Sprawa z Villisca - Zagadki Historii - Mystery Cabin
Historia zbrodni w Villisca, Iowa: w 1912 roku 8 osób w jednym domu zostało zamordowanych siekierą podczas snu. Tylko detale na miejscu zbrodni mogą sugerować, o co chodziło sprawcy; jednak sama sprawa pozostała do dzisiaj niewyjaśniona.
Na parterach starych budynków ludzie prowadzili sklepy, firmy, do miasteczka prawie 30 razy dziennie podjeżdżały pociągi. Jednym z aktywnych przedsiębiorców w Villisce był Josiah B. Moore, zwykle zwany Joe. Urodził się 29 grudnia 1868 roku w Illinois. Przyprowadził się do Williski w wieku 31 lat w 1899 roku. 6 grudnia tego samego roku wziął ślub z 26-letnią wówczas Sarą Montgomery, która mieszkała w Willisce z rodzicami i siostrą. Z biegiem lat rodzina powitała na świecie czwórkę dzieci. Kiedy już urodziło im się pierwsze i drugie dziecko, w 1903 roku Państwo Moore kupili dom w miasteczku.
Był to niewielki biały dom z werandą zbudowany w 1867 roku w stylu nieodbiegającym od pozostałych domów w sąsiedztwie. Dom nie posiadał elektryczności i łazienki wewnątrz, ale rodzina miała w nim z kolei telefon. Do domu przynależała niewielka działka o powierzchni 700 m2. Jednocześnie państwo Moore budowali solidne fundamenty finansowe pod funkcjonowanie swojej rodziny. Przez pierwsze 8 lat spędzone w Villisca, Joe pracował dla Jones Store, lokalnego sprzedawcy sprzętu rolniczego. Później natomiast założył własne przedsiębiorstwo, będące bezpośrednim konkurentem byłego pracodawcy. JB Moore Implement Company, jak nazwał swoją firmę, sprzedawała narzędzia i maszyny rolnicze.
Jednak nie chodzi tu o motykę czy widły, ale o zaawansowany jak na tamte czasy sprzęt, taki jak żniwiarki, maszyny siewne, prasy wiertnicze, powozy konne, a przede wszystkim pługi produkowane przez John Deere Company. Zachowały się nawet zdjęcia reklam prasowych firmy Joe'ego Moore'a, z których wynika, że w ciągu dwóch lat działalności sprzedał 85 pługów John Deere. To jest firma oczywiście do dzisiaj potężna i szeroko znana, więc gdzieś tam możecie ją kojarzyć nawet jeśli, tak jak mi, nie jest Wam po drodze z rolnictwem. W każdym razie na sprzedaży pługów Josiah Moore dorobił się na tyle, że on i jego rodzina stanowili lokalnie pewnego rodzaju elitę, byli znani i poważani w społeczności i wiodło im się bardzo dobrze. Tak przynajmniej było do roku 1912.
W środku dnia, gdzieś między 14 a 15 odbywała się jeszcze ostatnia próba wieczornego wystąpienia, więc najmłodsi wierni musieli praktycznie przez cały dzień krążyć wokół kościoła i co chwilę do niego wracać. Dla czwórki dzieci państwa Moore nie było to problemem, bo ich dom znajdował się zaledwie 350 metrów od kościoła. Mijały dwa skrzyżowania, jakieś pięć minut prostą drogą i były na miejscu. Takiego samego komfortu nie miały natomiast córki i synowie rolników z gospodarstw położonych wokół miasteczka. Wśród takich dzieci były dwie przyjaciółki dziesięcioletniej Catherine Moore, dwunastoletnia Lena i ośmioletnia Ina Stillinger. Dziewczynki mieszkały na rodzinnej farmie i musiały pokonać pieszo 2,5 kilometrową trasę do Villisci.
Jedynym rozwiązaniem dla sióstr Stillinger było pozostanie w miasteczku od rana do późnego wieczora. Na obrzeżach Villisci mieszkała jeszcze ich babcia i to do niej Lina i Aina zajrzały pomiędzy wydarzeniami w kościele. Po porannej mszy i zajęciach szkółki niedzielnej wraz z babcią zjadły obiad. W tym czasie z kolei rodzina Moore, Joe, Sarah i czwórka dzieci również byli w odwiedzinach u dziadków. Ojciec Joe'ego, 80-letni Charles Moore, był już ciężko schorowany i przykuty do łóżka, pozostawał pod ciągłą opieką żony Mary. Podczas odwiedzin nawet nie rozpoznawał członków rodziny i prawie do nikogo się nie odzywał. Mimo to, a może właśnie zwłaszcza dlatego, że nie wiedzieli, czy to te odwiedziny nie będą ostatnimi, Joe, Sarah i wnuki odwiedzali dziadka Charlesa co tydzień w niedzielę.
Następnie, późnym popołudniem, rodzina Moore wróciła do domu na kolację. Wtedy Lena i Ina Stillinger dołączyły do nich, zaproszone przez Catherine Moore. Dziewczynki zostały na posiłku i otrzymały od gospodarzy zgodę na skorzystanie z pokoju gościnnego, gdzie mogły się przebrać na wieczorne nabożeństwo i zostawić ubrania na zmianę. Najprawdopodobniej dziewczynki już wcześniej umawiały się z Catherine, że mogłyby zostać w domu państwa Moore także na noc. Poprosiły rodziców Catherine, aby pozwolili im przenocować, tłumacząc, że bały się wracać w ciemności do domu. Joe i Sarah nie widzieli problemu w przenocowaniu dziewczynek. Około godziny 18.00 Joe zadzwonił do domu Stillingerów, aby upewnić się, że rodzice Ainy i Liny będą wiedzieli o miejscu noclegu córek i że wyrażą zgodę na takie rozwiązanie.
Telefon odebrała starsza siostra dziewczyn, czternastoletnia Blanche. Powiedziała, że rodziców nie było wówczas w domu, ale obiecała przekazać im wiadomość, że jej dwie młodsze siostry będą spędzały noc u państwa Moore. Uroczystość w kościele tymczasem zbliżała się wielkimi krokami. Wszyscy członkowie rodziny Moore i ich goście wyszykowali się do wyjścia i ze sporym półgodzinnym zapasem czasu wyszli do nieodległego od ich domu kościoła. Uroczysta msza z okazji Dnia Dziecka rozpoczęła się zgodnie z planem o godzinie 20. Sara Moore aktywnie pomagała w prowadzeniu uroczystości. Kobieta ogólnie była aktywna w kościele prezbiteriańskim i pomagała w wielu sprawach organizacyjnych, nic dziwnego, że zaangażowała się również wtedy.
Josiah obserwował uroczystość z ławki, a wszystkie dzieci państwa Moore oraz córki państwa Stringer brały czynny udział w występach. Uroczystość dobiegła końca około 21.30. Wierni zaczęli się rozchodzić, wymienili uprzejmości na pożegnanie, więc upłynęły kolejne minuty zanim wszyscy poszli w swoich kierunkach. Rodzina Moore wraz z dziewczynkami Stillinger wróciła z kościoła do domu między 21.45 a 22.00. Było wówczas już ciemno, pochmurno, wilgotno i wyjątkowo chłodno. Społeczność miasteczka była dość blisko zżyta i sąsiedzi znali nawzajem swoje zwyczaje. Chyba tylko dzięki temu dość szybko wyszło na jaw, że coś było nie tak w domu państwa Moore.
Zaniepokojona starsza sąsiadka wróciła do domu i poprosiła jeszcze męża, by też się rozejrzał u sąsiadów, ale i on nie miał pojęcia, co mogło się stać, ani nie miał sposobu, by wejść do domu. Wobec tego pani Peckham zdecydowała się zadzwonić do kogoś z rodziny Joe'ego i Sary i dowiedzieć się, czy krewni wiedzą coś o sytuacji w domu państwa Moore. Myślała, że rodzina mogła zachorować, ale również mogło po prostu nie być nikogo z nich w domu. W końcu nie było jak zajrzeć do środka i to stwierdzić. Wobec tego pomyślała, że stało się coś nagłego w rodzinie Moore, a pierwszym jej podejrzeniem było, że pewnie zmarł ojciec Joe'ego, pan Charles Moore, i że cała rodzina poszła go pożegnać. Państwo Moore nie mieli samochodu, a koń i powóz zostały przy domu, więc nie mogli też nigdzie odjechać.
Po kilku minutach Ed oddzwonił do domu Ross'a Murra. Powiedział, że próbował dzwonić do domu szefa, ale nikt tam nie odbierał telefonu. Dodzwonił się z kolei do domów rodziców Joe'ego i rodziców Sary, państwa Montgomery i w żadnym z tych domów również nie było Joe'ego ani jego żony czy dzieci. Krótko po tym telefon w sklepie znów zadzwonił. Tym razem sąsiadka Mary Peckham dzwoniła zapytać czy w sklepie nie było Joe'ego, dowiedziała się, że nie, po czym poinformowała, że zwierzęta Państwa Moore wymagają oporządzenia i nakarmienia. Wobec niecodziennej sytuacji przejęty Ed zamknął sklep i podszedł do domu swojego szefa Joe'ego Moore'a, gdzie wszedł do budynku gospodarczego na podwórku, Nakarmił konia, krowę, oporządził zwierzęta.
Był tam po zaledwie kilku minutach i po wykonaniu zadania wrócił do sklepu i ponownie go otworzył. Następnie około godziny 8 do domu brata przybył Ross Moore. Przed domem przywitała go zaniepokojona sąsiadka Mary Peckham. Ross również najpierw obszedł dom i próbował zajrzeć przez okna, a następnie zapukał do drzwi i krzyknął, próbując wywołać kogoś z domu. Kiedy to się nie powiodło, wyjął pęk kluczy. Okazało się, że miał klucz uniwersalny, którym udało mu się otworzyć drzwi prowadzące z frontowej werandy do kuchni. Pani Peckham poszła za nim na werandę, ale została tam i nie weszła do domu. Ross tymczasem przeszedł przez kuchnię, wszedł do salonu i uchylił drzwi pokoju gościnnego.
I tam natknął się na dwa ciała położone na łóżku, przykryte zakrwawionymi kołdrami. Widział wystające z pościeli nogi i ręce i zarys sylwetek. Nawet nie próbował ustalić, kto to był. Spanikował i wybiegł z domu na werandę, mówiąc pani pekam, że stało się coś strasznego i prosząc, by szybko sprowadziła strażnika miasta, Henka Hortona. Rozsądnie Rosmur zamknął drzwi domu brata na klucz i do czasu przybycia strażnika nikogo nie zamierzał wpuszczać do środka. Pani Peckham pognała więc do domu i zadzwoniła do sklepu Joe'ego, gdzie znów odezwał się Ed Selley. Bez długich tłumaczeń, poleciłaby Ed jak najszybciej przyszedł ze strażnikiem miasta do domu państwa Moore. Ed pobiegł do biura strażnika i powiedział mu o sytuacji, więc Hank Horton ruszył od razu za nim.
Hank Horton zamknął za sobą drzwi na klucz i szybko ruszył do swojego biura zadzwonić po koronerach hrabstwa Montgomery i poszukać lekarza, który powiedziałby mu więcej o zmarłych w czasie zgonu, może pomógł ustalić jakieś pierwsze fakty. Po wykonaniu odpowiednich telefonów w biurze poszedł do gabinetu lekarza Clarka Coopera i powiedział po prostu chodź ze mną. Lekarz pytał o co chodzi, a strażnik Horton powiedział mu, widocznie przerażony, że Joe Moore i jego rodzina zostali zabici w swoich łóżkach. Po drodze do mężczyzn zmierzających na miejsce zbrodni dołączył się jeszcze drugi lekarz, dr Edgar Hugh, i nie wiadomo skąd duchowny prezbiteriańskiej kongregacji, do której należeli państwo Moore, Pastor, Wesley i Wing.
Sypialnia była pokojem przechodnim, z którego można było przejść na wprost do pokoju dziecięcego lub w lewo na strych. Był to naprawdę mały dom i dosłownie ze schodów wchodziło się wprost na łóżko na piętrze. Kiedy strażnik z towarzyszami dotarli na szczyt schodów, na podłodze w nogach łóżka stała zgaszona lampa naftowa. Horton usunął lampę z drogi i wszyscy weszli do sypialni. Zobaczyli sylwetki osób przykrytych zakrwawioną pościelą. Hank Horton stanął w rogu pomieszczenia, a lekarz odsunął kołdrę. Zobaczyli ciała małżonków Moore z twarzami zmasakrowanymi w stopniu uniemożliwiającym ich rozpoznanie. Joe w zasadzie nie miał już twarzy, pod łukami brywiowymi nie było już nawet oczu, a czaszka została niemal całkowicie roztrzaskana.
Sarah miała twarz pociętą od wielokrotnych uderzeń ostrzem, a główny zabójczy cios otrzymała w czubek głowy. Oboje leżeli na plecach w odzieży nocnej i wyglądało na to, że zginęli we śnie, że żadne z nich nie zdążyło obudzić się w trakcie ataku. W tym pomieszczeniu także było zasłonięte lustro, a nad nim na ścianie ślad spowodowany wbiciem siekiery w tynk, podczas kiedy sprawca zamachnął się, by zadać jeden z ciosów. Kiedy było jasne, że pan i pani Moore nie żyją, lekarz ruszył bez zastanowienia i raczej bez większych nadziei do ostatniego pokoju. W sumie było to bardzo odważne, bo nie mógł mieć pewności, że sprawca masakry nie był nadal w domu, w którymś z pokoi albo w którejś z dużych szaf czy skrytek. Doktor Cooper zastał tam dzieci potraktowane w podobny sposób, przykryte ubraniami, a następnie kołdrami.
Pogrzeb był wielkim wydarzeniem, na które przybyły tłumy nie tylko z Villiski, ale i całej okolicy. Porządku wśród tłumu pilnowali żołnierze Gwardii Narodowej Stanu Ayoła. Nie jest znana dokładna liczba osób, które obserwowały ceremonię, ale przyjmuje się, że było to od 5 do 7 tysięcy żałobników, czyli łącznie na rynku stawiło się przynajmniej dwa razy tyle osób, ile wynosiła cała populacja miasteczka. Kondukt żałobny składał się z imponującej liczby 50 pojazdów, w tym karawanów, powozów, bryczek i platform. Grób rodziny Moore oznaczony został masywnym kamieniem nagrobnym z nazwiskiem i kamienną belką, na której kolejno wyryte są imiona pochowanych poniżej osób. Siostry Stillinger spoczęły w pobliżu, pochowane obok siebie.
Także i jego wnioski będą się przewijały w opisie miejsca zbrodni, do którego właśnie przechodzimy. Kolejną sprawą, która mocno utrudniała wyciąganie wniosków przez śledczych, jest brak zdjęć z miejsca zbrodni. Wiadomo, że powstało przynajmniej kilka zdjęć i były osoby, które je widziały, ale ich losy są nieznane. To znaczy zdjęć, nie osób. 10 czerwca, w dniu odkrycia zbrodni, wraz z tłumem w domu ofiar pojawił się niezależny dziennikarz Bruce Stylians. Zrobił na miejscu zdjęcia, w tym zdjęcia ofiar, jednak gdy wychodził na zewnątrz, wypatrzył go Ross Moore, brat Joe'ego i Ross wściekł się, wyrwał dziennikarzowi jego aparat Kodak, po czym zdeptał go i zdjęcia zostały utracone na zawsze.
Oczywiście można zrozumieć rosa obroniącego godności swoich zmarłych bliskich, tym bardziej jeśli wiedział, że Stilians sprzedawał zdjęcia gazetom. Jednak znów trzeba zdać sobie sprawę z tego, że zabrakło nawet tak oczywistej rzeczy jak zdjęcia dokumentujące scenę zbrodni. Zaczynając od początku. Jedna z podstawowych spraw co do których nie ma rozstrzygnięcia to jak właściwie sprawca dostał się do domu rodziny Moore i kiedy to zrobił. W domu nie stwierdzono śladów włamania czy sforsowania którejś z możliwych dróg do wewnątrz. Raczej niemożliwe byłoby sprawca wszedł przez któreś z okien. W momencie odkrycia sceny zbrodni wszystkie okna poza dwoma były zareglowane od wewnątrz. Wiemy też, że żadne z tych dwóch okien nie mogło zostać użyte przez zabójcę do wejścia lub wyjścia.
Wobec tego, jeśli przyjmiemy, że sprawca wszedł do domu podczas gdy rodzina Moore była w kościele na uroczystej mszy, najprawdopodobniej rzeczywiście ukrył się na strychu. Wejście na strych w domu rodziny Moore mieści się na poziomie piętra. Jest też prawdopodobne, że po późnym powrocie z kościoła nikt z rodziny nie zaglądałby na strych, tylko wszyscy poszli od razu spać. Więc możliwe jest, że sprawca ukrywał się na strychu i czekał aż wszyscy w domu zasną, ale równie niewykluczone jest to, że wszedł do domu później, np. około północy i od razu zaczął zabijać. Teraz ustalmy, co wiadomo o narzędziu zbrodni. Siekiera, którą posłużył się sprawca, została znaleziona w pokoju dziewczyn Stillinger. Była postawiona tam pod ścianą.
Była to siekiera należąca do rodziny Moore. Została rozpoznana przez członków rodziny Joe'ego i Sary. Jej normalnym miejscem był schowek na drewno na podwórku domu. Zwykle narzędzie pochodzące z domu kieruje podejrzenia na kogoś z domu, ale w tym przypadku wszyscy byli martwi. Sprawca pojawił się więc na miejscu bez broni czy bez narzędzia do zabijania. W takim razie można zastanowić się czy zbrodnia mogła być wynikiem impulsu. Nie była planowana, ani tym bardziej zlecona, bo w takim przypadku sprawca przyszedłby przygotowany. Zobaczył rodzinę wchodzącą wieczorem do domu albo przez okno widział ich przygotowania do snu i poczuł żądze zabijania. A może obserwował ich wcześniej w ciągu dnia, może był w kościele wraz z nimi i za nimi przyszedł pod dom.
Trzymając siekierę w jednej i lampę w drugiej dłoni, nieznajomy cicho wspiął się po wąskich drewnianych schodach prowadzących na piętro. Wyszedł prosto na łóżko, w którym spali Joe i Sarah mur. Uderzył najprawdopodobniej najpierw Joe'ego silnym ciosem miażdżąc mu czaszkę i prawdopodobnie zabijając go natychmiast. Potem zadał Sarze cios, zanim zdążyła się w ogóle obudzić i zarejestrować jego obecność. Pozostawiając parę martwą lub umierającą, sprawca poszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie spała czwórka dzieci państwa Moore. Uderzając tępą stroną siekiery, zabił wszystkie. Po raz kolejny nie ma dowodów na to, że któreś z nich obudziło się przed śmiercią.
But został znaleziony na boku, jednak wewnątrz i pod nim była krew. Lindquist założył, że but był ustawiony pionowo, kiedy Josiah został uderzony po raz pierwszy i że krew spłynęła z łóżka do buta. Uważał, że sprawca później wrócił do łóżka, aby zadać dodatkowe ciosy i wówczas przewrócił but. Drugim dowodem była ocena obrażeń twarzy Sary. Uderzenia ostrą stroną siekiery nie spowodowały istotnych rozbryzgów krwi, co wskazuje, że kobieta już nie żyła, kiedy zadano te ciosy, a krew nie miała już ciśnienia. Przy prawej nodze łóżka państwa Moore stała duża lampa naftowa na stojaku. Ani ta lampa, ani druga znaleziona na dole nie były zapalone wtedy, kiedy Hank Horton pierwszy raz otworzył i obejrzał dom.
Może taki był plan, że ulotnią się o bladym świcie, a reszta rodziny będzie wstawała w swoich zwyczajowych porach. W tym samym pokoju było jeszcze lustro nad komodą, niedbale przykryte czarną spódnicą. Na komodzie leżał zegarek kieszonkowy Joe'ego, a na podłodze krótki kawałek pękniętego łańcuszka od zegarka. Nie został on rozpoznany przez nikogo z bliskich i najprawdopodobniej nie należał do nikogo z rodziny Moore. Zegarek Joe'ego może być istotny, gdyż zapewne sprawca używał go do pilnowania upływu czasu podczas kiedy był w domu ofiar. Być może znał rozkład jazdy pociągów i nie chciał przegapić odjazdu konkretnego pociągu z miasteczka. Być może sprawdzał czas, by zdążyć wyjść z domu przed wschodem słońca. Również nikt nie zauważył wyjścia sprawcy z domu ofiar.
Czy jedzenie było nienaruszone? Bo znowu, mogło nie być związane ze sprawcą, a na przykład przygotowane na rano jako szybkie śniadanie dla gości, sióstr Stillinger, które musiały wcześniej wyjść. Także trudno powiedzieć, czy posiłek dowodził tego, że sprawca wyszedł szybko, ale niektórzy zakładają, że to dość istotna wskazówka. Być może chciał coś zjeść, ale uciekł z miejsca zbrodni, na przykład kiedy usłyszał, jak sąsiadka Mary Peckham dobijała się do domu. Ostatecznie sprawca wyszedł równie cicho jak przyszedł, zamykając za sobą drzwi i zabierając klucze do domu państwa Moore, a detale jego ucieczki pozostają niejasne. Kolejną rzeczą, która w tej sprawie zawsze była szeroko dyskutowana, to jak to możliwe, że sprawca przeszedł się po domu, zdołał zabić osiem osób i żadna z tych osób nie obudziła się, nie wstała, nie próbowała uciekać.
Już pierwsze osoby oglądające scenę zbrodni zastanawiały się nad tym samym. Było podejrzenie, że może ofiary zostały na przykład znieczulone chloroformem, co tłumaczyłoby brak reakcji na odgłosy w domu. Jednak wszystkie osoby, które jako pierwsze zjawiły się na miejscu zbrodni podkreślały, że w domu nie można było wyczuć żadnych podejrzanych chemicznych zapachów. Również nie było możliwości, że sprawca pozabijał choćby niektórych członków rodzin Moore i Stillinger w innych miejscach, a później ułożył w łóżkach. Poza miejscami śmierci ofiar i poza misą w kuchni, w domu nie było istotnych śladów rozmazanej krwi. Jak bardzo nieprawdopodobne by się to nie wydawało, tak właśnie się stało, żadna z ofiar nie opuściła łóżka przed śmiercią. W tym temacie każda teoria może być dobra.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Historia zbrodni w Villisca, Iowa: w 1912 roku 8 osób w jednym domu zostało zamordowanych siekierą podczas snu. Tylko detale na miejscu zbrodni mogą sugerować, o co chodziło sprawcy; jednak sama sprawa pozostała do dzisiaj niewyjaśniona.