Hrabia Monte Christo. 93. Wyznanie
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Wilfor otwierał już gwałtownie drzwi. — A, to pan! — rzekł lekarz. — Tak, to ja! — odparł Wilfor, zamykając za sobą drzwi. — To ja teraz zapytam, jesteśmy sami? Doktorze, na moim domu ciąży klątwa. — O, coś takiego! — odparł di Avrini zimno z pozoru, choć się w głębi duszy zadrżał. — Czyżby znów ktoś zachorował? — Tak! — zawołał Wilfor, rwąc sobie konwulsyjnie włosy. — Tak! Wzrok Davriniego mówił – ostrzegałem pana. I powoli zapytał – a więc kto z kolei umrze u pana? Jaka nowa ofiara oskarży nas o słabość przed Bogiem? Z piersi Wilforta wyrwał się szloch. Przysunął się do lekarza i ścisnął go za ramię. – Valentin! Kolejna Valentin!
— Chce mi pan coś powiedzieć? — zapytał. Starzec zamrugał gwałtownie oczyma. Jak wiemy, tylko tak mógł potwierdzać czyjeś słowa. — Tylko mnie? Tak. Dobrze, zostanę tu trochę z panem. W tejże chwili wrócił Wilfor, a za nim weszła pokojówka. Za pokojówką pani de Wilfor. – Ale cóż to się stało naszej dziecińce? – spytała. – Wyszła ode mnie, skarżyła się, że źle się czuje, ale nie sądziłam, że to coś poważnego. I młoda kobieta z euzami w oczach, czule jak rodzona matka, utuliła rękę Valentin. De Avrini patrzył ciągle na Nortriera. Starzec wytrzeszczył oczy, źrenice mu się rozszerzyły, policzki posiniały mu i zadrgały, pot wystąpił na czoło.
– Ach! – wyrwało mu się mimowolnie, gdy skierował wzrok w ślad za spojrzeniem Nortriera i ujrzał panią de Villefort, która właśnie w tej chwili mówiła. Biednemu dziecku będzie lepiej w łóżku. Fanny, chodź tu, położymy ją. Pan D'Avrini, gdy ujrzał w tej propozycji okazję, by zostać sam na sam z nortyjerem, kiwnął głową na znak, że rzeczywiście tak będzie najlepiej. Zabronił jednak podawać jej cokolwiek do picia lub jedzenia, prócz tego, co sam przepisze. Wyniesiono Walentin, która właśnie odzyskała przytomność. Nie mogła jednak ani mówić, ani się poruszać, tak była osłabiona wstrząsem, jakiego doznał jej organizm. Miała jednak tyle siły, aby pożegnać spojrzeniem dziadka, któremu wydawało się, gdy ją wynosili, że mu wyrywają duszę.
Dawrini poszedł za chorą, wydał ostatnie rozporządzenia, kazał Wilfordowi wsiąść do kabrioletu i pojechać do apteki, aby w jego obecności przygotowano lekarstwa. Miał je przywieźć osobiście i czekać na lekarza w pokoju córki. Powtórzył raz jeszcze zalecenie, aby nie pozwolono dziewczynie nic brać do ust. Wrócił do nortriera, zamknął staranie drzwi, a upewniwszy się, że nikt nie słyszy, rzekł. – Czy wiesz pan coś o chorobie wnuczki? – Tak. – Nie mamy czasu do stracenia. Ja będę pytał, a pan będziesz odpowiadał. Nortrier dał znak, że gotów jest odpowiadać. – Przewidziałeś pan to, co ci dziś przydarzyło, pannie Valentin? – Tak. D'Avrigny zastanawiał się przez chwilę, a potem przysunął się bliżej Nortriera.
Tak. – Więc i ona padnie ofiarą? – zapytał Davrini i wlepił przenikliwy wzrok w pana Nortrier, czekając, jaki skutek wywrą na nim te słowa. – Nie – odparł starzec, a patrzył tak triumfująco, że nikt by się tego po nim nie spodziewał. — A więc ma pan nadal nadzieję? — zdziwił się Davrini. — Tak. — Czegoż się pan spodziewasz? Starzec dał spojrzeniem do zrozumienia, że nie może odpowiedzieć. — A, prawda — szepnął Davrini i zwrócił się znów do Nortriera. — Spodziewasz się, że morderca odstąpi od swego zamiaru? — Nie. — A więc ma pan nadzieję, że trucizna nie podziała na Valentin? — Tak.
Bo przecież to dla pana nic nowego, że ktoś próbował ją otruć? Starzec dał znak, że nie ma w tej kwestii żadnych wątpliwości. A więc skąd ta nadzieja, że Valentin ujdzie śmierci? Nortrier wlepił wzrok z uporem w jedno miejsce. D'Avrigny spojrzał w tym samym kierunku i zrozumiał, że oczy Nortriera utkwione były w butelce z lekarstwem, któremu podawano co dzień rano. A! Zawołał Davrini nagle zrozumiawszy. Wpadł więc pan na pomysł. Nortrier nie pozwolił mu dokończyć. Tak, że można ją uodpornić na truciznę. Tak, przyzwyczajając ją do niej po trochu. Tak, tak, tak.
Nortrier nie posiadał się z radości, że lekarz go zrozumiał. Słyszałeś pan zapewne, jak mówiłem, że w skład tego leku wchodzi brucyna? Tak. I przyzwyczaił pan Valentin do brucyny, aby w ten sposób zneutralizować skutki podobnej trucizny? W oczach Nortriera błyszczała wciąż triumfalna radość. I dokazał pan swego! – zawołał Davrini. Gdyby nie ta przezorność, Walentyn już by nie żyła, zamordowana bez litości i wszelka pomoc byłaby daremna. Atak był gwałtowny, ale tylko nią wstrząsnął i osłabił. Przynajmniej tym razem Walentyn nie umrze. Bezgraniczna radość zabłysła w oczach starca.
Wzniesionych ku niebu z wdzięcznością. W tejże chwili wrócił Wilfor. – No proszę – rzekł do lekarza – mam lekarstwo, które pan zapisał. Przygotowano je w pańskiej obecności? Tak. I nie dawał go pan nikomu? Nie. D'Avrini wziął flakonik, nakapał sobie kilka kropel na rękę i skosztował. Dobrze, rzekł. Chodźmy teraz do Valentin. Wydam wszystkim zalecenia, a pan ma dopilnować, aby nikt ich nie zaniedbywał. Gdy lekarz szedł z Wilfortem do pokoju Valentin, Jakiś włoski ksiądz o surowym wyglądzie i spokojnym, stanowczym głosie wynajmował właśnie dom przylegający do pałacu pana de Vilfort. Nie wiadomo na podstawie jakiej transakcji dwie godziny później z kamieniczki wyprowadziło się trzech lokatorów.
Pokazano wszystkie 8 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!