Dzieci z Bullerbyn. Cz.13
Zwykle nie mam pecha z "13", ale jakoś ta część tak opornie wchodziła 😉Tak czy inaczej...TO JUŻ OSTATNIA CZĘŚĆ przygód szóstki dzieciaków z Bullerbyn. Jednym pewnie żal...inni odetchną z ulgą 😉Ostatnie rozdziały to:🔲 "WIŚNIOWA SPÓŁDZIELNIA"🔲 MOŻE ANNA I JA ZOSTANIEMY PIASTUNKAMI DO DZIECI🔲 ŁOWIMY RAKI Miłego słuchania!😊😊😊
Co roku bolą nas brzuchy, gdy przychodzi pora czereśni. Potem za to nie bolą nas aż do pory dojrzewania śliwek. Lasse, Bosse i ja, każde z nas ma swoje drzewo wiśniowe. Moja wisienka nie jest duża, lecz rosną na niej pyszne małe czarne wisienki. W tym roku miała wprost nieludzko dużo owoców. I drzewa Lassego i Bossego też. Wiśnie można suszyć i przechowywać na zimę. Mama zawsze to robi. Wysypuje wiśnie na blachę i wkłada je do ciepłego pieca. Wówczas robią się suche i pomarszczone, a mama może je przechowywać jak długo zechce i robić z nich w zimie zupę owocową.
Mieliśmy tyle wisień, że nie mogliśmy ich ani rusz zjeść, chociaż Britta, Anna i Olle pomagali nam w tym. Któregoś dnia Lasse chciał usłużyć sobie trochę wisień, więc nasypał ich pełną blachę i włożył do pieca. Potem poszedł kąpać się i zapomniał o tym. Gdy zajrzał do pieca, było tam tylko trochę czarnych, żałosnych pestek na blasze. – Tak się nie robi z wiśniami – powiedział wtedy. Siedzieliśmy któregoś wieczoru u dziadziusia i czytaliśmy mu gazetę. W gazecie napisane było, że w Sztokholmie litr wiśni kosztuje dwie korony. Lasse zmartwił się okropnie tym, że jego drzewo nie rośnie w Sztokholmie.
Stanąłbym sobie wówczas na rogu ulicy i sprzedawałbym wiśnie i byłbym bogaty jak król. Powiedział. Próbowaliśmy obliczyć, ile pieniędzy zarobilibyśmy, gdyby nasze drzewa rosły w Sztokholmie. Wyszło tak okropnie dużo, że Lasse aż zbladł, gdy o tym pomyślał. Gdyby jezioro Zagrody Północnej było na Saharze, to też mogłabym sprzedawać wodę po dwie korony za litr. Powiedziała Britta, która uważała, że Lasse jest głupi. Staje się, że las nie spał w nocy, tylko leżał i rozmyślał o tym, że w Sztokholmie można byłoby dostać dwie korony za litr wiśni. Następnego bowiem dnia powiedział, że ma zamiar otworzyć sklep z wiśniami na dole przy szosie, która jest po drugiej stronie wielkiej wsi.
– Cóż to takiego będzie? – spytał wujek Emil. — Będziemy sprzedawać wiśnie — odpowiedział Lasse. Kosze zostawiliśmy na gangu przed sklepem. Olle stał i pilnował ich. — Wiśnie to pyszna rzecz — powiedział wujek Emil. — To może można kupić sobie trochę? — Pomyślcie, jak świetnie. Lasse wyszedł i przyniósł jeden z koszy, a wujek Emil wziął miarkę litrową i odmierzył sobie dwa litry. I dał nam za nie dwie korony. Powiedział, że taka jest cena wiśni w tych okolicach i dobrze się stało, że dowiedzieliśmy się o tym. Oddaliśmy Bossemu pieniądze pożyczone z jego skarbonki, a sporo nam jeszcze zostało.
Wujek Emil poczęstował nas cukierkami, a gdy Ole zobaczył to przez szybę w drzwiach wpadł do sklepu jako parzony. Gdy dostał cukierka wybiegł równie szybko z powrotem. Podziękowaliśmy bardzo wujkowi i poszliśmy. Przed sklepem zobaczyliśmy, że Olle zbiera wiśnie, które wysypały mu się na trawę. – Co ty robisz? – krzyknął Lasse ze złością. – Ja tylko oczyszczam twoje wiśnie – odpowiedział Olle z bardzo wystraszoną miną. Ale wysypał tylko kilka, więc nie było to nic takiego. Szosa samochodowa przebiega niedaleko od wielkiej wsi. Na jesieni i w zimie nie przejeżdża tędy zbyt wiele samochodów, przeważnie tylko ciężarówki.
W lecie za to jest ich moc, bo ludzie chcą zobaczyć, jak tu jest ładnie. – Jeżeli w ogóle mogą coś zobaczyć, jadąc z taką dziką szybkością – powiedział Lasse, gdy pierwszy samochód przemknął koło nas. Zrobiliśmy duży szyld, na którym napisane było wiiśnie i podnosiliśmy go do góry, ilekroć przejeżdżał jakiś samochód. Lecz samochody mijały nas tylko w dzikim pędzie. Ci, którzy siedzą w samochodzie, myślą z pewnością, że na szyldzie napisane jest jechać ostrożnie lub coś w tym rodzaju, powiedział Lasse i dlatego pędzą z taką wariacką szybkością. W Polsce uważał, że to bardzo przyjemne tak przyglądać się jak śmigają w takim pędzie.
Zapomniał prawie o wiśniach. Oczy zrobiły mu się zupełnie okrągłe i gapił się tak na przejeżdżające auta. Rozpoznawał markę każdego samochodu. Usiadł na skraju szosy i udawał, że prowadzi samochód i próbował walczyć jak motor. A w pewnej chwili powiedział, że musi z pewnością być jakiś defekt w motorze, bo słychać w nim jakiś turkot. Ech, bo to w ogóle nie warczy motor, to warczy jak bossy, powiedziała Britta. Lassie był zły, że samochody nie chciały się zatrzymać i powiedział. Poczekajcie, ja ich nauczę. Gdy nadjechał następny samochód, Lasse wyskoczył na sam środek szosy, podniósł szyld i nie odskoczył, aż dopiero w ostatniej chwili.
Wówczas samochód zatrzymał się z okropnym zgrzytem i wygramolił się z niego jakiś człowiek, który chwycił Lassego za ramię i powiedział, że powinien dostać takie lanie, żeby nie mógł usiąść. — Nie waż się robić tego po raz drugi — powiedział. Lasse obiecał mu, że już tego nie zrobi. I wyobraźcie sobie, że wtedy ten człowiek kupił od nas litr wisień i pojechał sobie dalej. Na szosie był okropny kurz. Przykryliśmy wiśnie papierem, co było bardzo rozsądne z naszej strony, ale siebie samych nie mogliśmy przecież poprzykrywać. Gdy samochody mijały nas, wznosiła się za nimi czarna chmura kurzu i cały ten kurz leciał na nas.
Kto to postanowił, że ma się lubić, gdy słońce świeci, a nie lubić, gdy się kurzy? Wówczas postanowiliśmy, że będziemy lubić, gdy się kurzy. I gdy następny samochód przejeżdżał i cały kurz dmuchnął na nas tak, że ledwie mogliśmy widzieć się nawzajem, Lasse powiedział. – Ach, jak dzisiaj pięknie się kurzy! Britta przyznała. – Tak, a na tej szosie ślicznie się kurzy, przepięknie!
Wtedy wszyscy wytarliśmy sobie nosy. Olle nie miał ze sobą chusteczki, więc wytarł nos w chusteczkę Bossego. Britta powiedziała, że wcale niełatwo było zobaczyć, czy Olle zabrudził chusteczkę na czarno, bo chusteczka Bossego była czarna od początku. Mimo, że kurzyło się tak przyjemnie, uważaliśmy wszyscy, że to bardzo przykre, że żaden samochód nie chce się zatrzymać. W końcu Lasse doszedł do wniosku, że stanęliśmy na szosie w głupim miejscu, zupełnie po środku prościutkiej drogi, gdzie samochody jechały całym pędem. Powinniśmy raczej przenieść się za zakręt, powiedział. Tak też zrobiliśmy.
Stanęliśmy trochę dalej, w miejscu, gdzie były dwa duże zakręty. Jeden po drugim. Wpadliśmy też na pomysł, żeby stanąć w rząd wzdłuż drogi, trzymać się za ręce i podnosić ramiona w górę i w dół, gdy nadjeżdżał samochód. – Teraz powinno się udać – powiedział Lasse. Tak też było. Prawie każdy samochód się zatrzymywał. W pierwszym, który się zatrzymał, siedział jakiś tatuś i mamusia i czworo dzieci. I wszystkie dzieci krzyczały, że chcą wiśni. Ich tatuś kupił im trzy litry wiśni, a ich mamusia powiedziała. Ach, jakie to świetne, bo nam się tak chce jeść i pić.
Wówczas zanurzyliśmy się w jeziorze, żeby się ochłodzić. Ach, jakie to było przyjemne! Ochlapywaliśmy się nawzajem wodą, pływaliśmy i nurkowali. Gdy wyszliśmy z wody, nie było na nas śladu przecudnego kurzu, nawet we włosach. Powycieraliśmy w wodzie nosy, żeby pozbyć się również całego ślicznego kurzu z nosa. Pogoda była piękna. Usiedliśmy sobie nad brzegiem jeziora i wygrzewaliśmy się w słońcu. Fe, jak słońce świeci! Powiedział Lasse. A Olle roześmiał się i powiedział. Fe, jak ptaki śpiewają! Może Anna i ja zostaniemy piastunkami do dzieci?
Lecz Olle był w ścieku i powiedział, że to powinno być zabronione, by takie jak my miały zostać piastunkami do dzieci i że w każdym razie możemy postarać się o inne dziecko, na którym będziemy się wprawiać. Potem pomagaliśmy sobie nawzajem przy zagrzaniu wody w kociołku i wyniesieniu go na trawę i wsadzeniu do niego Kerstin. Gdy Kerstin szła po podłodze, zostawiała na niej śliczne, małe, czarne ślady stópek. Wsadziłyśmy ją do kociołka i szarowałyśmy porządnie od góry do dołu. Umyłyśmy jej również włosy, a wówczas trochę mydła dostało jej się do oczu. Wrzeszczała tak okropnie, że słychać to było w całym Bullerbyn. A Lasse i Bosse przybiegli i pytali, czy zażynamy prosiaka.
– spytałam w końcu. – Może – odpowiedziała Anna. Potem jednak zamyśliła się bardzo i patrzyła gdzieś daleko ponad dach obory i powiedziała. Ale tak zupełnie na pewno to jeszcze nie wiem. Łowimy raki. Głęboko w lesie jest jezioro, które nazywa się Ciche. W Cichym nie można się kąpać, bo jest w nim bardzo wiele mułu na dnie. Lecz można w nim łowić raki. Ojej, ile tam jest raków! Lasse mówi, że w całej Szwecji nie ma drugiego jeziora, które byłoby tak po brzegi zapchane rakami, jak Ciche.
Gdy skończyłyśmy urządzać nasz szałas, poszłyśmy obejrzeć szałas chłopców. Oni go robią zawsze w szczelinie skalnej, nad którą układają gałęzie i świerczynę w ten sposób, że tworzą one nad nią jakby dach. No i śpią oczywiście na gałęziach choiny. – Byłoby świetnie, gdyby można mieć trochę spokoju i gdyby dziewczynki tu nie przychodziły – powiedział Lasse, gdy przyszłyśmy. Wówczas Bosse i Olle również powiedzieli, że byłoby świetnie, gdyby dziewczynki dały im święty spokój. – Ależ proszę bardzo – zgodziła się Britta. Dobrze się nawet składa, bo mamy o wiele lepszy szałas od waszej rudery. Wtedy Lasse, Bosse i Jolle zaczęli się śmiać i powiedzieli, że jest im nas okropnie żal, ponieważ nie mamy w ogóle pojęcia, jak się buduje szałasy.
Ogień odbijał się w wodzie i wyglądało to zupełnie tak, jak gdyby drugie ognisko płonęło w jeziorze. Dokoła w lesie było zupełnie ciemno i cicho. – Słyszę, jak chochlik skrada się na palcach, tam w głębi, pomiędzy drzewami – powiedział Lasse. Anna i ja przestraszyłyśmy się okropnie, ale Anna powiedziała – yy, przecież nie ma żadnych chochlików. Zaczęłyśmy jednak uważać, czy czasem nie usłyszymy, jak chochlik krąży w ciemnościach. Nie usłyszałyśmy jednak nic i powiedziałyśmy to Lasemu. — No bo one mają takie włochate stopy — powiedział Lasse. Przemykają się cichutko, stają za drzewami i patrzą na nas.
— E, na pewno tego nie robią — powiedziałam i przysunęłam się nieco bliżej Anny. — Ależ mówię ci, że tak. Powiedział Lasse. Cały las jest pełen oczu chochlików, które teraz się w nas wpatrują. Nie mają one odwagi zbliżyć się do nas, bo boją się ognia. Wtedy tatuś powiedział, żeby Lasse przestał wmawiać dziewczynkom rzeczy, które nie są prawdą. Potem dołożył gałęzi do ogniska, które strzeliło płomieniem i ślicznie się rozjaśniło. Ja nie wierzę w to, że chochliki istnieją naprawdę. Na wszelki jednak wypadek wdrapałam się tatusiowi na kolana, a Anna usiadła na kolanach wujka Erika. A wujek Erik zaczął gwizdać.
Wujek Erik gwizdze tak ślicznie. Może gwizdać jak ptak, jeśli zechce. Pomyślałam sobie, że jeśli naprawdę są w lesie chochliki, to z pewnością dziwią się, dlaczego siedzimy w nocy wokół ogniska i dlaczego wujek Erik nam gwizdze. Wujek Erik i tatuś i wujek Nils opowiadali różne historie. Śmieliśmy się bardzo, bo to były bardzo śmieszne historie. Lasse, Bosse i Olle wzięli swoje latarki kieszonkowe i zeszli w dół nad wodę. Szukali raków. Znaleźli 23 raki, które włożyli do blaszanego pudełka, a Lasse powiedział do Bossego i Ollego. Jeśli dziewczynki będą grzeczne i będą się po ludzku zachowywały, to zaprosimy je na ucztę rakową jutro wieczorem.
Dobra, ale będzie to oczywiście zależało od tego, jak się będą zachowywały, powiedział Bosse. Tak, muszą się nadzwyczaj grzecznie zachowywać, dorzucił Bosse. Gdy ogień zaczął dogasać, wujek Erik powiedział, że już najwyższy czas iść spać. Tatusiowie nie mieli szałasów, więc owinęli się kocami i leżeli przy ognisku. Britta, Anna i ja wczołgałyśmy się pod nasz piękny, pachnący świerk. Owinęłyśmy się też kocami i miałyśmy zamiar spać. Wówczas jednak usłyszałyśmy blisko jakieś ciche stąpanie. Krzyknęłam więc, kto to? – Chochlik – odpowiedział Lasse tak okropnym głosem, jaki tylko mógł z siebie wydobyć.
Wyjrzałyśmy przez otwór pomiędzy gałęziami i zobaczyłyśmy chłopców, którzy stali przed szałasem i świecili latarkami. Powiedzieli, że przyszli obejrzeć nasz szałas. Wczołgali się też po kolei do środka. Zmieściliśmy się wszyscy, chociaż było trochę ciasno. Powiedzieli, że nasz szałas jest dość dobry, chociaż oczywiście nie tak dobry jak ich. Potem powyłazili, a Lasse powiedział Trzeba przyznać, że ten szałas jest zupełnie przyjemny. Chociaż nie wydaje mi się, żeby był zabezpieczony od chorików. Gdy chłopcy poszli, próbowałyśmy zasnąć. Z początku rozmawiałyśmy, ale brzmi to tak dziwnie, gdy się nocą leży w lesie i rozmawia.
Ale słońce świeciło, więc wyszłyśmy z szałasu, zabijając ręce dla rozgrzewki. Wzięłyśmy po kawałku placka i dostałyśmy od tatusia ciepłego kakao. Nad jeziorem leżała mgła, lecz wkrótce znikła. Tatuś, Lasse i ja wsiedliśmy do jednej łodzi, a wujek Eric i wujek Nils, Britta i Anna i Olle do drugiej i powiosłowaliśmy po kosze. Żal mi jest naprawdę wszystkich ludzi, którzy nigdy o godzinie 4 rano nie pływali po jeziorze i nie zbierali koszy na raki. Niemal we wszystkich koszach pełno było raków. Lasse, Bosse i Olle nie boją się brać raków do ręki, lecz ja się boję. Bosse wziął jednego raka i siedział i przyglądał mu się, aż w pewnej chwili wpuścił go z powrotem do jeziora.
– Czyś ty zwariował? – krzyknął Lasse. – Siedzisz sobie i wrzucasz raki do wody? – Takie miał jakieś smutne oczy – powiedział Bosse. – Jakiś ty głupi. Powiedział Lasse. Teraz on będzie się rozbijał w wodzie i rozplotkuje to wszystkim innym rakom w jeziorze. I w końcu nie będziemy już mogli złowić więcej raków w tym roku. Dlaczego go wypuściłeś? Miał takie smutne oczy. Powtórzył znów Bosse. W tej samej chwili spotkaliśmy drugą łódź, więc zawołaliśmy do Ollego, Brittany i Anny. Czy macie dużo raków? — Cała Łódź jest prawie pełna! — krzyknął Olle.
Gdy usłyszał, że idziemy zawołał. – A są raki tego roku w Cichym? Wówczas wujek Erik powiedział, że jest tam tyle raków, że czegoś podobnego dziadziuś nigdy nie widział. Lecz dziadziuś odpowiedział. – O, tak, tak. Akurat ja co złowiłem takie masy raków z Cichego w moim życiu. Usiedliśmy na trawie koło dziadziusia i opowiadaliśmy mu, jak przyjemnie zeszedł nam czas. Lasse otworzył blaszaną puszkę, w której chłopcy mieli swoje raki i przystawił dziadziusiowi do ucha, żeby posłuchał, jak raki łażą. To jest taki specjalny dźwięk, gdy raki łażą jedne po drugich.
Pokazano wszystkie 23 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Zwykle nie mam pecha z "13", ale jakoś ta część tak opornie wchodziła 😉
Tak czy inaczej...
TO JUŻ OSTATNIA CZĘŚĆ przygód szóstki dzieciaków z Bullerbyn. Jednym pewnie żal...inni odetchną z ulgą 😉
Ostatnie rozdziały to:
🔲 "WIŚNIOWA SPÓŁDZIELNIA"
🔲 MOŻE ANNA I JA ZOSTANIEMY PIASTUNKAMI DO DZIECI
🔲 ŁOWIMY RAKI
Miłego słuchania!😊😊😊