Sprawa z Villisca - Zagadki Historii - Mystery Cabin
Historia zbrodni w Villisca, Iowa: w 1912 roku 8 osób w jednym domu zostało zamordowanych siekierą podczas snu. Tylko detale na miejscu zbrodni mogą sugerować, o co chodziło sprawcy; jednak sama sprawa pozostała do dzisiaj niewyjaśniona.
Jednak nie chodzi tu o motykę czy widły, ale o zaawansowany jak na tamte czasy sprzęt, taki jak żniwiarki, maszyny siewne, prasy wiertnicze, powozy konne, a przede wszystkim pługi produkowane przez John Deere Company. Zachowały się nawet zdjęcia reklam prasowych firmy Joe'ego Moore'a, z których wynika, że w ciągu dwóch lat działalności sprzedał 85 pługów John Deere. To jest firma oczywiście do dzisiaj potężna i szeroko znana, więc gdzieś tam możecie ją kojarzyć nawet jeśli, tak jak mi, nie jest Wam po drodze z rolnictwem. W każdym razie na sprzedaży pługów Josiah Moore dorobił się na tyle, że on i jego rodzina stanowili lokalnie pewnego rodzaju elitę, byli znani i poważani w społeczności i wiodło im się bardzo dobrze. Tak przynajmniej było do roku 1912.
Jedynym rozwiązaniem dla sióstr Stillinger było pozostanie w miasteczku od rana do późnego wieczora. Na obrzeżach Villisci mieszkała jeszcze ich babcia i to do niej Lina i Aina zajrzały pomiędzy wydarzeniami w kościele. Po porannej mszy i zajęciach szkółki niedzielnej wraz z babcią zjadły obiad. W tym czasie z kolei rodzina Moore, Joe, Sarah i czwórka dzieci również byli w odwiedzinach u dziadków. Ojciec Joe'ego, 80-letni Charles Moore, był już ciężko schorowany i przykuty do łóżka, pozostawał pod ciągłą opieką żony Mary. Podczas odwiedzin nawet nie rozpoznawał członków rodziny i prawie do nikogo się nie odzywał. Mimo to, a może właśnie zwłaszcza dlatego, że nie wiedzieli, czy to te odwiedziny nie będą ostatnimi, Joe, Sarah i wnuki odwiedzali dziadka Charlesa co tydzień w niedzielę.
Zaniepokojona starsza sąsiadka wróciła do domu i poprosiła jeszcze męża, by też się rozejrzał u sąsiadów, ale i on nie miał pojęcia, co mogło się stać, ani nie miał sposobu, by wejść do domu. Wobec tego pani Peckham zdecydowała się zadzwonić do kogoś z rodziny Joe'ego i Sary i dowiedzieć się, czy krewni wiedzą coś o sytuacji w domu państwa Moore. Myślała, że rodzina mogła zachorować, ale również mogło po prostu nie być nikogo z nich w domu. W końcu nie było jak zajrzeć do środka i to stwierdzić. Wobec tego pomyślała, że stało się coś nagłego w rodzinie Moore, a pierwszym jej podejrzeniem było, że pewnie zmarł ojciec Joe'ego, pan Charles Moore, i że cała rodzina poszła go pożegnać. Państwo Moore nie mieli samochodu, a koń i powóz zostały przy domu, więc nie mogli też nigdzie odjechać.
Było około 7.30 rano, kiedy Mary Peckham zadzwoniła do krewnego Moore'ów, którego znała najlepiej, a więc do brata Joe'ego, Ross'a Moore'a, miejscowego aptekarza. Telefon odebrała jego żona Jessie. Pani Peckham dopytywała, czy coś się stało z Charlesem Moore'em, albo czy bliscy wiedzieli, dlaczego Joe, Sarah i dzieci mogli pilnie wyjść z domu. Małżonkowie Ross i Jessie nie wiedzieli nic o planach Joe'ego i Sary, czy jakichś przyczynach tłumaczących ich nieobecność, więc sami nieco się zaniepokoili. Po tym telefonie ruszyła więc cała seria kolejnych połączeń między mieszkańcami Villiski. Ross zadzwonił do sklepu brata, gdzie telefon odebrał pracownik Joe'ego, Ed Selley. Pracownik potwierdził, że szefa ani nikogo z jego rodziny nie było na miejscu.
Po kilku minutach Ed oddzwonił do domu Ross'a Murra. Powiedział, że próbował dzwonić do domu szefa, ale nikt tam nie odbierał telefonu. Dodzwonił się z kolei do domów rodziców Joe'ego i rodziców Sary, państwa Montgomery i w żadnym z tych domów również nie było Joe'ego ani jego żony czy dzieci. Krótko po tym telefon w sklepie znów zadzwonił. Tym razem sąsiadka Mary Peckham dzwoniła zapytać czy w sklepie nie było Joe'ego, dowiedziała się, że nie, po czym poinformowała, że zwierzęta Państwa Moore wymagają oporządzenia i nakarmienia. Wobec niecodziennej sytuacji przejęty Ed zamknął sklep i podszedł do domu swojego szefa Joe'ego Moore'a, gdzie wszedł do budynku gospodarczego na podwórku, Nakarmił konia, krowę, oporządził zwierzęta.
I tam natknął się na dwa ciała położone na łóżku, przykryte zakrwawionymi kołdrami. Widział wystające z pościeli nogi i ręce i zarys sylwetek. Nawet nie próbował ustalić, kto to był. Spanikował i wybiegł z domu na werandę, mówiąc pani pekam, że stało się coś strasznego i prosząc, by szybko sprowadziła strażnika miasta, Henka Hortona. Rozsądnie Rosmur zamknął drzwi domu brata na klucz i do czasu przybycia strażnika nikogo nie zamierzał wpuszczać do środka. Pani Peckham pognała więc do domu i zadzwoniła do sklepu Joe'ego, gdzie znów odezwał się Ed Selley. Bez długich tłumaczeń, poleciłaby Ed jak najszybciej przyszedł ze strażnikiem miasta do domu państwa Moore. Ed pobiegł do biura strażnika i powiedział mu o sytuacji, więc Hank Horton ruszył od razu za nim.
Kiedy wyszedł z domu murów, wyraźnie wstrząśnięty dr Cooper ostrzegł ludzi zgromadzonych już tłumnie na zewnątrz, mówiąc, nie wchodźcie tam, będziecie tego żałować do ostatniego dnia swojego życia. Mniej więcej w tym samym momencie pojawił się kolejny lekarz, doktor Williams, którego również przyprowadził pracownik Joe'ego, Ed Selley. Doktor Williams wszedł do domu z Hankiem Hortonem i dokonał wstępnego badania ciał. Sprawdzał sztywność kończyn, stopień zaschnięcia i obkurczenia tkanek, unosił ofiary nieco i patrzył jak ich ciała, albo jak kończyny opadały na łóżko. Na podstawie stopnia stężenia pośmiertnego ocenił, że ofiary musiały nie żyć od około 5 do 6 godzin. Po oprowadzeniu doktora Williamsa, Hank Horton musiał opuścić miejsce zbrodni i udać się do biura, by poprzez telefon i telegraf sprowadzić śledczych i wezwać wszelką możliwą pomoc.
Wraz z nim do domu wszedł przedsiębiorca pogrzebowy Smith, który miał zająć się ciałami ofiar. Jak tylko panowie weszli przez drzwi z frontowej werandy, trafili na kilkanaście osób włóczących się po parterze. Razem z tymi, których zastali na piętrze podczas obchodu domu, naliczyli co najmniej 25 całkowicie postronnych ludzi. Ludzi, którzy dotykali czego chcieli, zaglądali gdzie mieli ochotę i deptali co popadnie. W tym podawali sobie nawzajem siekierę, która była narzędziem zbrodni, no bo chcieli sobie popatrzeć. Ktoś nawet zabrał fragment czaszki Joe'ego Moore'a, chyba jako makabryczną pamiątkę. Wydaje się, że ten ktoś musiał mieć nieco nierówno pod sufitem, ale nie został uznany za podejrzanego w sprawie, a przynajmniej żadna taka informacja się nie zachowała.
Pogrzeb ofiar zbrodni został zaplanowany na środę 12 czerwca i do tego czasu trumny pozostały w budynku ratusza. We wtorek przyszła tam matka Joe'ego, Mary, która nie mogła pogodzić się z tym, że nie miała możliwości pożegnać się z synem. Ze względu na obrażenia ofiar oczywiście trumny pozostały zamknięte i nikt nie chciał pokazać staruszce ciała, które było praktycznie pozbawione głowy. Wyjątkowo pozwolono jej jedynie uchylić wiekotrumny na tyle, by mogła potrzymać za rękę swojego syna po raz ostatni. W środę osiem trumien zostało wystawionych na centralnym placu w Villisce, na specjalnie przygotowanym podium. Następnie karawany i wozy konne przewiozły trumny na cmentarz położony na północy miasta.
Także i jego wnioski będą się przewijały w opisie miejsca zbrodni, do którego właśnie przechodzimy. Kolejną sprawą, która mocno utrudniała wyciąganie wniosków przez śledczych, jest brak zdjęć z miejsca zbrodni. Wiadomo, że powstało przynajmniej kilka zdjęć i były osoby, które je widziały, ale ich losy są nieznane. To znaczy zdjęć, nie osób. 10 czerwca, w dniu odkrycia zbrodni, wraz z tłumem w domu ofiar pojawił się niezależny dziennikarz Bruce Stylians. Zrobił na miejscu zdjęcia, w tym zdjęcia ofiar, jednak gdy wychodził na zewnątrz, wypatrzył go Ross Moore, brat Joe'ego i Ross wściekł się, wyrwał dziennikarzowi jego aparat Kodak, po czym zdeptał go i zdjęcia zostały utracone na zawsze.
Była to siekiera należąca do rodziny Moore. Została rozpoznana przez członków rodziny Joe'ego i Sary. Jej normalnym miejscem był schowek na drewno na podwórku domu. Zwykle narzędzie pochodzące z domu kieruje podejrzenia na kogoś z domu, ale w tym przypadku wszyscy byli martwi. Sprawca pojawił się więc na miejscu bez broni czy bez narzędzia do zabijania. W takim razie można zastanowić się czy zbrodnia mogła być wynikiem impulsu. Nie była planowana, ani tym bardziej zlecona, bo w takim przypadku sprawca przyszedłby przygotowany. Zobaczył rodzinę wchodzącą wieczorem do domu albo przez okno widział ich przygotowania do snu i poczuł żądze zabijania. A może obserwował ich wcześniej w ciągu dnia, może był w kościele wraz z nimi i za nimi przyszedł pod dom.
Trzymając siekierę w jednej i lampę w drugiej dłoni, nieznajomy cicho wspiął się po wąskich drewnianych schodach prowadzących na piętro. Wyszedł prosto na łóżko, w którym spali Joe i Sarah mur. Uderzył najprawdopodobniej najpierw Joe'ego silnym ciosem miażdżąc mu czaszkę i prawdopodobnie zabijając go natychmiast. Potem zadał Sarze cios, zanim zdążyła się w ogóle obudzić i zarejestrować jego obecność. Pozostawiając parę martwą lub umierającą, sprawca poszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie spała czwórka dzieci państwa Moore. Uderzając tępą stroną siekiery, zabił wszystkie. Po raz kolejny nie ma dowodów na to, że któreś z nich obudziło się przed śmiercią.
Taką najczęstszą i chyba pierwszą, jaka przychodzi na myśl, to że sprawca czuł głęboką osobistą nienawiść do osoby, którą okaleczył najbardziej brutalnie. Tutaj jednak nie za bardzo pasuje taka interpretacja sytuacji, głównie ze względu na rozległy charakter zbrodni. Ktoś przepełniony nienawiścią do Joe'ego i chcący go ukarać mógłby zrobić to bez unicestwienia całej jego rodziny. Na dobrą sprawę mógł po pierwszych ciosach poprzestać i po prostu uciec z domu, w ogóle nie dotykając drzwi do pozostałych pomieszczeń. Jednak ten sprawca został w domu jeszcze długo po śmierci Joe'ego i Sary. W takim razie bardziej prawdopodobna staje się sugestia, że sprawca po prostu chciał być pewien, że dorośli, jako jedyne osoby w domu, które mogły zagrozić jemu samemu, byli na pewno martwi.
Może taki był plan, że ulotnią się o bladym świcie, a reszta rodziny będzie wstawała w swoich zwyczajowych porach. W tym samym pokoju było jeszcze lustro nad komodą, niedbale przykryte czarną spódnicą. Na komodzie leżał zegarek kieszonkowy Joe'ego, a na podłodze krótki kawałek pękniętego łańcuszka od zegarka. Nie został on rozpoznany przez nikogo z bliskich i najprawdopodobniej nie należał do nikogo z rodziny Moore. Zegarek Joe'ego może być istotny, gdyż zapewne sprawca używał go do pilnowania upływu czasu podczas kiedy był w domu ofiar. Być może znał rozkład jazdy pociągów i nie chciał przegapić odjazdu konkretnego pociągu z miasteczka. Być może sprawdzał czas, by zdążyć wyjść z domu przed wschodem słońca. Również nikt nie zauważył wyjścia sprawcy z domu ofiar.
Jeśli tak było, to oznacza to, że 8 osób musiało zginąć w zasadzie tylko po to, by sprawca miał spokój i mógł zostać sam na sam z ciałem, na które chciał patrzeć. Co jest pod każdym względem niesamowicie przerażające. Teraz przejdę do osób szczególnie podejrzanych w sprawie. Opowiem o trzech głównych kierunkach rozważań, bo mniej czy bardziej wiarygodnych teorii w tej sprawie jest bardzo dużo. Ze względu na to, że tak naprawdę nie ma zbyt wiele materiału dowodowego, powstały różne, daleko idące teorie. Na przykład taka, że mordercą był ojciec rodziny Joe Moore. Twarz leżącego w łóżku małżeńskim mężczyzny była zniekształcona nie do poznania, a wszyscy automatycznie przyjęli, że było to ciało Joe'ego.
W ogóle chodzenie po domu od łóżka do łóżka i działanie z taką pewnością, to każe się tak trochę zastanowić, czy sprawca w tym domu nie był wcześniej. Nawet przez chwilę były podejrzenia wobec krewnych rodziny, na przykład sama Moyera, szwagra Joe'ego, który miał wiele razy grozić Joe'emu, ale Moyer miał potwierdzone alibi. Przejdźmy więc do osób podejrzanych, takich mocno podejrzanych, które do dzisiaj są uważane za najbardziej prawdopodobnych sprawców tej zbrodni. Jednym z pierwszych podejrzanych, może nie tyle o dokonanie zbrodni, co o jej zlecenie, był lokalny biznesmen i polityk Frank Fernando Jones, który dotąd został tylko krótko wspomniany. Już pierwszego dnia, kiedy morderstwa zostały ujawnione, nazwisko Jonesa pojawiło się w rozmowach i plotkach mieszkańców Villiski.
Nie tylko otworzył go tuż obok, nie tylko zajął się tym samym profilem sprzedaży, ale również zabrał ze sobą franczyzę potężnej i wiodącej na rynku firmy John Deere. To był duży segment działalności sklepu Jonesa i z pewnością duży cios w jego biznes. Nie było tajemnicą, że od tamtego czasu Frank Jones i Joe Moore byli bardzo niechętnie do siebie nastawieni. Kolejnym powodem, dla którego Frank Jones miał nienawidzić Joe'ego Moore'a był fakt, że Joe nawiązał romans z jego synową. Była nią Donna Jones, kobieta, która przyjechała do Villiski z małej wioski na południe od miasteczka, by pracować jako nauczycielka. W roku 1910 wyszła za mąż za Alberta Jonesa, syna Franka Jonesa. Donna była piękna, wesoła i pełna takiej młodzieńczej energii.
I wśród nich miał być oczywiście Frank Jones i powiedzieć, załatwcie najpierw Joe'ego, reszta pójdzie łatwo. Jeszcze jeden świadek, Ed Landers, który zatrzymywał się u swojej matki mieszkającej kilka domów na zachód od rodziny Moore, rzekomo przechodził koło domu ofiar wieczorem przed morderstwem. Ocenił, że było to chwilą po 20, czyli w czasie, kiedy rodzina Moore była w kościele. I Ed miał zauważyć człowieka, który szedł z naprzeciwka i skręcił wprost do ogrodu Moore'ów. Zidentyfikował go jako Alberta Jonesa, syna senatora. Oczywiście wszyscy ci świadkowie pojawili się po raz pierwszy i nigdy wcześniej nie składali takich zeznań. Ed Landers nawet zeznawał w 1912 roku przed koronerem i w ogóle nie wspomniał wówczas o widzeniu Alberta czy kogokolwiek innego.
Jones mógł uważać Joe'ego Moore'a za arcywroga, ale unicestwienie całej rodziny, w tym bogu ducha winnych dzieciaków i jeszcze przypadkowych dziewczyn, wydaje się po prostu za dużą masakrą. Wiem, że bywały zabójstwa i mordy pod dużo bardziej lichym pretekstem, ale tutaj mówimy o czymś, co musiało być długo planowane i rozważone na chłodno. Historia z założeniem przez Joe'ego konkurencyjnego sklepu wydarzyła się 5 lat przed zbrodnią. Ewentualna afera związana z romansem Joe'ego mogła być niewygodna dla senatora, ale nie chcę wierzyć, że w zemście senator kazałby komuś zgładzić całą rodzinę. Rodzina nie mogła odpowiadać za winy ojca, a w sytuacji gdzie ktoś z rodziców zdradza drugiego, to właśnie rodzina jest też tego ofiarą i też na takim romansie cierpi.
Dwa tygodnie po zbrodni Kelly wrócił do Villiski i nawet wziął udział w wycieczce po domu z grupą śledczych, samemu udając detektywa. W poniedziałek rano poprosił Ewinga, u którego znowu się zatrzymał na noc, aby pokazał mu dom zbrodni. Kiedy duchowni pojawili się przed domem ofiar, Akurat wchodziła grupa, w której składzie byli zastępca prokuratora generalnego stanu Iowa, prokurator hrabstwa Montgomery, Radcliffe, Rose Moore, brat Joe'ego i detektyw Tom O'Leary z Agencji Detektywistycznej Haysa w Kansas City. Kelly po prostu wszedł za grupą, przedstawił się obecnym jako detektyw Kelly i bez przebrania, bez żadnego kamuflażu obszedł dom. Zaglądał w każdy kąt i we wszystkie zakamarki, wydawał się być niezwykle podekscytowany, głośno komentował wygląd pomieszczeń, zauważył coś co uważał za odcisk kciuka na framudze drzwi i położył na nim własny kciuk, aby zobaczyć jak dobrze do siebie pasowały.
Pokazano wszystkie 20 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Historia zbrodni w Villisca, Iowa: w 1912 roku 8 osób w jednym domu zostało zamordowanych siekierą podczas snu. Tylko detale na miejscu zbrodni mogą sugerować, o co chodziło sprawcy; jednak sama sprawa pozostała do dzisiaj niewyjaśniona.