Sprawa z Villisca - Zagadki Historii - Mystery Cabin
Historia zbrodni w Villisca, Iowa: w 1912 roku 8 osób w jednym domu zostało zamordowanych siekierą podczas snu. Tylko detale na miejscu zbrodni mogą sugerować, o co chodziło sprawcy; jednak sama sprawa pozostała do dzisiaj niewyjaśniona.
Na parterach starych budynków ludzie prowadzili sklepy, firmy, do miasteczka prawie 30 razy dziennie podjeżdżały pociągi. Jednym z aktywnych przedsiębiorców w Villisce był Josiah B. Moore, zwykle zwany Joe. Urodził się 29 grudnia 1868 roku w Illinois. Przyprowadził się do Williski w wieku 31 lat w 1899 roku. 6 grudnia tego samego roku wziął ślub z 26-letnią wówczas Sarą Montgomery, która mieszkała w Willisce z rodzicami i siostrą. Z biegiem lat rodzina powitała na świecie czwórkę dzieci. Kiedy już urodziło im się pierwsze i drugie dziecko, w 1903 roku Państwo Moore kupili dom w miasteczku.
W środku dnia, gdzieś między 14 a 15 odbywała się jeszcze ostatnia próba wieczornego wystąpienia, więc najmłodsi wierni musieli praktycznie przez cały dzień krążyć wokół kościoła i co chwilę do niego wracać. Dla czwórki dzieci państwa Moore nie było to problemem, bo ich dom znajdował się zaledwie 350 metrów od kościoła. Mijały dwa skrzyżowania, jakieś pięć minut prostą drogą i były na miejscu. Takiego samego komfortu nie miały natomiast córki i synowie rolników z gospodarstw położonych wokół miasteczka. Wśród takich dzieci były dwie przyjaciółki dziesięcioletniej Catherine Moore, dwunastoletnia Lena i ośmioletnia Ina Stillinger. Dziewczynki mieszkały na rodzinnej farmie i musiały pokonać pieszo 2,5 kilometrową trasę do Villisci.
Jedynym rozwiązaniem dla sióstr Stillinger było pozostanie w miasteczku od rana do późnego wieczora. Na obrzeżach Villisci mieszkała jeszcze ich babcia i to do niej Lina i Aina zajrzały pomiędzy wydarzeniami w kościele. Po porannej mszy i zajęciach szkółki niedzielnej wraz z babcią zjadły obiad. W tym czasie z kolei rodzina Moore, Joe, Sarah i czwórka dzieci również byli w odwiedzinach u dziadków. Ojciec Joe'ego, 80-letni Charles Moore, był już ciężko schorowany i przykuty do łóżka, pozostawał pod ciągłą opieką żony Mary. Podczas odwiedzin nawet nie rozpoznawał członków rodziny i prawie do nikogo się nie odzywał. Mimo to, a może właśnie zwłaszcza dlatego, że nie wiedzieli, czy to te odwiedziny nie będą ostatnimi, Joe, Sarah i wnuki odwiedzali dziadka Charlesa co tydzień w niedzielę.
Było około 7.30 rano, kiedy Mary Peckham zadzwoniła do krewnego Moore'ów, którego znała najlepiej, a więc do brata Joe'ego, Ross'a Moore'a, miejscowego aptekarza. Telefon odebrała jego żona Jessie. Pani Peckham dopytywała, czy coś się stało z Charlesem Moore'em, albo czy bliscy wiedzieli, dlaczego Joe, Sarah i dzieci mogli pilnie wyjść z domu. Małżonkowie Ross i Jessie nie wiedzieli nic o planach Joe'ego i Sary, czy jakichś przyczynach tłumaczących ich nieobecność, więc sami nieco się zaniepokoili. Po tym telefonie ruszyła więc cała seria kolejnych połączeń między mieszkańcami Villiski. Ross zadzwonił do sklepu brata, gdzie telefon odebrał pracownik Joe'ego, Ed Selley. Pracownik potwierdził, że szefa ani nikogo z jego rodziny nie było na miejscu.
Zatrzymały się przy domu senatora Franka Jonesa i następnie ruszyły dalej wzdłuż tej samej drogi aż do jej końca. Stamtąd poszły na południe pierwszą aleją, również do jej końca, do torów kolejowych. Przeszły przez tory i przez pole, już poza miejscowością i zatrzymały się dopiero na rozwidleniu rzeki West Nodeway. Stamtąd nie chciały iść w żadnym konkretnym kierunku. Przewodnik następnie wrócił z psami tą samą drogą i cały ten spacer skończył się dopiero około północy. Trasa psów wydawała się wiarygodna o tyle, że mijała centralny rynek Villisci i zwierzęta przeszły wąską drogą pomiędzy domami. Jest niewykluczone, że sprawca zrobiłby to samo, wiedząc, że prawdopodobieństwo spotkania postronnego świadka było na tej drodze nieco mniejsze niż gdzieś tam w centrum miasta.
Dalej psy wskazały trasę zmierzającą na dworzec, co też pasowało do teorii, że sprawca mógł udać się bezpośrednio na pociąg i zbiec z Villisci. Mniejszy sens miała już dalsza część wskazanej przez psy drogi. Następnego dnia rano eksperyment powtórzono i psy przeszły dokładnie tę samą drogę. Więc no niby wygląda na to, jakby to wskazanie było słuszne. Po tym powtórzonym spacerze wyruszyły z opiekunem w drogę powrotną do Nebraska. Główną wątpliwością w całym tym eksperymencie czy tym badaniu była kwestia zatrzymania się psów przy domu lokalnego bogacza Franka Jonesa. O ile pojawiły się głosy, że zatrzymanie wynikało z tego, że jeden z psów po prostu musiał siku, o tyle pojawiły się również teorie spiskowe.
Co natomiast działo się wtedy z miejscem zbrodni? Nic i to dosłownie nic. Podczas tych wszystkich godzin, kiedy strażnik miejski próbował zapanować nad sytuacją, mieszkańcy biegali po villisce, żeby dopaść sprawce, później bunkrowali się w swoich domach, a wreszcie wędrowali w ogromnej grupie za psami tropiącymi, ciała ofiar leżały w domu nadal tak, jak je znaleziono. To ewidentne zaniedbanie było spowodowane tym, że koroner hrabstwa, dr Lindquist, odmówił wydania ciał, dopóki nie został do tego upoważniony przez prokuratora hrabstwa Redcliffa. No, procedury. A ów prokurator hrabstwa był poza biurem i poza miejscowością i przez wiele godzin nie dało się go namierzyć. Kiedy został poinformowany o sprawie, przyjechał do Wieliski pociągiem, ale ostatecznie trafił tam późnym wieczorem, już chwilę po tych psach tropiących.
Pogrzeb był wielkim wydarzeniem, na które przybyły tłumy nie tylko z Villiski, ale i całej okolicy. Porządku wśród tłumu pilnowali żołnierze Gwardii Narodowej Stanu Ayoła. Nie jest znana dokładna liczba osób, które obserwowały ceremonię, ale przyjmuje się, że było to od 5 do 7 tysięcy żałobników, czyli łącznie na rynku stawiło się przynajmniej dwa razy tyle osób, ile wynosiła cała populacja miasteczka. Kondukt żałobny składał się z imponującej liczby 50 pojazdów, w tym karawanów, powozów, bryczek i platform. Grób rodziny Moore oznaczony został masywnym kamieniem nagrobnym z nazwiskiem i kamienną belką, na której kolejno wyryte są imiona pochowanych poniżej osób. Siostry Stillinger spoczęły w pobliżu, pochowane obok siebie.
Jeśli chodzi o metody śledcze, jakimi próbowano posłużyć się przy badaniu sprawy z Villisci. Ważne jest, abyśmy zdali sobie sprawę, że w 1912 roku pobieranie odcisków palców było dość nowym przedsięwzięciem i pod każdym względem jeszcze niedoskonałym. Odcisk palca musiał być pełny i wyraźny, aby mógł zostać pobrany, a i tak nie było centralnej bazy, z którą można by było taki pobrany odcisk porównać. Dzień po odkryciu zbrodni, we wtorek 11 czerwca, do Villisci przybył Matthew McClaury, zastępca naczelnika w zakładzie karnym Leavenworth i agent Departamentu Sprawiedliwości. Był jednym z niewielu w ówczesnych Stanach Zjednoczonych ekspertem od badania odcisków palców właśnie.
W ogóle chodzenie po domu od łóżka do łóżka i działanie z taką pewnością, to każe się tak trochę zastanowić, czy sprawca w tym domu nie był wcześniej. Nawet przez chwilę były podejrzenia wobec krewnych rodziny, na przykład sama Moyera, szwagra Joe'ego, który miał wiele razy grozić Joe'emu, ale Moyer miał potwierdzone alibi. Przejdźmy więc do osób podejrzanych, takich mocno podejrzanych, które do dzisiaj są uważane za najbardziej prawdopodobnych sprawców tej zbrodni. Jednym z pierwszych podejrzanych, może nie tyle o dokonanie zbrodni, co o jej zlecenie, był lokalny biznesmen i polityk Frank Fernando Jones, który dotąd został tylko krótko wspomniany. Już pierwszego dnia, kiedy morderstwa zostały ujawnione, nazwisko Jonesa pojawiło się w rozmowach i plotkach mieszkańców Villiski.
Było ku temu kilka powodów. Pierwszy, jak już wspomniałam, to, że psy tropiące zatrzymały się przed jego domem. Nie wiadomo, czy było to istotne, tym bardziej, że psy rzeczywiście poszły dalej, ale wraz z rozwojem plotek urosło w świadomości wielu ludzi z Villiski do rangi wielkiego i ważnego dowodu. Kolejnym powodem z pewnością było to, że Jones generalnie nie był lubiany w miasteczku. Wielu mieszkańców uważało go za człowieka aroganckiego i niesympatycznego i takiego wywyższającego się snoba. Częściowo mogło to być powodowane zazdrością. Frank Jones faktycznie był bardzo aktywny w życiu zawodowym i odnosił liczne sukcesy. Kiedyś był nauczycielem, księgowym, kasjerem w banku i sprzedawcą w sklepie. Ze wszystkich tych doświadczeń coś wyciągnął i piął się pewnie po szczeblach kariery.
Natomiast najważniejszym powodem, dla którego mieszkańcy Villisci podejrzewali Jonesa o zlecenie zabójstwa rodziny Moore było to, że Jones i Joe Moore byli w zasadzie wrogami. Animozje między nimi powstały na gruncie biznesowym, ale przerodziły się w ogólną niechęć do tego stopnia, że nie rozmawiali ze sobą, a jeden widząc drugiego na ulicy demonstracyjnie przechodził na drugą stronę. Co też nie mogło być zbyt komfortowe w codziennym życiu, bo mieszkali w sumie bardzo blisko siebie. Kiedy Joe Moore przyjechał do Villiski, należący do Jonesa Jones Store, zlokalizowany na rynku, był jednym z największych sklepów z narzędziami i maszynami rolniczymi w tamtej części stanu. Joe zatrudnił się u Jonesa i był bardzo skutecznym i sprawnym handlowcem. W 1907 roku Joe Moore wykorzystał nabyte umiejętności, a przede wszystkim zawarte kontakty i założył swój własny sklep tuż obok sklepu byłego pracodawcy.
Nie tylko otworzył go tuż obok, nie tylko zajął się tym samym profilem sprzedaży, ale również zabrał ze sobą franczyzę potężnej i wiodącej na rynku firmy John Deere. To był duży segment działalności sklepu Jonesa i z pewnością duży cios w jego biznes. Nie było tajemnicą, że od tamtego czasu Frank Jones i Joe Moore byli bardzo niechętnie do siebie nastawieni. Kolejnym powodem, dla którego Frank Jones miał nienawidzić Joe'ego Moore'a był fakt, że Joe nawiązał romans z jego synową. Była nią Donna Jones, kobieta, która przyjechała do Villiski z małej wioski na południe od miasteczka, by pracować jako nauczycielka. W roku 1910 wyszła za mąż za Alberta Jonesa, syna Franka Jonesa. Donna była piękna, wesoła i pełna takiej młodzieńczej energii.
W niedzielę przed wtorkowymi wyborami kilku obywateli Villisci otrzymało pocztą anonimową ulotkę, która zawierała zdjęcie Williama Mansfielda z zakładu karnego Leavenworth. Było to stare zdjęcie jeszcze z tej jego odsiadki wiele lat wcześniej. Pod zdjęciem był tekst z pytaniem skierowanym do adresatów, czy chcą za senatora stanowego kogoś, kto zapłacił temu człowiekowi za zabicie rodziny Murów. Wtedy oskarżenie stało się publiczne. Jones, prawdopodobnie pod wpływem skandalicznych oskarżeń, stracił nominację na rzecz prokuratora okręgowego Redcliffa. W lipcu 1916 roku Wilkerson przekonał prokuratora generalnego, by przesłuchać Mansfielda przed ławą przysięgłych, która miała zdecydować o zasadności procesu przeciwko niemu.
Mansfield został doprowadzony na przesłuchanie, a Wilkerson załatwił nawet świadka, który rzekomo widział Mansfielda w pociągu z Villiski w poniedziałek po zbrodni. Mansfield miał jednak dowód w postaci rejestrów płacowych, które poświadczały, że w poniedziałek 10 czerwca 1912 roku stawił się rano w pracy setki kilometrów dalej w Illinois. Został zwolniony z powodu braku dowodów, a później wygrał proces, który wniósł przeciwko Wilkersonowi i otrzymał 2225 dolarów za dość uczynienia. Czy to zmieniło wiele w dążeniach detektywa? Otóż nie. Kiedy procedury sądowe idą po myśli bogatego senatora, to oczywiście wnioskiem przegranej strony jest taki, że bogaty senator użył swoich pieniędzy i swoich wpływów, żeby uzyskać korzystny wertykt.
Proces uległ więc pewnego rodzaju odwróceniu i stał się raczej procesem Jonesa za zlecenie morderstwa, a nie Wilkersona za zniesławienie. Detektyw dowodził więc winy senatora, powołując kolejnych świadków, a wszystko to obserwowały ogromne tłumy wtłaczające się na salę sądową. Nagle pojawili się świadkowie. Kobieta, która obozowała w Willisce jesienią 1912 roku i podsłuchała trzech mężczyzn, którzy spotkali się za starą, opuszczoną rzeźnią położoną na południowy wschód tuż za Williską. Mężczyźni rozmawiali o zapłacie za zabicie rodziny Moore. Kobieta nie chciała zeznać tego pod przysięgą tak na 100%, ale uważała, że jeden z nich wyglądał dokładnie jak Frank Jones. Inna kobieta, powołana przez Wilkersona na świadka, miała znowu mijać grupę pięciu mężczyzn, którzy dzień przed mortem rodziny Moore naradzali się gdzieś w krzakach niedaleko ich domu.
Niemniej jednak po wysłuchaniu tej trójki i kilku innych świadków z podobnymi historiami, ława przysięgłych wydała wertykt, że Wilkerson był niewinny z niesławienia. Jones musiał zwrócić koszty sądowe, dalej idących konsekwencji nie było i nigdy za sprawę zlecenia zabójstwa nie odpowiadał karnie, ale w umysłach większości mieszkańców Villisci zapisał się już na zawsze jako winny zbrodni. Kosztowało go to jego polityczną karierę, już na zawsze miał zszargany wizerunek, a wszystko to dlatego, że nie lubił człowieka, który nagle został zamordowany. Dlaczego mnie osobiście nie przekonuje, że za sprawą mógł stać ktoś taki jak senator Jones? Myślę, że sprawa zupełnie nie ma cech mordu na zlecenie, no i motywy też były niewystarczające.
Może Jones jakieś sygnały dawał, że jednak mógł być winny, ale nikt nie przedstawił żadnego naprawdę sensownego, realnego dowodu, że senator Jones był winny i mimo tego nadal uważany jest za dość mocnego podejrzanego w sprawie. Drugim nurtem teorii w sprawie jest traktowanie morderstw w Villisca jako części znacznie większej serii podobnych wydarzeń, które zostały popełnione przez jednego sprawcę. Takie teorie pojawiały się już wkrótce po nagłośnieniu sprawy z Villisci, ale zainteresowanie nimi dość szybko spadło. I każdy kto mówi o tej sprawie podkreśla jaki to błąd i że to dziwne podejście, ale trochę trzeba tu myślę brać pod uwagę też kontekst historyczny i bardzo ograniczone możliwości wytropienia takiego seryjnego sprawcy.
Następna z tej serii zbrodni miała miejsce w Ellsworth, w stanie Kansas, w niedzielę wieczorem 15 października. Will Showman, jego żona i troje dzieci zostali zabici podczas snu. Wszystkie ciała były przykryte pościelą, a siekiera, będąca ewidentnie narzędziem zbrodni, została znaleziona oparta o futrynę drzwi prowadzących do pokoju ofiar. Podobnie jak w Willisce, trzonek siekiery został umyty, a w nogach łóżka rodziców stała lampa, której kominek znaleziono później pod kuchennym krzesłem. Zbrodnie bardzo podobne do tej z Williski miały więc miejsce co dwa tygodnie, a ofiarami były rodziny znalezione martwe w łóżkach bez wyraźnego motywu sprawcy. Ostatnie podobne zdarzenie miało miejsce w Paola w stanie Kansas w środę wieczorem 5 czerwca 1912 roku, zaledwie 4 dni przed zbrodnią w Villisca.
Martwe kobiety znalazł 30-letni Henry Moore, wnuk i syn ofiar, kiedy przyjechał w odwiedziny. Jego babcia zginęła w łóżku w czasie snu, a matka w fotelu. Obie były brutalnie pobite ciężkim narzędziem. Tak jakby co to właśnie, to jest zbieżność nazwisk. Nie było żadnego powiązania między Georgią i Henrym Moorem, a rodziną Moore z Villiski. Szybko okazało się, że to właśnie Henry Moore był sprawcą zbrodni na własnej rodzinie. Przyjechał do Colorado Springs dzień przed śmiercią kobiet, zatrzymał się w hotelu, wynajął pokój na fałszywe nazwisko. Kilka dni później w jego hotelowym pokoju policjanci znaleźli zakrwawioną odzież i prześcieradła. Bronią, której użył, była zardzewiała siekiera z połamanym trzonkiem, którą po wszystkim wyrzucił do rowu w okolicy.
W maju 1913 roku Henry Moore został skazany za zabójstwo swojej matki i babci. Może pamiętacie, jak wspominałam o agencie McClaurim, to był ten specjalista od odcisków palców, który przyjechał do Williski pijany, to właśnie on wysunął teorię, że Henry Moore mógł być sprawcą nie tylko mordu swojej matki i babci, ale także zbrodni w Willisce i tych wcześniejszych. Teoria McClauriego, którą przedstawił w liście zaadresowanym do jednej z gazet i został oczywiście opublikowany, została w zasadzie zignorowana. Henry Moore nie był w ogóle rozpatrywany jako potencjalny sprawca zbrodni wskazanych przez McLauriego i nie został skazany za żadne inne przestępstwa. Natomiast nie wiem, czy w rzeczywistości sam fakt, że do swojej zbrodni użył siekiery byłby wystarczający, żeby łączyć go z tymi innymi wydarzeniami.
Inną teorię na temat tożsamości sprawcy serii zbrodni, z których jedną miała być sprawa z Williski, przedstawili Bill James i Rachel McCarthy James w swojej książce Człowiek z pociągu. Rozszerzyli oni katalog tych zbrodni sięgając aż do roku 1897 i zakładając, że jeden sprawca działał przez ponad dekadę i miał na koncie co najmniej 59 odebranych żyć w 14 różnych masowych zbrodniach. W tym były też te wspomniane przed chwilą, z 1911 roku. Tytuł książki ma być nawiązaniem do faktu, że wszystkie miejsca zbrodni znajdowały się w niedalekiej odległości od stacji kolejowych, więc najprawdopodobniej sprawca poruszał się po kraju pociągami. Jednak kiedyś ogólnie było więcej stacji, bo pociąg był podstawowym środkiem transportu między miastami, no ale to niech będzie.
Podejrzanym według autorów książki mógłby być Paul Miller, imigrant z Niemiec lub niemieckojęzycznego kraju. Uf Paul Miller był poszukiwany jako główny lub jedyny podejrzany o morderstwo całej rodziny w West Brookfield w stanie Massachusetts w 1897 roku. Rodzina zatrudniła Millera jako pomocnika na farmie, po czym jednego dnia wszyscy zostali znalezieni martwi, a sam Miller zniknął. Był jedynym podejrzanym i był poszukiwany przez rok po tej zbrodni, ale nigdy nie udało się go znaleźć. Czyli autorzy książki również powołali się na podobieństwo między poszczególnymi sprawami, tylko wskazali innego potencjalnego sprawca. Kierunek rozważań z pewnością jest interesujący, a teoria o seryjnym mordercy uważana jest za jedną z wiodących w sprawie z Williski.
I myślę, że dosyć słusznie. Kolejny podejrzany to człowiek, który był w Willisce przejazdem właśnie w niedzielę 9 czerwca 1912 roku, który wyjeżdżał z Williski następnego ranka pociągiem nr 5 jadącym na zachód, który wyjechał z miasteczka o 5.19. Nerwowy, drobny człowiek powiedział kilku towarzyszom podróży siedzącym obok niego, że w Willisce w stanie Iowa było osiem martwych dusz zamordowanych w łóżkach, kiedy spali. Ale ciała miały zostać odkryte dopiero około ósmej. Tym dziwnie roztrzęsionym, drobnym facetem był Lynn George Jacqueline Kelly, wędrowny kaznodzieja. Jedyny człowiek, który został formalnie oskarżony o zbrodnię w Willisce.
Zapisał się do seminarium w Omacha w Nebraska, gdzie jesienią miał zacząć zgłębiać nauki kościoła prezbiteriańskiego i przystąpić do wygłaszania kazań w tym nurcie protestanckim w prezbiteriańskich parafiach. Jakoś tak udało mu się dogadać z dyrektorem seminarium, że ten zorganizował dla niego miejsce zamieszkania w parafii w Macedonii w Iowa. Z kolei tam lokalny pastor zorganizował Kelly'emu możliwość podróży do trzech zaprzyjaźnionych kościołów w charakterze takiego wizytującego kaznodziei i podczas tych podróży mógł przywyknąć do nowego obrządku, gościnnie wygłaszać nauki w szkółkach niedzielnych czy kazania podczas nabożeństw. Kelly miał wyjeżdżać do kościołów w Arlington, Pilot Grove i właśnie do Villiski. Sprawa z Villisca Przybył do Villiski po raz pierwszy 9 czerwca 1912 roku, czyli w dzień tuż przed nocną zbrodnią.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Historia zbrodni w Villisca, Iowa: w 1912 roku 8 osób w jednym domu zostało zamordowanych siekierą podczas snu. Tylko detale na miejscu zbrodni mogą sugerować, o co chodziło sprawcy; jednak sama sprawa pozostała do dzisiaj niewyjaśniona.