. – Tak się nie robi z wiśniami – powiedział wtedy. Siedzieliśmy któregoś wieczoru u dziadziusia i czytaliśmy mu gazetę. W gazecie napisane było, że w Sztokholmie litr wiśni kosztuje dwie korony. Lasse zmartwił się okropnie tym, że jego drzewo nie rośnie w Sztokholmie.

Pewnego dnia pastor z wielkiej wsi urządzał wielkie urodzinowe przyjęcie i zaprosił wszystkich z Bullerbyn. Ale oczywiście bez dzieci. Tylko mamę i tatusia i wujka Erika i ciocię Gretę i wujka Nilsa i ciocię Lisę. I dziadziusia też. Ciocia Lisa martwiła się, że nie będzie mogła pojechać ze wszystkimi przez Kerstin. Ktoś musiał przecież zająć się Kerstin. Wtedy Anna i ja powiedziałyśmy, że się nią zaopiekujemy. Chciałyśmy i tak zostać piastunkami do dzieci, gdy będziemy duże, więc trzeba, żebyśmy jak najprędzej zaczęły się wprawiać. – Czy koniecznie musicie wprawiać się na mojej siostrze?

Tylko dziadziuś był już gotowy od szóstej rano, mimo że mieli wyjechać dopiero o dziesiątej. Miał na sobie swoje piękne czarne ubranie i najlepszą koszulę. Gdy wujek Erik zaprzągł konie, dziadziuś wsiadł zaraz do bryczki i czekał, chociaż ciocia Greta nie zaczęła jeszcze wkładać na siebie swojej najładniejszej sukienki. – Czy cieszysz się, dziadziusiu, że jedziesz na przyjęcie? – spytała Anna. – Dziadziuś powiedział, że bardzo się cieszy. Mnie się jednak zdaje, że nie cieszył się znów tak bardzo, bo westchnął. – Oho, tak, tak, wszystkie te przyjęcia, na które człowiek wciąż musi jeździć. Wtedy wujek Erik powiedział, że upłynęło już 5 lat od czasu, gdy dziadziuś ostatnio był na przyjęciu, więc nie potrzebuje się żalać, że jest ich za wiele.

Śpiewaliśmy, aż nagle las zawołał. Widzę dymy z Bullerbyn! Wówczas wszyscy spostrzegliśmy dym, który unosił się ponad lasem. Był to dym z trzech kominów. Wiedzieliśmy więc, że w zagrodzie północnej i w zagrodzie środkowej i w zagrodzie południowej już nie śpią. A gdy uszliśmy jeszcze kawałek drogi, zobaczyliśmy cały Bullerbyn. Słońce odbijało się w szybach i było prześlicznie. — Strasznie mi szkoda ludzi, którzy nie mają gdzie mieszkać — powiedziałem do Anny. — A mnie szkoda jest tych, którzy nie mieszkają w Bullerbyn — powiedziała Anna. Dziadziuś już nie spał i siedział pod wiązem, który rośnie pośrodku trawnika przed zagrodą północną.

Gdy usłyszał, że idziemy zawołał. – A są raki tego roku w Cichym? Wówczas wujek Erik powiedział, że jest tam tyle raków, że czegoś podobnego dziadziuś nigdy nie widział. Lecz dziadziuś odpowiedział. – O, tak, tak. Akurat ja co złowiłem takie masy raków z Cichego w moim życiu. Usiedliśmy na trawie koło dziadziusia i opowiadaliśmy mu, jak przyjemnie zeszedł nam czas. Lasse otworzył blaszaną puszkę, w której chłopcy mieli swoje raki i przystawił dziadziusiowi do ucha, żeby posłuchał, jak raki łażą. To jest taki specjalny dźwięk, gdy raki łażą jedne po drugich.

To brzmi tak klir, klir. Dziadziuś słuchał i był bardzo zadowolony. Śmiał się i powiedział. Tak, tak. Od razu słychać, że to raki. Co do tego nie można się omylić. Alasę zapytał. Dziadziusiu, czy możemy sobie u ciebie urządzić dziś wieczorem ucztę rakową? Oho, tak, tak. Oczywiście możecie. Powiedział dziadziuś. Koniec części trzynastej i ostatniej.

Pokazano wszystkie 8 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.