Dzieci z Bullerbyn. Cz.13
Zwykle nie mam pecha z "13", ale jakoś ta część tak opornie wchodziła 😉Tak czy inaczej...TO JUŻ OSTATNIA CZĘŚĆ przygód szóstki dzieciaków z Bullerbyn. Jednym pewnie żal...inni odetchną z ulgą 😉Ostatnie rozdziały to:🔲 "WIŚNIOWA SPÓŁDZIELNIA"🔲 MOŻE ANNA I JA ZOSTANIEMY PIASTUNKAMI DO DZIECI🔲 ŁOWIMY RAKI Miłego słuchania!😊😊😊
Mieliśmy tyle wisień, że nie mogliśmy ich ani rusz zjeść, chociaż Britta, Anna i Olle pomagali nam w tym. Któregoś dnia Lasse chciał usłużyć sobie trochę wisień, więc nasypał ich pełną blachę i włożył do pieca. Potem poszedł kąpać się i zapomniał o tym. Gdy zajrzał do pieca, było tam tylko trochę czarnych, żałosnych pestek na blasze. – Tak się nie robi z wiśniami – powiedział wtedy. Siedzieliśmy któregoś wieczoru u dziadziusia i czytaliśmy mu gazetę. W gazecie napisane było, że w Sztokholmie litr wiśni kosztuje dwie korony. Lasse zmartwił się okropnie tym, że jego drzewo nie rośnie w Sztokholmie.
– Cóż to takiego będzie? – spytał wujek Emil. — Będziemy sprzedawać wiśnie — odpowiedział Lasse. Kosze zostawiliśmy na gangu przed sklepem. Olle stał i pilnował ich. — Wiśnie to pyszna rzecz — powiedział wujek Emil. — To może można kupić sobie trochę? — Pomyślcie, jak świetnie. Lasse wyszedł i przyniósł jeden z koszy, a wujek Emil wziął miarkę litrową i odmierzył sobie dwa litry. I dał nam za nie dwie korony. Powiedział, że taka jest cena wiśni w tych okolicach i dobrze się stało, że dowiedzieliśmy się o tym. Oddaliśmy Bossemu pieniądze pożyczone z jego skarbonki, a sporo nam jeszcze zostało.
Wujek Emil poczęstował nas cukierkami, a gdy Ole zobaczył to przez szybę w drzwiach wpadł do sklepu jako parzony. Gdy dostał cukierka wybiegł równie szybko z powrotem. Podziękowaliśmy bardzo wujkowi i poszliśmy. Przed sklepem zobaczyliśmy, że Olle zbiera wiśnie, które wysypały mu się na trawę. – Co ty robisz? – krzyknął Lasse ze złością. – Ja tylko oczyszczam twoje wiśnie – odpowiedział Olle z bardzo wystraszoną miną. Ale wysypał tylko kilka, więc nie było to nic takiego. Szosa samochodowa przebiega niedaleko od wielkiej wsi. Na jesieni i w zimie nie przejeżdża tędy zbyt wiele samochodów, przeważnie tylko ciężarówki.
Wtedy wszyscy wytarliśmy sobie nosy. Olle nie miał ze sobą chusteczki, więc wytarł nos w chusteczkę Bossego. Britta powiedziała, że wcale niełatwo było zobaczyć, czy Olle zabrudził chusteczkę na czarno, bo chusteczka Bossego była czarna od początku. Mimo, że kurzyło się tak przyjemnie, uważaliśmy wszyscy, że to bardzo przykre, że żaden samochód nie chce się zatrzymać. W końcu Lasse doszedł do wniosku, że stanęliśmy na szosie w głupim miejscu, zupełnie po środku prościutkiej drogi, gdzie samochody jechały całym pędem. Powinniśmy raczej przenieść się za zakręt, powiedział. Tak też zrobiliśmy.
Pomyśl, jakie to dziwne, powiedział potem Bosse, tylko po to, żeby się ze mną drażnić. Pomyśl, że z moich wiśni będzie sok wiśniowy, a ja sam nie będę sokiem wiśniowym. W końcu sprzedaliśmy wszystkie wiśnie, co do jednej. W pudełku od cygar, które wzięliśmy na pieniądze, mieliśmy 30 koron. Była to skrzynia mędrców, która nareszcie się na coś przydała. 30 koron to strasznie dużo pieniędzy. Podzieliliśmy je tak, że każdy dostał po 5 koron, bo nawet jeśli Britta, Anna i Olle nie mieli swoich wiśni, to przecież pomogli nam w każdym razie zrywać je i sprzedawać. Teraz gdy już nie macie wiśni w waszym ogrodzie, możecie jeść co tylko chcecie w naszym.
Powiedziała Britta. Dostaniecie ode mnie trochę śliwek, jak tylko dojrzeją. Powiedział Olle, gdy dostał pięć koron. Nigdy więc nie może powiedzieć, że podział był niesprawiedliwy. W drodze powrotnej do domu wstąpiliśmy do cukierni Wielkiej Wsi, gdzie zjedliśmy po ciastku i wypiliśmy po lemoniadzie. Stać nas było na to. Postanowiliśmy zaoszczędzić resztę pieniędzy. Moje ciastko przybrane było zielonym marcepanem i było pyszne. Gdy przyszliśmy do domu i gdy mama zobaczyła Lassego, Bossego i mnie, aż załamała ręce i powiedziała, że brudniejszej wiśniowej spółdzielni nie widziała nigdy. Chciała, żebyśmy zaraz poszli do budki nad jeziorem, porządnie się umyć.
Wówczas zanurzyliśmy się w jeziorze, żeby się ochłodzić. Ach, jakie to było przyjemne! Ochlapywaliśmy się nawzajem wodą, pływaliśmy i nurkowali. Gdy wyszliśmy z wody, nie było na nas śladu przecudnego kurzu, nawet we włosach. Powycieraliśmy w wodzie nosy, żeby pozbyć się również całego ślicznego kurzu z nosa. Pogoda była piękna. Usiedliśmy sobie nad brzegiem jeziora i wygrzewaliśmy się w słońcu. Fe, jak słońce świeci! Powiedział Lasse. A Olle roześmiał się i powiedział. Fe, jak ptaki śpiewają! Może Anna i ja zostaniemy piastunkami do dzieci?
– spytał Olle. Miał on wielką chęć zająć się Kerstin sam, lecz musiał wydoić krowy i nakarmić prosięta i kury w czasie, gdy jego mama i tatuś byli na przyjęciu. Britta miała również ochotę pomóc przy Kerstin, lecz była okropnie przeziębiona. Leżała w łóżku i ledwie mogła mówić. Ciocia Lisa ucieszyła się okropnie, gdy dowiedziała się, że chcemy zająć się Kerstin. A Anna i ja cieszyłyśmy się jeszcze bardziej. Uszczypnęłam Annę i spytałam, czy to nie będzie przyjemne? A Anna uszczypnęła mnie również i powiedziała, Żeby już czym prędzej pojechali, mogłybyśmy już zacząć. Trwa to jednak zawsze ogromnie długo, zanim dorośli wybiorą się na przyjęcie.
O, tak, malutka Kerstin, teraz chyba siedzisz wygodnie. Mówiła dalej. Kerstin była jednak innego zdania. Chciała stać wyprostowana w wózku i skakać w górę i w dół i mówić hej, hej. W ten sposób nie mogłyśmy jej przecież wieść. — Zdaje mi się, że będziemy musiały ją przywiązać — powiedziałam. Wzięłyśmy więc grupy sznurek i przywiązałyśmy ją. Lecz gdy Kerstin nie mogła stać w wózku i skakać i wołać hej, hej, zaczęła się tak drzeć, że słychać ją było z daleka. Olle nadbiegł natychmiast pędem z obory i krzyknął. — Co robicie? Bijecie ją? — Nie bijemy jej, głuptasie — powiedziałam. — Mówimy do niej łagodnie i uprzejmie.
Możesz być tego pewien. Dobrze, dobrze. Powiedział Olle. Pozwólcie jej robić, co chce. To nie będzie płakała. Tak, Olle z pewnością najlepiej wiedział, jak należy się obchodzić z jego siostrą, więc pozwoliłyśmy Kerstin stać w wózku i wołać hej, hej, ile tylko chciała. Musiałyśmy zrobić tak, że ja ciągnęłam wózek, a Anna biegła obok i chwytała Kerstin, ilekroć z niego wypadała. W ten sposób dojechałyśmy do głębokiego rowu i gdy tylko Kerstin zobaczyła ten rów, wylazła z łuska. – Zobaczymy, co ona ma zamiar zrobić – powiedziała Anna. – No i zobaczyłyśmy. Małe dzieci są doprawdy dziwne.
Wydaje się, że nie mogą one biec prędko na swoich małych nóżkach, ale wcale tak nie jest. Jeśli zajdzie tego pod szyba, to małe dziecko może biec prędzej niż królik. Przynajmniej Kerstin. Powiedziała hej, hej i popędziła prosto w dół do rowu, zanim zdążyłyśmy chociażby mrugnąć. Poślizgnęła się i upadła głową do wody. Wprawdzie Olle powiedział, żeby robiła co zechce i być może chciała teraz leżeć w rowie, ale pomyślałyśmy sobie, że najlepiej jednak będzie ją stamtąd wyciągnąć. Była zupełnie mokra, krzyczała i patrzyła na nas ze złością. Zupełnie jak gdyby to była nasza wina, że się tam wtarabaniła. Mówiłyśmy jednak do niej łagodnie i uprzejmie.
Posadziłyśmy ją do wózka i pojechałyśmy z nią do domu, żeby jej włożyć suche ubranie. Beczała całą drogę. Olle wpadł w okropną złość, gdy zobaczył, jak Kerstin wygląda. — Co wy właściwie wyprawiacie? — krzyczał. — Czy chciałyście ją utopić? Wówczas Anna powiedziała mu, żeby był grzeczny i mówił do nas uprzejmie i łagodnie, bo my też jesteśmy dziećmi. Chociaż dość dużymi oczywiście. Kerstin podbiegła do Olego i objęła go rączkami za nogi. I krzyczała i chciała, żeby ją pocieszał. Więc Anna i ja czułyśmy się tak, jak gdybyśmy naprawdę chciały ją utopić. Olle pomógł nam wyszukać suche ubranie dla Kerstin.
Kerstin skorzystała z okazji i wymknęła się przez uchylone drzwi. Była już w połowie drogi do obory, gdy dogoniłyśmy ją. Olle wytknął głowę przez wrota obory. – Czyście rozum straciły? – krzyczał. – Pozwalacie jej biegać bez majtek? – Wyobraź sobie, że jej nie pozwalamy – powiedziała Anna. – Wcale nas nie pytała o pozwolenie, jeśli chcesz wiedzieć. Zabrałyśmy Kerstin do domu i włożyłyśmy jej suche majtki, lecz wywijała się w prawo i w lewo i krzyczała przez cały czas. – Teraz będziesz tak dobra i postoisz spokojnie – powiedziała Anna. Prawie łagodnie i uprzejmie, ale niezupełnie.
Nie wiedziałyśmy, jak się zmywa pastę do butów i postanowiłyśmy spytać o to Brittę. Anna, która już była cała upaćkana, miała stać i trzymać Kerstin przy kominku przez ten czas, gdy ja pobiegnę się zapytać. Gdy mówiłam Brittcie, co Kerstin zrobiła, odezwała się tylko. — Tak, kiepskie z was piastunki. Potem wytarła sobie nos, odwróciła się do ściany i powiedziała, że jest chora i że nie wie, jak się wywabia plamy od pasty do butów. W tym czasie Olle wrócił z obory i wpadł w prawdziwy szał, gdy zobaczył, jak Kerstin wygląda. – Czy postradałeś się rozum? – krzyczał. – Pomalowałeś się na czarno? – Próbowałyśmy mu wytłumaczyć, że to nie nasza wina.
Lecz Olle był w ścieku i powiedział, że to powinno być zabronione, by takie jak my miały zostać piastunkami do dzieci i że w każdym razie możemy postarać się o inne dziecko, na którym będziemy się wprawiać. Potem pomagaliśmy sobie nawzajem przy zagrzaniu wody w kociołku i wyniesieniu go na trawę i wsadzeniu do niego Kerstin. Gdy Kerstin szła po podłodze, zostawiała na niej śliczne, małe, czarne ślady stópek. Wsadziłyśmy ją do kociołka i szarowałyśmy porządnie od góry do dołu. Umyłyśmy jej również włosy, a wówczas trochę mydła dostało jej się do oczu. Wrzeszczała tak okropnie, że słychać to było w całym Bullerbyn. A Lasse i Bosse przybiegli i pytali, czy zażynamy prosiaka.
— Nie — powiedział Olle. — To tylko te dwie świetne piastunki się wprawiają. Pasty do butów nie udało nam się zmyć tak zupełnie. Gdy wyszorowałyśmy ją i wytarły Kerstin, była dziwnego szarego koloru na całym ciele. Była jednak bardzo zadowolona. Biegała zupełnie golutka po trawie i wołała hej, hej i śmiała się tak, że widać było wszystkie ziarnka ryżu w jej buzi. Jakiż to rozkoszny dzieciak, powiedział Olle. Przypuszczaliśmy, że ten szary kolor z pewnością zetrze się powoli, tak że różowe dziecko, które jest pod spodem znów wyjdzie na wierzch. Raz se przypuszczał, że pewnie gdzieś koło gwiazdki. Potem Olle położył Kerstin do łóżeczka.
Nie pisnęła nawet. Włożyła tylko duży palec do buzi i momentalnie usnęła. – Tak trzeba postępować z dziećmi – powiedział Olle i wyszedł nakarmić prosięta. Anna i ja usiadłyśmy sobie na schodach kuchennych i odpoczywałyśmy. – Biedna ciocia Lisa. Ona ma tak co dzień – wystchnęłam. – Wiesz, co myślę? – powiedziała Anna. Myślę, że to wszystko, co napisane było w gazecie, to kłamstwo. Bo to zupełnie wszystko jedno, jak się mówi do małych dzieci. Czy się mówi łagodnie i uprzejmie, czy się na nie krzyczy. Robią i tak, co chcą. Potem milczałyśmy przez długą chwilę. – Anno, czy ty zostaniesz piastonką do dzieci, gdy będziesz duża?
Gdy skończyłyśmy urządzać nasz szałas, poszłyśmy obejrzeć szałas chłopców. Oni go robią zawsze w szczelinie skalnej, nad którą układają gałęzie i świerczynę w ten sposób, że tworzą one nad nią jakby dach. No i śpią oczywiście na gałęziach choiny. – Byłoby świetnie, gdyby można mieć trochę spokoju i gdyby dziewczynki tu nie przychodziły – powiedział Lasse, gdy przyszłyśmy. Wówczas Bosse i Olle również powiedzieli, że byłoby świetnie, gdyby dziewczynki dały im święty spokój. – Ależ proszę bardzo – zgodziła się Britta. Dobrze się nawet składa, bo mamy o wiele lepszy szałas od waszej rudery. Wtedy Lasse, Bosse i Jolle zaczęli się śmiać i powiedzieli, że jest im nas okropnie żal, ponieważ nie mamy w ogóle pojęcia, jak się buduje szałasy.
Wujek Erik gwizdze tak ślicznie. Może gwizdać jak ptak, jeśli zechce. Pomyślałam sobie, że jeśli naprawdę są w lesie chochliki, to z pewnością dziwią się, dlaczego siedzimy w nocy wokół ogniska i dlaczego wujek Erik nam gwizdze. Wujek Erik i tatuś i wujek Nils opowiadali różne historie. Śmieliśmy się bardzo, bo to były bardzo śmieszne historie. Lasse, Bosse i Olle wzięli swoje latarki kieszonkowe i zeszli w dół nad wodę. Szukali raków. Znaleźli 23 raki, które włożyli do blaszanego pudełka, a Lasse powiedział do Bossego i Ollego. Jeśli dziewczynki będą grzeczne i będą się po ludzku zachowywały, to zaprosimy je na ucztę rakową jutro wieczorem.
Ale słońce świeciło, więc wyszłyśmy z szałasu, zabijając ręce dla rozgrzewki. Wzięłyśmy po kawałku placka i dostałyśmy od tatusia ciepłego kakao. Nad jeziorem leżała mgła, lecz wkrótce znikła. Tatuś, Lasse i ja wsiedliśmy do jednej łodzi, a wujek Eric i wujek Nils, Britta i Anna i Olle do drugiej i powiosłowaliśmy po kosze. Żal mi jest naprawdę wszystkich ludzi, którzy nigdy o godzinie 4 rano nie pływali po jeziorze i nie zbierali koszy na raki. Niemal we wszystkich koszach pełno było raków. Lasse, Bosse i Olle nie boją się brać raków do ręki, lecz ja się boję. Bosse wziął jednego raka i siedział i przyglądał mu się, aż w pewnej chwili wpuścił go z powrotem do jeziora.
– Czyś ty zwariował? – krzyknął Lasse. – Siedzisz sobie i wrzucasz raki do wody? – Takie miał jakieś smutne oczy – powiedział Bosse. – Jakiś ty głupi. Powiedział Lasse. Teraz on będzie się rozbijał w wodzie i rozplotkuje to wszystkim innym rakom w jeziorze. I w końcu nie będziemy już mogli złowić więcej raków w tym roku. Dlaczego go wypuściłeś? Miał takie smutne oczy. Powtórzył znów Bosse. W tej samej chwili spotkaliśmy drugą łódź, więc zawołaliśmy do Ollego, Brittany i Anny. Czy macie dużo raków? — Cała Łódź jest prawie pełna! — krzyknął Olle.
Pokazano wszystkie 21 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Zwykle nie mam pecha z "13", ale jakoś ta część tak opornie wchodziła 😉
Tak czy inaczej...
TO JUŻ OSTATNIA CZĘŚĆ przygód szóstki dzieciaków z Bullerbyn. Jednym pewnie żal...inni odetchną z ulgą 😉
Ostatnie rozdziały to:
🔲 "WIŚNIOWA SPÓŁDZIELNIA"
🔲 MOŻE ANNA I JA ZOSTANIEMY PIASTUNKAMI DO DZIECI
🔲 ŁOWIMY RAKI
Miłego słuchania!😊😊😊