Mentionsy Mentionsy
Mystery Cabin
Mystery Cabin

Sprawa z Villisca - Zagadki Historii - Mystery Cabin

06.03.2023 ·1 godz 51 min

Historia zbrodni w Villisca, Iowa: w 1912 roku 8 osób w jednym domu zostało zamordowanych siekierą podczas snu. Tylko detale na miejscu zbrodni mogą sugerować, o co chodziło sprawcy; jednak sama sprawa pozostała do dzisiaj niewyjaśniona.

Sprawa z Villisca. Cześć! Dzisiaj na chwilę odrywamy się od cykli tematycznych i opowiem Wam historię wielkiej zbrodni w małym miasteczku Villisca, która wydarzyła się ponad 100 lat temu, ale z różnych względów do dziś pamięć o niej jest bardzo żywa. W śledztwie w tej sprawie były mocne podejrzenia, które doprowadziły nawet do procesów sądowych, ale mimo to sprawa pozostała w zasadzie nierozwiązana, także ostrzegam tych, którzy, jak później piszą w komentarzach, nie lubią nierozwiązanych spraw. Zacznijmy od początku. Villisca to małe miasteczko na południu stanu Iowa w Stanach Zjednoczonych.

Ma niewiele ponad 1100 mieszkańców i zaledwie 5 km2 powierzchni, niską w dużej części starą zabudowę i centralny park. Pewnie jego nazwa nie byłaby niemal nikomu znana, gdyby nie fakt, że znajduje się tam słynny nawiedzony dom, który jest jednym z głównych w Stanach celów wypraw poszukiwaczy duchów i wszelkich badaczy zjawisk paranormalnych. A słynny nawiedzony dom nie byłby słynnym nawiedzonym domem, gdyby nie straszna, nierozwiązana i nieukarana zbrodnia, która wydarzyła się w jego murach. Na początku XX wieku miasteczko Villisca miało w granicach 2,5 tysiąca mieszkańców, było więc dwukrotnie gęściej zaludnione niż obecnie. W pewnym sensie też rozwijało się wówczas bardziej dynamicznie niż obecnie.

Na parterach starych budynków ludzie prowadzili sklepy, firmy, do miasteczka prawie 30 razy dziennie podjeżdżały pociągi. Jednym z aktywnych przedsiębiorców w Villisce był Josiah B. Moore, zwykle zwany Joe. Urodził się 29 grudnia 1868 roku w Illinois. Przyprowadził się do Williski w wieku 31 lat w 1899 roku. 6 grudnia tego samego roku wziął ślub z 26-letnią wówczas Sarą Montgomery, która mieszkała w Willisce z rodzicami i siostrą. Z biegiem lat rodzina powitała na świecie czwórkę dzieci. Kiedy już urodziło im się pierwsze i drugie dziecko, w 1903 roku Państwo Moore kupili dom w miasteczku.

Był to niewielki biały dom z werandą zbudowany w 1867 roku w stylu nieodbiegającym od pozostałych domów w sąsiedztwie. Dom nie posiadał elektryczności i łazienki wewnątrz, ale rodzina miała w nim z kolei telefon. Do domu przynależała niewielka działka o powierzchni 700 m2. Jednocześnie państwo Moore budowali solidne fundamenty finansowe pod funkcjonowanie swojej rodziny. Przez pierwsze 8 lat spędzone w Villisca, Joe pracował dla Jones Store, lokalnego sprzedawcy sprzętu rolniczego. Później natomiast założył własne przedsiębiorstwo, będące bezpośrednim konkurentem byłego pracodawcy. JB Moore Implement Company, jak nazwał swoją firmę, sprzedawała narzędzia i maszyny rolnicze.

W tamtym roku ojciec rodziny Josiah, Joe, miał 43 lata, a jego żona Sarah 39. Ich dzieci kolejno Herman 11 lat, Catherine 10 lat, Boyd 7 i Paul 5. Nadszedł 9 czerwca 1912 roku, niedziela, dzień dziecka, jako że święto to obchodzone jest w Stanach Zjednoczonych tradycyjnie w drugą niedzielę czerwca, jest to więc święto ruchome, nie tak jak u nas. I na pewno nic nie zwiastowało tego, co miało się wkrótce wydarzyć w Villisce. Rytm niedzieli w społeczności miasteczka wyznaczały głównie obrzędy religijne i sprawy rodzinne. Choć miejscowość była niewielka, była domem dla wyznawców trzech chrześcijańskich religii i w niedalekim wzajemnym sąsiedztwie znajdowały się trzy kościoły.

W środku dnia, gdzieś między 14 a 15 odbywała się jeszcze ostatnia próba wieczornego wystąpienia, więc najmłodsi wierni musieli praktycznie przez cały dzień krążyć wokół kościoła i co chwilę do niego wracać. Dla czwórki dzieci państwa Moore nie było to problemem, bo ich dom znajdował się zaledwie 350 metrów od kościoła. Mijały dwa skrzyżowania, jakieś pięć minut prostą drogą i były na miejscu. Takiego samego komfortu nie miały natomiast córki i synowie rolników z gospodarstw położonych wokół miasteczka. Wśród takich dzieci były dwie przyjaciółki dziesięcioletniej Catherine Moore, dwunastoletnia Lena i ośmioletnia Ina Stillinger. Dziewczynki mieszkały na rodzinnej farmie i musiały pokonać pieszo 2,5 kilometrową trasę do Villisci.

Jedynym rozwiązaniem dla sióstr Stillinger było pozostanie w miasteczku od rana do późnego wieczora. Na obrzeżach Villisci mieszkała jeszcze ich babcia i to do niej Lina i Aina zajrzały pomiędzy wydarzeniami w kościele. Po porannej mszy i zajęciach szkółki niedzielnej wraz z babcią zjadły obiad. W tym czasie z kolei rodzina Moore, Joe, Sarah i czwórka dzieci również byli w odwiedzinach u dziadków. Ojciec Joe'ego, 80-letni Charles Moore, był już ciężko schorowany i przykuty do łóżka, pozostawał pod ciągłą opieką żony Mary. Podczas odwiedzin nawet nie rozpoznawał członków rodziny i prawie do nikogo się nie odzywał. Mimo to, a może właśnie zwłaszcza dlatego, że nie wiedzieli, czy to te odwiedziny nie będą ostatnimi, Joe, Sarah i wnuki odwiedzali dziadka Charlesa co tydzień w niedzielę.

Stąd nie widziała powrotu sąsiadów z ich uroczystości. Nic też jej nie obudziło i nie słyszała w nocy żadnych podejrzanych odgłosów dobiegających z domu państwa mur. W Villisca w 1912 roku ludzie żyli według rytmu naturalnego. Wstawali wcześnie, bo było już jasno i kładli się wcześnie, by wstać o świcie. W każdym domostwie, nawet w centrum miejscowości były zwierzęta, chociażby kury na podwórku i mieszkańcy z samego rana doglądali ich, wypuszczali czy wykonywali inne obowiązki w obejściu. Sąsiadka państwa Mur, pani Pekam, również kładła się wcześnie, ale i wstawała bardzo wcześnie. Między piątą a szóstą rano wrześki poniedziałkowy poranek 10 czerwca była już na swoim podwórku i rozwieszała pranie.

Było około 7.30 rano, kiedy Mary Peckham zadzwoniła do krewnego Moore'ów, którego znała najlepiej, a więc do brata Joe'ego, Ross'a Moore'a, miejscowego aptekarza. Telefon odebrała jego żona Jessie. Pani Peckham dopytywała, czy coś się stało z Charlesem Moore'em, albo czy bliscy wiedzieli, dlaczego Joe, Sarah i dzieci mogli pilnie wyjść z domu. Małżonkowie Ross i Jessie nie wiedzieli nic o planach Joe'ego i Sary, czy jakichś przyczynach tłumaczących ich nieobecność, więc sami nieco się zaniepokoili. Po tym telefonie ruszyła więc cała seria kolejnych połączeń między mieszkańcami Villiski. Ross zadzwonił do sklepu brata, gdzie telefon odebrał pracownik Joe'ego, Ed Selley. Pracownik potwierdził, że szefa ani nikogo z jego rodziny nie było na miejscu.

Być może strażnik chciał mieć przy sobie jak najwięcej osób, gdy przekroczy próg domu zbrodni. Hank Horton przez całe życie był stolarzem. Dopiero 6 lat przed tym strasznym, przełomowym wydarzeniem podjął się zajęcia strażnika miejskiego. Nie miał żadnego doświadczenia czy choćby przeszkolenia policyjnego. W normalnych warunkach bycie strażnikiem w Villisca to nie było zajęcie wymagające. Była nocna zmiana i dzienna zmiana. Strażnik nocny zmieniał się z dziennym i zarówno jeden jak i drugi zazwyczaj mieli spokojną służbę. Villisca była do tamtego dnia sennym i spokojnym miasteczkiem. Dodatkowo w całym hrabstwie obowiązywała prohibicja. Poza drobnymi kradzieżami czy okazjonalnymi bójkami nie było tam praktycznie żadnej przestępczości, a i takie sytuacje były raczej rzadkością.

Na miejscu zostawił swojego zmiennika, 26-letniego Mike'a Overmana. Wówczas okazało się, że mało kto był skłonny posłuchać rady doktora Coopera. Masa ciekawskich ludzi chciała wedrzeć się do domu, wpychała się na werandy, inni usiłowali zajrzeć, a może nawet wejść przez okna. Młody strażnik nie był w stanie zapanować nad tłumem. Część mężczyzn spośród gapiów po prostu zlekceważyła jego żądania, by nie wchodzić do domu, no i wdarli się do środka. I wtedy już nie było możliwości, by powstrzymać ciekawski tłum przed chodzeniem po całym domu ofiar. Koroner hrabstwa Montgomery, dr Lindquist, został o sprawie powiadomiony telefonicznie. Przyjechał do Villisca ze swojego domu w Stanton własnym samochodem, jednak na miejscu pojawił się dopiero około 9.30.

Zapanowało pospolite ruszenie mężczyzn, którzy podzielili się na grupy i szukali podejrzanego. Jedni konno, inni pieszo, bo samochody to były wówczas ogromną rzadkością, przeszukiwali wszystkie kąty Villisca i drogi dojazdowe do miasta, ale wszyscy wrócili z pustymi rękami. Prawda była taka, że sprawca musiał być człowiekiem dość zorganizowanym, o czym świadczył stan miejsca zbrodni, o czym zaraz opowiem bardziej szczegółowo. Mógł to być człowiek z miasteczka, który po dokonaniu zbrodni wrócił do własnego domu w pobliżu i nawet mógł pojawić się rano pod domem ofiar wmieszany w ten wielki tłum gapiów. Jeśli był spoza miasteczka, to miał co najmniej kilka godzin przewagi nad potencjalnym pościgiem. Na stacji Villisca, jak wspomniałam, codziennie zatrzymywało się prawie 30 pociągów.

No i wszyscy czekali na psy tropiące. Ich sprowadzenie było chyba pomysłem Rady Miejskiej, której członkowie wygospodarowali środki, żeby zapłacić za przyjazd psów z przewodnikiem. Strażnik Horton około 10.30 rano zadzwonił do Beatrice w Nebraska do tresera psów tropiących rasy Bloodhound. Dwa psy i ich przewodnik przybyli pociągiem do Villisca dopiero około godziny 21. Jakieś pół godziny później znalazły się pod domem ofiar. Psom podano siekierę jako źródło zapachu do torpienia, chociaż oczywiście posprawcy zbrodni dotykały jej prawdopodobnie ze 100 osób, oraz szmatkę, której sprawca użył do wytarcia jej trzonka. Psy wyruszyły, a za nimi ogromny tłum.

Zatrzymały się przy domu senatora Franka Jonesa i następnie ruszyły dalej wzdłuż tej samej drogi aż do jej końca. Stamtąd poszły na południe pierwszą aleją, również do jej końca, do torów kolejowych. Przeszły przez tory i przez pole, już poza miejscowością i zatrzymały się dopiero na rozwidleniu rzeki West Nodeway. Stamtąd nie chciały iść w żadnym konkretnym kierunku. Przewodnik następnie wrócił z psami tą samą drogą i cały ten spacer skończył się dopiero około północy. Trasa psów wydawała się wiarygodna o tyle, że mijała centralny rynek Villisci i zwierzęta przeszły wąską drogą pomiędzy domami. Jest niewykluczone, że sprawca zrobiłby to samo, wiedząc, że prawdopodobieństwo spotkania postronnego świadka było na tej drodze nieco mniejsze niż gdzieś tam w centrum miasta.

Dalej psy wskazały trasę zmierzającą na dworzec, co też pasowało do teorii, że sprawca mógł udać się bezpośrednio na pociąg i zbiec z Villisci. Mniejszy sens miała już dalsza część wskazanej przez psy drogi. Następnego dnia rano eksperyment powtórzono i psy przeszły dokładnie tę samą drogę. Więc no niby wygląda na to, jakby to wskazanie było słuszne. Po tym powtórzonym spacerze wyruszyły z opiekunem w drogę powrotną do Nebraska. Główną wątpliwością w całym tym eksperymencie czy tym badaniu była kwestia zatrzymania się psów przy domu lokalnego bogacza Franka Jonesa. O ile pojawiły się głosy, że zatrzymanie wynikało z tego, że jeden z psów po prostu musiał siku, o tyle pojawiły się również teorie spiskowe.

Co natomiast działo się wtedy z miejscem zbrodni? Nic i to dosłownie nic. Podczas tych wszystkich godzin, kiedy strażnik miejski próbował zapanować nad sytuacją, mieszkańcy biegali po villisce, żeby dopaść sprawce, później bunkrowali się w swoich domach, a wreszcie wędrowali w ogromnej grupie za psami tropiącymi, ciała ofiar leżały w domu nadal tak, jak je znaleziono. To ewidentne zaniedbanie było spowodowane tym, że koroner hrabstwa, dr Lindquist, odmówił wydania ciał, dopóki nie został do tego upoważniony przez prokuratora hrabstwa Redcliffa. No, procedury. A ów prokurator hrabstwa był poza biurem i poza miejscowością i przez wiele godzin nie dało się go namierzyć. Kiedy został poinformowany o sprawie, przyjechał do Wieliski pociągiem, ale ostatecznie trafił tam późnym wieczorem, już chwilę po tych psach tropiących.

Pogrzeb ofiar zbrodni został zaplanowany na środę 12 czerwca i do tego czasu trumny pozostały w budynku ratusza. We wtorek przyszła tam matka Joe'ego, Mary, która nie mogła pogodzić się z tym, że nie miała możliwości pożegnać się z synem. Ze względu na obrażenia ofiar oczywiście trumny pozostały zamknięte i nikt nie chciał pokazać staruszce ciała, które było praktycznie pozbawione głowy. Wyjątkowo pozwolono jej jedynie uchylić wiekotrumny na tyle, by mogła potrzymać za rękę swojego syna po raz ostatni. W środę osiem trumien zostało wystawionych na centralnym placu w Villisce, na specjalnie przygotowanym podium. Następnie karawany i wozy konne przewiozły trumny na cmentarz położony na północy miasta.

Pogrzeb był wielkim wydarzeniem, na które przybyły tłumy nie tylko z Villiski, ale i całej okolicy. Porządku wśród tłumu pilnowali żołnierze Gwardii Narodowej Stanu Ayoła. Nie jest znana dokładna liczba osób, które obserwowały ceremonię, ale przyjmuje się, że było to od 5 do 7 tysięcy żałobników, czyli łącznie na rynku stawiło się przynajmniej dwa razy tyle osób, ile wynosiła cała populacja miasteczka. Kondukt żałobny składał się z imponującej liczby 50 pojazdów, w tym karawanów, powozów, bryczek i platform. Grób rodziny Moore oznaczony został masywnym kamieniem nagrobnym z nazwiskiem i kamienną belką, na której kolejno wyryte są imiona pochowanych poniżej osób. Siostry Stillinger spoczęły w pobliżu, pochowane obok siebie.

Jeśli chodzi o metody śledcze, jakimi próbowano posłużyć się przy badaniu sprawy z Villisci. Ważne jest, abyśmy zdali sobie sprawę, że w 1912 roku pobieranie odcisków palców było dość nowym przedsięwzięciem i pod każdym względem jeszcze niedoskonałym. Odcisk palca musiał być pełny i wyraźny, aby mógł zostać pobrany, a i tak nie było centralnej bazy, z którą można by było taki pobrany odcisk porównać. Dzień po odkryciu zbrodni, we wtorek 11 czerwca, do Villisci przybył Matthew McClaury, zastępca naczelnika w zakładzie karnym Leavenworth i agent Departamentu Sprawiedliwości. Był jednym z niewielu w ówczesnych Stanach Zjednoczonych ekspertem od badania odcisków palców właśnie.

Doświadczenia nabrał dzięki podróży do Wielkiej Brytanii, gdzie szkolił się w samym Scotland Yardzie. Wówczas londyńska policja górowała nad amerykańskimi jednostkami w dziedzinie technik śledczych w bardzo znaczący sposób. Tak więc MacClaury przywiózł część tej wiedzy ze sobą do Stanów. Mimo to został od razu przyjęty w Willisce z nieufnością, bo przyjechał kompletnie pijany i to na tyle, że miał problem z samodzielnym wyjściem z pociągu. Musiał ogarnąć się w hotelu, wytrzeźwieć i później rzeczywiście dokonał szczegółowej analizy miejsca zbrodni. Co prawda nie znalazł odcisków palców, które mógłby pobrać, ale mogło to nie mieć znaczenia po tym, jak dziesiątki postronnych osób przewinęło się przez dom ofiar. Za to dokładnie przeanalizował plamy krwi i zrobione siekierom nacięcia na suficie na piętrze.

Twórcy takiej teorii wychodzą z założenia, że mężczyzna znaleziony martwy w sypialni mógł być kimś innym, np. jakimś włóczęgom, którego Joe zwabił do domu, np. pod pretekstem zaoferowania mu jedzenia czy pracy. Załóżmy, że zaoferował bezdomnemu nocleg w budynku gospodarczym na tyłach domu. Zabił wszystkich we śnie, bezdomnego też i podrzucił jego ciało do własnego łóżka. A później Joe Moore uciekł, zmęczony zajmowaniem się rodziną i szukał nowego życia poza Villiscom. Myślę, że taka teoria jest do obalenia z co najmniej kilku powodów. Pierwszy to obecność gości w domu. Wydaje się raczej logiczne, że gdyby planował coś takiego, to Joe wybrałby jakikolwiek inny dzień na zbrodnię, a nie ten, kiedy nocowały u niego kolejne osoby.

W ogóle chodzenie po domu od łóżka do łóżka i działanie z taką pewnością, to każe się tak trochę zastanowić, czy sprawca w tym domu nie był wcześniej. Nawet przez chwilę były podejrzenia wobec krewnych rodziny, na przykład sama Moyera, szwagra Joe'ego, który miał wiele razy grozić Joe'emu, ale Moyer miał potwierdzone alibi. Przejdźmy więc do osób podejrzanych, takich mocno podejrzanych, które do dzisiaj są uważane za najbardziej prawdopodobnych sprawców tej zbrodni. Jednym z pierwszych podejrzanych, może nie tyle o dokonanie zbrodni, co o jej zlecenie, był lokalny biznesmen i polityk Frank Fernando Jones, który dotąd został tylko krótko wspomniany. Już pierwszego dnia, kiedy morderstwa zostały ujawnione, nazwisko Jonesa pojawiło się w rozmowach i plotkach mieszkańców Villiski.

Było ku temu kilka powodów. Pierwszy, jak już wspomniałam, to, że psy tropiące zatrzymały się przed jego domem. Nie wiadomo, czy było to istotne, tym bardziej, że psy rzeczywiście poszły dalej, ale wraz z rozwojem plotek urosło w świadomości wielu ludzi z Villiski do rangi wielkiego i ważnego dowodu. Kolejnym powodem z pewnością było to, że Jones generalnie nie był lubiany w miasteczku. Wielu mieszkańców uważało go za człowieka aroganckiego i niesympatycznego i takiego wywyższającego się snoba. Częściowo mogło to być powodowane zazdrością. Frank Jones faktycznie był bardzo aktywny w życiu zawodowym i odnosił liczne sukcesy. Kiedyś był nauczycielem, księgowym, kasjerem w banku i sprzedawcą w sklepie. Ze wszystkich tych doświadczeń coś wyciągnął i piął się pewnie po szczeblach kariery.

Z kasiera awansował w końcu na kierownika banku. Ze sprzedawcy zamienił się w udziałowca sklepu z narzędziami i maszynami rolniczymi, a ostatecznie wykupił go w całości. Był radnym miasta Villisca, dyrektorem szkółki niedzielnej w kościele metodystów, później trafił do rady edukacji stanu Iowa. W końcu został senatorem. Był człowiekiem działającym w wielu dziedzinach i na wielu płaszczyznach i rzeczywiście bardzo zamążnym. Czy w istocie był zarozumiałym snobem, no to trudno powiedzieć. Niewątpliwie nie lubili go szczególnie ludzie zapożyczający się u Jonesa w banku. Rzekomo w tamtych czasach wśród rolników panowała taka mentalność, że bankierów kojarzono z lychwiarzami i po prostu uważano ich za złych ludzi. Także ogólna niechęć społeczeństwa też zapewne miała wpływ na śmielsze rzucanie oskarżeń w stronę Jonesa.

Natomiast najważniejszym powodem, dla którego mieszkańcy Villisci podejrzewali Jonesa o zlecenie zabójstwa rodziny Moore było to, że Jones i Joe Moore byli w zasadzie wrogami. Animozje między nimi powstały na gruncie biznesowym, ale przerodziły się w ogólną niechęć do tego stopnia, że nie rozmawiali ze sobą, a jeden widząc drugiego na ulicy demonstracyjnie przechodził na drugą stronę. Co też nie mogło być zbyt komfortowe w codziennym życiu, bo mieszkali w sumie bardzo blisko siebie. Kiedy Joe Moore przyjechał do Villiski, należący do Jonesa Jones Store, zlokalizowany na rynku, był jednym z największych sklepów z narzędziami i maszynami rolniczymi w tamtej części stanu. Joe zatrudnił się u Jonesa i był bardzo skutecznym i sprawnym handlowcem. W 1907 roku Joe Moore wykorzystał nabyte umiejętności, a przede wszystkim zawarte kontakty i założył swój własny sklep tuż obok sklepu byłego pracodawcy.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.