Hrabia Monte Christo. 93. Wyznanie
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
93. Wyznanie. W tejże chwili zabrzmiał z gabinetu głos pana de Vilfort. Co się dzieje? Morrel spojrzał pytająco na Nortriera. Starzec odzyskał już zimną krew i wskazał mu wzrokiem gotowalnię, w której Morrel już raz krył się w podobnych okolicznościach. Chwycił tylko kapelusz i rzucił się zdyszany za zasłonę. Na korytarzu słychać już było bowiem kroki prokuratora. Wilfor wpadł do pokoju, podbiegł do Valentini, chwycił ją w ramiona. Lekarza! Lekarza! krzyknął. Idźcie pod pana d'Avrigny albo sam po niego pójdę. I wybiegł z pokoju. Innymi drzwiami wymknął się Morel. Jak obuchem uderzyło go to straszliwe wspomnienie. Przypomniał sobie rozmowę Wilforta i lekarza, którą podsłuchał w noc śmierci pana de Saumeron.
Tak. Wyszedłem z domu, do którego zawitała śmierć i pobiegłem do pana. Czyżby od państwa de Morsaire? Nie. Ktoś tam umarł? Generał strzelił sobie w łeb. — Ach, co za okropne nieszczęście! — wykrzyknął Maksymilian. — No, ale nie dla hrabiny, ani nie dla Alberta. Lepiej, gdy ojciec i mąż umiera, niż gdyby miał żyć z piętnem hańby. Krew je zmywa. — O, biedna hrabina, to jej mi żal przede wszystkim, taka szlachetna kobieta. — Żałuj też i Alberta, uwierz mi, to godny syn swojej matki. Ale wróćmy do ciebie, przybiegłeś do mnie. Czyżby spotkało mnie to szczęście, że mnie potrzebujesz? O tak, potrzebuję. To znaczy pomyślałem, jak szalony, że może zdołałby mi Pan pomóc w sprawie, w której może pomóc tylko Bóg.
Monte Christo położył taki nacisk na te słowa, że Morel porwał się z miejsca i wykrzyknął. — Hrabio, ależ pan wie, o kim mówię! — Ach, oczywiście, drogi przyjacielu. A dowiodę ci tego, stawiając kropkę nad i, a raczej nazwę ludzi, o których mówiłeś. Przechadzałeś się po ogrodzie pana de Vilfort? Z tego, co mi powiedziałeś, wnioskuję, że było to w wieczór, gdy umarła pani de Saumeron. Podsłuchiwałeś, jak pan de Villefort rozmawia z panem d'Avrigny o śmierci pana de Saumeron i o nie mniej dziwnej śmierci Markizy. Pan d'Avrigny mówił, że podejrzewa otrucia, nawet dwa. A pan, wcielenie uczciwości, od tej chwili zgłębiasz swoją duszę, sądujesz sumienie i zastanawiasz się, czy wyjawić ten sekret, czy też nie.
To rodzina atrydów. Bóg ich potępił, a jego wyrok zostanie wykonany. Choćby ich było dwustu, rozsypią się jak zabaweczki z papieru pod tchnieniem pana. Trzy miesiące temu pan de Saint-Méron, dwa miesiące temu Markiza, ostatnio Barois, a dziś stary Nortriere albo panna Valentin. – Wiedział pan o tym! – zakrzyknął Morel z taką zgrozą, że Monte Christo zadrżał on, który zachowałby spokój, nawet gdyby niebo runęło na ziemię. – Wiedział pan o tym i nic pan nie mówił! – A co mnie to obchodzi? – odparł Monte Christo, wzruszając ramionami. – Czy ja znam tych ludzi? Czy miałem ocalić jedno z nich, aby pogrążyć drugie?
— Chce mi pan coś powiedzieć? — zapytał. Starzec zamrugał gwałtownie oczyma. Jak wiemy, tylko tak mógł potwierdzać czyjeś słowa. — Tylko mnie? Tak. Dobrze, zostanę tu trochę z panem. W tejże chwili wrócił Wilfor, a za nim weszła pokojówka. Za pokojówką pani de Wilfor. – Ale cóż to się stało naszej dziecińce? – spytała. – Wyszła ode mnie, skarżyła się, że źle się czuje, ale nie sądziłam, że to coś poważnego. I młoda kobieta z euzami w oczach, czule jak rodzona matka, utuliła rękę Valentin. De Avrini patrzył ciągle na Nortriera. Starzec wytrzeszczył oczy, źrenice mu się rozszerzyły, policzki posiniały mu i zadrgały, pot wystąpił na czoło.
– Ach! – wyrwało mu się mimowolnie, gdy skierował wzrok w ślad za spojrzeniem Nortriera i ujrzał panią de Villefort, która właśnie w tej chwili mówiła. Biednemu dziecku będzie lepiej w łóżku. Fanny, chodź tu, położymy ją. Pan D'Avrini, gdy ujrzał w tej propozycji okazję, by zostać sam na sam z nortyjerem, kiwnął głową na znak, że rzeczywiście tak będzie najlepiej. Zabronił jednak podawać jej cokolwiek do picia lub jedzenia, prócz tego, co sam przepisze. Wyniesiono Walentin, która właśnie odzyskała przytomność. Nie mogła jednak ani mówić, ani się poruszać, tak była osłabiona wstrząsem, jakiego doznał jej organizm. Miała jednak tyle siły, aby pożegnać spojrzeniem dziadka, któremu wydawało się, gdy ją wynosili, że mu wyrywają duszę.
Wzniesionych ku niebu z wdzięcznością. W tejże chwili wrócił Wilfor. – No proszę – rzekł do lekarza – mam lekarstwo, które pan zapisał. Przygotowano je w pańskiej obecności? Tak. I nie dawał go pan nikomu? Nie. D'Avrini wziął flakonik, nakapał sobie kilka kropel na rękę i skosztował. Dobrze, rzekł. Chodźmy teraz do Valentin. Wydam wszystkim zalecenia, a pan ma dopilnować, aby nikt ich nie zaniedbywał. Gdy lekarz szedł z Wilfortem do pokoju Valentin, Jakiś włoski ksiądz o surowym wyglądzie i spokojnym, stanowczym głosie wynajmował właśnie dom przylegający do pałacu pana de Vilfort. Nie wiadomo na podstawie jakiej transakcji dwie godziny później z kamieniczki wyprowadziło się trzech lokatorów.
Pokazano wszystkie 7 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!