Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 93. Wyznanie

27.07.2025 ·25 min 33 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

93. Wyznanie. W tejże chwili zabrzmiał z gabinetu głos pana de Vilfort. Co się dzieje? Morrel spojrzał pytająco na Nortriera. Starzec odzyskał już zimną krew i wskazał mu wzrokiem gotowalnię, w której Morrel już raz krył się w podobnych okolicznościach. Chwycił tylko kapelusz i rzucił się zdyszany za zasłonę. Na korytarzu słychać już było bowiem kroki prokuratora. Wilfor wpadł do pokoju, podbiegł do Valentini, chwycił ją w ramiona. Lekarza! Lekarza! krzyknął. Idźcie pod pana d'Avrigny albo sam po niego pójdę. I wybiegł z pokoju. Innymi drzwiami wymknął się Morel. Jak obuchem uderzyło go to straszliwe wspomnienie. Przypomniał sobie rozmowę Wilforta i lekarza, którą podsłuchał w noc śmierci pana de Saumeron.

Dziewczyna miała takie same objawy jak te, które poprzedziły śmierć Boroua, były tylko nieco łagodniejsze. Jednocześnie wydało mu się, że znów brzmi mu w uszach głos Monte Christa. Gdybyś pan kiedykolwiek potrzebował pomocy, proszę przyjść do mnie, mogę wiele. Szybciej niż biegnie myśl, popędził przed mieściem Saint-Honor i ulicą Matignon i znalazł się na polach elizejskich. Tymczasem Wilfor dotarł dorożką przed dom pana d'Avrigny. Zadzwonił tak gwałtownie, że przeraził Odźwiernego, który otwarł przed nim drzwi. Wilfor rzucił się w kierunku schodów, nie mając siły, wyrzec choć słowa. Odźwierny znał go, więc wpuścił go do środka i tylko krzyknął za nim. — W gabinecie, panie prokuratorze, w gabinecie!

Wilfor otwierał już gwałtownie drzwi. — A, to pan! — rzekł lekarz. — Tak, to ja! — odparł Wilfor, zamykając za sobą drzwi. — To ja teraz zapytam, jesteśmy sami? Doktorze, na moim domu ciąży klątwa. — O, coś takiego! — odparł di Avrini zimno z pozoru, choć się w głębi duszy zadrżał. — Czyżby znów ktoś zachorował? — Tak! — zawołał Wilfor, rwąc sobie konwulsyjnie włosy. — Tak! Wzrok Davriniego mówił – ostrzegałem pana. I powoli zapytał – a więc kto z kolei umrze u pana? Jaka nowa ofiara oskarży nas o słabość przed Bogiem? Z piersi Wilforta wyrwał się szloch. Przysunął się do lekarza i ścisnął go za ramię. – Valentin! Kolejna Valentin!

Monte Christo położył taki nacisk na te słowa, że Morel porwał się z miejsca i wykrzyknął. — Hrabio, ależ pan wie, o kim mówię! — Ach, oczywiście, drogi przyjacielu. A dowiodę ci tego, stawiając kropkę nad i, a raczej nazwę ludzi, o których mówiłeś. Przechadzałeś się po ogrodzie pana de Vilfort? Z tego, co mi powiedziałeś, wnioskuję, że było to w wieczór, gdy umarła pani de Saumeron. Podsłuchiwałeś, jak pan de Villefort rozmawia z panem d'Avrigny o śmierci pana de Saumeron i o nie mniej dziwnej śmierci Markizy. Pan d'Avrigny mówił, że podejrzewa otrucia, nawet dwa. A pan, wcielenie uczciwości, od tej chwili zgłębiasz swoją duszę, sądujesz sumienie i zastanawiasz się, czy wyjawić ten sekret, czy też nie.

Tymczasem Villefort i d'Avrigny przyjechali na miejsce. Valentin była wciąż nieprzytomna. Lekarz zbadał ją ze starannością, którą nakazywały okoliczności i tak wnikliwie, jak wskazywała znana mu tajemnica. Wilfor zawiesił wzrok na jego ustach, czekając na diagnozę. Northier, bledszy od wnuczki, czekał z jeszcze większą niecierpliwością, a oczy płonęły mu blaskiem pełnym inteligencji. W końcu d'Avrigny wolno wyrzekł – jeszcze żyje. — Jeszcze! — krzyknął Wilford. — Doktorze, jak to strasznie brzmi! — Ta! — przytaknął lekarz. — Powtarzam, żyje jeszcze i bardzo mnie to dziwi. — Ale da się ją ocalić?

— Tak, skoro żyje. W tejże chwili wzrok d'Avriniego skrzyżował się ze spojrzeniem Nortriera. Oczy starca błyszczały taką radością. Widać w nich było myśl tak bogatą, że aż to lekarza zastanowiło. Ułożył znów na fotelu dziewczynę. Jej zbelało usta, ledwie można było dojrzeć w równie zbielałej twarzy. I znieruchomiał, patrząc na nortriera, który bacznie śledził każdy gest lekarza. — Proszę wezwać pokojówkę, pan Valentin. — zwrócił się do Wilforta d'Avrigny. Wilfort puścił głowę Valentin, którą podtrzymywał i pobiegł po pokojówkę. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, d'Avrigny podszedł do nortriera.

— Chce mi pan coś powiedzieć? — zapytał. Starzec zamrugał gwałtownie oczyma. Jak wiemy, tylko tak mógł potwierdzać czyjeś słowa. — Tylko mnie? Tak. Dobrze, zostanę tu trochę z panem. W tejże chwili wrócił Wilfor, a za nim weszła pokojówka. Za pokojówką pani de Wilfor. – Ale cóż to się stało naszej dziecińce? – spytała. – Wyszła ode mnie, skarżyła się, że źle się czuje, ale nie sądziłam, że to coś poważnego. I młoda kobieta z euzami w oczach, czule jak rodzona matka, utuliła rękę Valentin. De Avrini patrzył ciągle na Nortriera. Starzec wytrzeszczył oczy, źrenice mu się rozszerzyły, policzki posiniały mu i zadrgały, pot wystąpił na czoło.

– Ach! – wyrwało mu się mimowolnie, gdy skierował wzrok w ślad za spojrzeniem Nortriera i ujrzał panią de Villefort, która właśnie w tej chwili mówiła. Biednemu dziecku będzie lepiej w łóżku. Fanny, chodź tu, położymy ją. Pan D'Avrini, gdy ujrzał w tej propozycji okazję, by zostać sam na sam z nortyjerem, kiwnął głową na znak, że rzeczywiście tak będzie najlepiej. Zabronił jednak podawać jej cokolwiek do picia lub jedzenia, prócz tego, co sam przepisze. Wyniesiono Walentin, która właśnie odzyskała przytomność. Nie mogła jednak ani mówić, ani się poruszać, tak była osłabiona wstrząsem, jakiego doznał jej organizm. Miała jednak tyle siły, aby pożegnać spojrzeniem dziadka, któremu wydawało się, gdy ją wynosili, że mu wyrywają duszę.

Dawrini poszedł za chorą, wydał ostatnie rozporządzenia, kazał Wilfordowi wsiąść do kabrioletu i pojechać do apteki, aby w jego obecności przygotowano lekarstwa. Miał je przywieźć osobiście i czekać na lekarza w pokoju córki. Powtórzył raz jeszcze zalecenie, aby nie pozwolono dziewczynie nic brać do ust. Wrócił do nortriera, zamknął staranie drzwi, a upewniwszy się, że nikt nie słyszy, rzekł. – Czy wiesz pan coś o chorobie wnuczki? – Tak. – Nie mamy czasu do stracenia. Ja będę pytał, a pan będziesz odpowiadał. Nortrier dał znak, że gotów jest odpowiadać. – Przewidziałeś pan to, co ci dziś przydarzyło, pannie Valentin? – Tak. D'Avrigny zastanawiał się przez chwilę, a potem przysunął się bliżej Nortriera.

— Proszę mi wybaczyć to, co powiem, ale nie możemy pominąć żadnego śladu w takich straszliwych okolicznościach, że tak pana zapytam. — Czy widziałeś, pan, jak umierał biedny Barois? Nortrier wzniósł oczy ku niebu. — Czy wiesz, pan, dlaczego umarł? — spytał D'Avrigny, kładąc rękę na ramieniu Nortriera. Tak. Sądzisz pan, że to była śmierć naturalna? Cóż na kształt uśmiechu zarysowało się na nieruchomych ustach Nortriera. Wpadł pan na pomysł, że Barua zostało truty? Tak. Czy sądzisz pan, że trucizna była przeznaczona dla niego? Nie. A teraz, czy sądzisz pan, że ta sama ręka dziś podsunęła truciznę pannie Valentin?

Tak. – Więc i ona padnie ofiarą? – zapytał Davrini i wlepił przenikliwy wzrok w pana Nortrier, czekając, jaki skutek wywrą na nim te słowa. – Nie – odparł starzec, a patrzył tak triumfująco, że nikt by się tego po nim nie spodziewał. — A więc ma pan nadal nadzieję? — zdziwił się Davrini. — Tak. — Czegoż się pan spodziewasz? Starzec dał spojrzeniem do zrozumienia, że nie może odpowiedzieć. — A, prawda — szepnął Davrini i zwrócił się znów do Nortriera. — Spodziewasz się, że morderca odstąpi od swego zamiaru? — Nie. — A więc ma pan nadzieję, że trucizna nie podziała na Valentin? — Tak.

Bo przecież to dla pana nic nowego, że ktoś próbował ją otruć? Starzec dał znak, że nie ma w tej kwestii żadnych wątpliwości. A więc skąd ta nadzieja, że Valentin ujdzie śmierci? Nortrier wlepił wzrok z uporem w jedno miejsce. D'Avrigny spojrzał w tym samym kierunku i zrozumiał, że oczy Nortriera utkwione były w butelce z lekarstwem, któremu podawano co dzień rano. A! Zawołał Davrini nagle zrozumiawszy. Wpadł więc pan na pomysł. Nortrier nie pozwolił mu dokończyć. Tak, że można ją uodpornić na truciznę. Tak, przyzwyczajając ją do niej po trochu. Tak, tak, tak.

Nortrier nie posiadał się z radości, że lekarz go zrozumiał. Słyszałeś pan zapewne, jak mówiłem, że w skład tego leku wchodzi brucyna? Tak. I przyzwyczaił pan Valentin do brucyny, aby w ten sposób zneutralizować skutki podobnej trucizny? W oczach Nortriera błyszczała wciąż triumfalna radość. I dokazał pan swego! – zawołał Davrini. Gdyby nie ta przezorność, Walentyn już by nie żyła, zamordowana bez litości i wszelka pomoc byłaby daremna. Atak był gwałtowny, ale tylko nią wstrząsnął i osłabił. Przynajmniej tym razem Walentyn nie umrze. Bezgraniczna radość zabłysła w oczach starca.

Wzniesionych ku niebu z wdzięcznością. W tejże chwili wrócił Wilfor. – No proszę – rzekł do lekarza – mam lekarstwo, które pan zapisał. Przygotowano je w pańskiej obecności? Tak. I nie dawał go pan nikomu? Nie. D'Avrini wziął flakonik, nakapał sobie kilka kropel na rękę i skosztował. Dobrze, rzekł. Chodźmy teraz do Valentin. Wydam wszystkim zalecenia, a pan ma dopilnować, aby nikt ich nie zaniedbywał. Gdy lekarz szedł z Wilfortem do pokoju Valentin, Jakiś włoski ksiądz o surowym wyglądzie i spokojnym, stanowczym głosie wynajmował właśnie dom przylegający do pałacu pana de Vilfort. Nie wiadomo na podstawie jakiej transakcji dwie godziny później z kamieniczki wyprowadziło się trzech lokatorów.

Pokazano wszystkie 14 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.