Hrabia Monte Christo. 93. Wyznanie
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
— Pańska córka! — wykrzyknął zdumiony i zdjęty przerażeniem di Avelini. — Widzisz, pan, myliłeś się! — wyszeptał prokurator. — Przyjdź do mnie i proś konająco o przebaczenie za te podejrzenia. — Za każdym razem, gdyby nie pan wzywałeś, było za późno. Nieważne, idę. Ale spieszmy się przy takim wrogu, jaki działa w pańskim domu, nie ma czasu do stracenia. — O, tym razem, doktorze, nie będzie mi pan już wyrzucał słabości. Tym razem odnajdę mordercę i zmiażdżę go. Najpierw spróbujmy uratować Valentin, potem pomyślimy o zemście. Chodźmy! Kabriolet uwiozł Wilforta i Dawliniego do domu, a w tej samej chwili Morel pukał do drzwi Monte Christa. Hrabia był w gabinecie i czytał mocno zatroskany list, który otrzymał od Bertuccia.
Gdy zaanonsowano Morela, z którym rozstał się zaledwie dwie godziny wcześniej, uniósł głowę. Również u Morela musiały zajść jakieś nowe okoliczności, skoro młody człowiek, który żegnał go dwie godziny temu z uśmiechem na ustach, powracał teraz tak wstrząśnięty. Hrabia wstał i podbiegł do Maksymiliana. — Co się stało, Maksymilianie? — zapytał. — Jesteś pan blady, spływa z ciebie pot. Morello sunął się na potel. — Tak, biegłem tutaj — odparł. — Muszę z panem pomówić. — Czy pańska rodzina ma się dobrze? — spytał hrabia ze szczerą życzliwością. — Tak, dziękuję — rzekł młody człowiek wyraźnie zakłopotany. Nie wiedział, od czego ma zacząć. — Wszyscy zdrowi. — O, to dobrze. Ale chcesz mi, panu, o czymś powiedzieć? — podjął hrabia, coraz bardziej zaniepokojony.
No mimo to, powiedz o co chodzi. O, sam nie wiem, czy wolno mi wyjawić komuś taką tajemnicę, ale los, konieczność mnie do tego zmusza. Morel zawahał się. Wierzy Pan, że jestem Panu przyjacielem? – odezwał się Monte Christo, biorąc serdecznym gestem dłoń Maksymiliana w swoje dłonie. O, dodajesz mi Pan odwagi, a poza tym coś mi mówi, że nie powinienem mieć przed Panem tajemnic. Ma Pan rację, to Bóg podszeptuje te słowa Pańskiemu Sercu, a serce podszeptuje je Panu. Proszę powtórzyć, co też to serce Panu powiada? Hrabio, mógłbym posłać Baptystę, by dowiedział się, co się dzieje u kogoś, kogo Pan zna?
Powiedziałem, że jestem do Pańskiej dyspozycji, a więc moja służba również. – O, bo nie uspokoję się, dopóki się nie dowiem, że jest z nią lepiej. – Mam zadzwonić po Baptystę? – Nie, sam z nim porozmawiam. Morel wezwał Baptystę i cicho coś do niego powiedział. Lokaj natychmiast wybiegł. – I co, załatwione? – zapytał Hrabia, gdy Morel wszedł do pokoju. – Tak, i zaraz się trochę uspokoję. – No, a ja czekam? – odezwał się Monte Christo z uśmiechem. – Tak, już mówię. Pewnego wieczoru byłem w pewnym ogrodzie. Ukrywałem się w kępie drzew i nikt się nie domyślał, że tam jestem. Obok mnie przeszło dwóch ludzi. Na razie nie wyjawię ich nazwisk.
No tak, ciągnął Maksymilian. W ciągu tego miesiąca śmierć dwukrotnie nawiedziła ten dom. A co odpowiedział lekarz? Odpowiedział, że ta śmierć nie była naturalna i że przyczyniła się do niej trucizna. — Doprawdy? — rzekł Monte Christo, lekko pokasłując. Kasłaniem tym pokrywał duże wzruszenie rumieniec, bladość albo zaintrygowanie. — Naprawdę słyszałeś takie rzeczy? — Tak, kochany hrabio, słyszałem. I lekarz dodał, że jeśli coś takiego się powtórzy, będzie zmuszony zawiadomić policję. Hrabia słuchał lub udawał, że słucha z największym spokojem. — No i cóż? — ciągnął Maksymilian. — Śmierć uderzyła po raz trzeci i ani pan domu, ani lekarz nic nikomu nie powiedzieli.
Śmierć uderzy teraz, być może po raz czwarty. Hrabio, jak pan sądzi, do czego zobowiązuje mnie znajomość takiej tajemnicy? — Drogi przyjacielu, opowiadasz mi tu historię, jaką chyba każdy zna. Znam dom, w którym to podsłuchałeś, a przynajmniej tak mi się zdaje. Dom z ogrodem, pan domu, lekarz dom, w którym nastąpiły trzy dziwne, niespodziewane zgony. No więc spójrz na mnie. Nie podsłuchiwałem nikogo. Mimo to wiem o tym wszystkim tak dobrze jak pan. A czy gnębią mnie jakieś wyrzuty sumienia? Nie. Nie obchodzi mnie to. Mówi pan, że anioł śmierci wskazuje ten dom rozgniewanemu Bogu.
A może tak rzeczywiście jest? Nie wnikaj w to, czego nie chcą znać ci, których to powinno interesować. Jeżeli do tego domu zawitała sprawiedliwość Boża, a nie Boży gniew, odwróć głowę, Maksymilianie, i przepuść boską sprawiedliwość. Maksymilian zadrżał. W głosie hrabiego pobrzmiewało coś posępnego, uroczystego i straszliwego. A zresztą ciągnął hrabia głosem zmienionym do tego stopnia, że wydawało się, jakby przemówił nagle ktoś inny. Skąd możesz wiedzieć, że to zacznie się znowu? — Ale już się zaczyna, hrabio! — wykrzyknął Morel. — Dlatego przybiegłem do pana. — Ale co ja mam na to poradzić, kapitanie? Może przypadkiem chciałbyś, abym uprzedził prokuratora królewskiego?
Monte Christo położył taki nacisk na te słowa, że Morel porwał się z miejsca i wykrzyknął. — Hrabio, ależ pan wie, o kim mówię! — Ach, oczywiście, drogi przyjacielu. A dowiodę ci tego, stawiając kropkę nad i, a raczej nazwę ludzi, o których mówiłeś. Przechadzałeś się po ogrodzie pana de Vilfort? Z tego, co mi powiedziałeś, wnioskuję, że było to w wieczór, gdy umarła pani de Saumeron. Podsłuchiwałeś, jak pan de Villefort rozmawia z panem d'Avrigny o śmierci pana de Saumeron i o nie mniej dziwnej śmierci Markizy. Pan d'Avrigny mówił, że podejrzewa otrucia, nawet dwa. A pan, wcielenie uczciwości, od tej chwili zgłębiasz swoją duszę, sądujesz sumienie i zastanawiasz się, czy wyjawić ten sekret, czy też nie.
To nie średniowiecze, kochany przyjacielu. Nie ma już świętej wemy i sądów kapturowych. Czego u diabła chcesz pan od tych ludzi? Sumienie, czegoż ode mnie chcesz? Mówi stern. Ejże mój drogi, zostawże ich, niech sobie śpią, jeśli sypiają. A jeśli cierpią na bezsenność, pozwól im tak zmizernieć i na litość boską sam się wysypiaj. Nie dręczą cię przecież wyrzuty sumienia. Na twarzy Morela odmalowało się okropne cierpienie. Chwycił Monte Christa za rękę. Ale to się znów zaczyna. Czy pan nie słyszy? Ejże, to niech się zaczyna! – odparł hrabia zdumiony tym uporem, który go nie pojmował i spojrzał uważnie na Maksymiliana.
Ta cisza, to skupienie i ta walka trwały przez jakiś czas. Następnie hrabia uniósł pobladłą twarz. — Widzisz, drogi przyjacielu — rzekł zmienionym głosem — jak Bóg umie karać za obojętność największych, najzimniejszych fanfaronów, jeśli nie wzruszają ich straszliwe obrazy, jakie im stawia przed oczyma. Oglądałem chłodno i z ciekawością, jak rozwija się ta ponura tragedia. Śmiałem się niczym szatan ze zła, jakie czynią ludzie. Bezpieczny w ukryciu. A tak łatwo ukrywać się, gdy się jest bogatym i potężnym. I teraz właśnie i mnie ugryzł ten wąż, któremu się przypatrywałem.
Ugryzł mnie w samo serce. Morel głucho jęknął. — No, no — mówił hrabia — dość tych płaczów. Bądź mężczyzną, bądź silny. Nie trać nadziei. Jestem tu i czuwam nad tobą. Morel potrząsnął smutno głową. Nie trać nadziei, rozumiesz? – zawołał Monte Christo. Wiedz pan, że nigdy nie kłamie, nigdy się nie mylę. Jest południe, Maksymilianie. Podziękuj niebu, żeś przyszedł do mnie w południe, a nie wieczorem albo jutro rano. Posłuchaj mnie. Jeżeli Walentyn jeszcze nie umarła, już nie umrze. – O Boże, Boże! – wykrzyknął Borel. – Kiedy wychodziłem, była umierająca.
Jesteś aniołem? Jesteś Bogiem? I młodzieniec, który nigdy nie cofał się przed niebezpieczeństwem, cofnął się przed Hrabią, zdjęty niewypowiedzianą zgrozą. Ale Monte Christo spojrzał na nas z uśmiechem pełnym takiej melancholii i łagodności, że Maksymilian poczuł łzy w oczach. – Mogę wiele, przyjacielu – odparł Hrabia. – Idź, muszę zostać sam. Morel, ulegając niezwykłemu wpływowi, jaki wywierał Monte Christo na swe otoczenie, nawet nie próbował się spod niego wyrwać. Uścisnął dłoń hrabiego i wyszedł. Ale w drzwiach zatrzymał się, aby poczekać na Baptystę. Baptysta bowiem wybiegł właśnie zza rogu ulicy Mantignon.
Pokazano wszystkie 12 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!