Hrabia Monte Christo. 93. Wyznanie
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
93. Wyznanie. W tejże chwili zabrzmiał z gabinetu głos pana de Vilfort. Co się dzieje? Morrel spojrzał pytająco na Nortriera. Starzec odzyskał już zimną krew i wskazał mu wzrokiem gotowalnię, w której Morrel już raz krył się w podobnych okolicznościach. Chwycił tylko kapelusz i rzucił się zdyszany za zasłonę. Na korytarzu słychać już było bowiem kroki prokuratora. Wilfor wpadł do pokoju, podbiegł do Valentini, chwycił ją w ramiona. Lekarza! Lekarza! krzyknął. Idźcie pod pana d'Avrigny albo sam po niego pójdę. I wybiegł z pokoju. Innymi drzwiami wymknął się Morel. Jak obuchem uderzyło go to straszliwe wspomnienie. Przypomniał sobie rozmowę Wilforta i lekarza, którą podsłuchał w noc śmierci pana de Saumeron.
Wilfor otwierał już gwałtownie drzwi. — A, to pan! — rzekł lekarz. — Tak, to ja! — odparł Wilfor, zamykając za sobą drzwi. — To ja teraz zapytam, jesteśmy sami? Doktorze, na moim domu ciąży klątwa. — O, coś takiego! — odparł di Avrini zimno z pozoru, choć się w głębi duszy zadrżał. — Czyżby znów ktoś zachorował? — Tak! — zawołał Wilfor, rwąc sobie konwulsyjnie włosy. — Tak! Wzrok Davriniego mówił – ostrzegałem pana. I powoli zapytał – a więc kto z kolei umrze u pana? Jaka nowa ofiara oskarży nas o słabość przed Bogiem? Z piersi Wilforta wyrwał się szloch. Przysunął się do lekarza i ścisnął go za ramię. – Valentin! Kolejna Valentin!
— Pańska córka! — wykrzyknął zdumiony i zdjęty przerażeniem di Avelini. — Widzisz, pan, myliłeś się! — wyszeptał prokurator. — Przyjdź do mnie i proś konająco o przebaczenie za te podejrzenia. — Za każdym razem, gdyby nie pan wzywałeś, było za późno. Nieważne, idę. Ale spieszmy się przy takim wrogu, jaki działa w pańskim domu, nie ma czasu do stracenia. — O, tym razem, doktorze, nie będzie mi pan już wyrzucał słabości. Tym razem odnajdę mordercę i zmiażdżę go. Najpierw spróbujmy uratować Valentin, potem pomyślimy o zemście. Chodźmy! Kabriolet uwiozł Wilforta i Dawliniego do domu, a w tej samej chwili Morel pukał do drzwi Monte Christa. Hrabia był w gabinecie i czytał mocno zatroskany list, który otrzymał od Bertuccia.
Monte Christo położył taki nacisk na te słowa, że Morel porwał się z miejsca i wykrzyknął. — Hrabio, ależ pan wie, o kim mówię! — Ach, oczywiście, drogi przyjacielu. A dowiodę ci tego, stawiając kropkę nad i, a raczej nazwę ludzi, o których mówiłeś. Przechadzałeś się po ogrodzie pana de Vilfort? Z tego, co mi powiedziałeś, wnioskuję, że było to w wieczór, gdy umarła pani de Saumeron. Podsłuchiwałeś, jak pan de Villefort rozmawia z panem d'Avrigny o śmierci pana de Saumeron i o nie mniej dziwnej śmierci Markizy. Pan d'Avrigny mówił, że podejrzewa otrucia, nawet dwa. A pan, wcielenie uczciwości, od tej chwili zgłębiasz swoją duszę, sądujesz sumienie i zastanawiasz się, czy wyjawić ten sekret, czy też nie.
Tymczasem Villefort i d'Avrigny przyjechali na miejsce. Valentin była wciąż nieprzytomna. Lekarz zbadał ją ze starannością, którą nakazywały okoliczności i tak wnikliwie, jak wskazywała znana mu tajemnica. Wilfor zawiesił wzrok na jego ustach, czekając na diagnozę. Northier, bledszy od wnuczki, czekał z jeszcze większą niecierpliwością, a oczy płonęły mu blaskiem pełnym inteligencji. W końcu d'Avrigny wolno wyrzekł – jeszcze żyje. — Jeszcze! — krzyknął Wilford. — Doktorze, jak to strasznie brzmi! — Ta! — przytaknął lekarz. — Powtarzam, żyje jeszcze i bardzo mnie to dziwi. — Ale da się ją ocalić?
— Tak, skoro żyje. W tejże chwili wzrok d'Avriniego skrzyżował się ze spojrzeniem Nortriera. Oczy starca błyszczały taką radością. Widać w nich było myśl tak bogatą, że aż to lekarza zastanowiło. Ułożył znów na fotelu dziewczynę. Jej zbelało usta, ledwie można było dojrzeć w równie zbielałej twarzy. I znieruchomiał, patrząc na nortriera, który bacznie śledził każdy gest lekarza. — Proszę wezwać pokojówkę, pan Valentin. — zwrócił się do Wilforta d'Avrigny. Wilfort puścił głowę Valentin, którą podtrzymywał i pobiegł po pokojówkę. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, d'Avrigny podszedł do nortriera.
Wzniesionych ku niebu z wdzięcznością. W tejże chwili wrócił Wilfor. – No proszę – rzekł do lekarza – mam lekarstwo, które pan zapisał. Przygotowano je w pańskiej obecności? Tak. I nie dawał go pan nikomu? Nie. D'Avrini wziął flakonik, nakapał sobie kilka kropel na rękę i skosztował. Dobrze, rzekł. Chodźmy teraz do Valentin. Wydam wszystkim zalecenia, a pan ma dopilnować, aby nikt ich nie zaniedbywał. Gdy lekarz szedł z Wilfortem do pokoju Valentin, Jakiś włoski ksiądz o surowym wyglądzie i spokojnym, stanowczym głosie wynajmował właśnie dom przylegający do pałacu pana de Vilfort. Nie wiadomo na podstawie jakiej transakcji dwie godziny później z kamieniczki wyprowadziło się trzech lokatorów.
Pokazano wszystkie 7 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!