Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 93. Wyznanie

27.07.2025 ·25 min 33 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

Dziewczyna miała takie same objawy jak te, które poprzedziły śmierć Boroua, były tylko nieco łagodniejsze. Jednocześnie wydało mu się, że znów brzmi mu w uszach głos Monte Christa. Gdybyś pan kiedykolwiek potrzebował pomocy, proszę przyjść do mnie, mogę wiele. Szybciej niż biegnie myśl, popędził przed mieściem Saint-Honor i ulicą Matignon i znalazł się na polach elizejskich. Tymczasem Wilfor dotarł dorożką przed dom pana d'Avrigny. Zadzwonił tak gwałtownie, że przeraził Odźwiernego, który otwarł przed nim drzwi. Wilfor rzucił się w kierunku schodów, nie mając siły, wyrzec choć słowa. Odźwierny znał go, więc wpuścił go do środka i tylko krzyknął za nim. — W gabinecie, panie prokuratorze, w gabinecie!

— Pańska córka! — wykrzyknął zdumiony i zdjęty przerażeniem di Avelini. — Widzisz, pan, myliłeś się! — wyszeptał prokurator. — Przyjdź do mnie i proś konająco o przebaczenie za te podejrzenia. — Za każdym razem, gdyby nie pan wzywałeś, było za późno. Nieważne, idę. Ale spieszmy się przy takim wrogu, jaki działa w pańskim domu, nie ma czasu do stracenia. — O, tym razem, doktorze, nie będzie mi pan już wyrzucał słabości. Tym razem odnajdę mordercę i zmiażdżę go. Najpierw spróbujmy uratować Valentin, potem pomyślimy o zemście. Chodźmy! Kabriolet uwiozł Wilforta i Dawliniego do domu, a w tej samej chwili Morel pukał do drzwi Monte Christa. Hrabia był w gabinecie i czytał mocno zatroskany list, który otrzymał od Bertuccia.

No mimo to, powiedz o co chodzi. O, sam nie wiem, czy wolno mi wyjawić komuś taką tajemnicę, ale los, konieczność mnie do tego zmusza. Morel zawahał się. Wierzy Pan, że jestem Panu przyjacielem? – odezwał się Monte Christo, biorąc serdecznym gestem dłoń Maksymiliana w swoje dłonie. O, dodajesz mi Pan odwagi, a poza tym coś mi mówi, że nie powinienem mieć przed Panem tajemnic. Ma Pan rację, to Bóg podszeptuje te słowa Pańskiemu Sercu, a serce podszeptuje je Panu. Proszę powtórzyć, co też to serce Panu powiada? Hrabio, mógłbym posłać Baptystę, by dowiedział się, co się dzieje u kogoś, kogo Pan zna?

Powiedziałem, że jestem do Pańskiej dyspozycji, a więc moja służba również. – O, bo nie uspokoję się, dopóki się nie dowiem, że jest z nią lepiej. – Mam zadzwonić po Baptystę? – Nie, sam z nim porozmawiam. Morel wezwał Baptystę i cicho coś do niego powiedział. Lokaj natychmiast wybiegł. – I co, załatwione? – zapytał Hrabia, gdy Morel wszedł do pokoju. – Tak, i zaraz się trochę uspokoję. – No, a ja czekam? – odezwał się Monte Christo z uśmiechem. – Tak, już mówię. Pewnego wieczoru byłem w pewnym ogrodzie. Ukrywałem się w kępie drzew i nikt się nie domyślał, że tam jestem. Obok mnie przeszło dwóch ludzi. Na razie nie wyjawię ich nazwisk.

Rozmawiali cicho, ale tak mnie to zaciekawiło, że nie straciłem ani słowa z tego, co mówili. Zapowiada się na ponurą historię. Jeśli wierzyć pańskiej bladości, drży pan. No tak, to bardzo ponura historia, przyjacielu. Umarł właśnie ktoś z rodziny właściciela ogrodu. Jedną z tych osób był właśnie pan domu, drugą lekarz. Pan domu wyznawał mu swoje obawy i cierpienia. To już drugi raz w tym miesiącu śmierć atakowała nieoczekiwanie ten dom, jakby jakiś anioł śmierci wskazywał go rozgniewanemu Bogu. No no, wtrącił Monte Christo wpatrując się uważnie w młodzieńca. I obrócił niedostrzegalnie fotel tak, aby usiąść w cieniu i aby na twarz Maksymiliana padało światło.

No tak, ciągnął Maksymilian. W ciągu tego miesiąca śmierć dwukrotnie nawiedziła ten dom. A co odpowiedział lekarz? Odpowiedział, że ta śmierć nie była naturalna i że przyczyniła się do niej trucizna. — Doprawdy? — rzekł Monte Christo, lekko pokasłując. Kasłaniem tym pokrywał duże wzruszenie rumieniec, bladość albo zaintrygowanie. — Naprawdę słyszałeś takie rzeczy? — Tak, kochany hrabio, słyszałem. I lekarz dodał, że jeśli coś takiego się powtórzy, będzie zmuszony zawiadomić policję. Hrabia słuchał lub udawał, że słucha z największym spokojem. — No i cóż? — ciągnął Maksymilian. — Śmierć uderzyła po raz trzeci i ani pan domu, ani lekarz nic nikomu nie powiedzieli.

Monte Christo położył taki nacisk na te słowa, że Morel porwał się z miejsca i wykrzyknął. — Hrabio, ależ pan wie, o kim mówię! — Ach, oczywiście, drogi przyjacielu. A dowiodę ci tego, stawiając kropkę nad i, a raczej nazwę ludzi, o których mówiłeś. Przechadzałeś się po ogrodzie pana de Vilfort? Z tego, co mi powiedziałeś, wnioskuję, że było to w wieczór, gdy umarła pani de Saumeron. Podsłuchiwałeś, jak pan de Villefort rozmawia z panem d'Avrigny o śmierci pana de Saumeron i o nie mniej dziwnej śmierci Markizy. Pan d'Avrigny mówił, że podejrzewa otrucia, nawet dwa. A pan, wcielenie uczciwości, od tej chwili zgłębiasz swoją duszę, sądujesz sumienie i zastanawiasz się, czy wyjawić ten sekret, czy też nie.

To nie średniowiecze, kochany przyjacielu. Nie ma już świętej wemy i sądów kapturowych. Czego u diabła chcesz pan od tych ludzi? Sumienie, czegoż ode mnie chcesz? Mówi stern. Ejże mój drogi, zostawże ich, niech sobie śpią, jeśli sypiają. A jeśli cierpią na bezsenność, pozwól im tak zmizernieć i na litość boską sam się wysypiaj. Nie dręczą cię przecież wyrzuty sumienia. Na twarzy Morela odmalowało się okropne cierpienie. Chwycił Monte Christa za rękę. Ale to się znów zaczyna. Czy pan nie słyszy? Ejże, to niech się zaczyna! – odparł hrabia zdumiony tym uporem, który go nie pojmował i spojrzał uważnie na Maksymiliana.

To rodzina atrydów. Bóg ich potępił, a jego wyrok zostanie wykonany. Choćby ich było dwustu, rozsypią się jak zabaweczki z papieru pod tchnieniem pana. Trzy miesiące temu pan de Saint-Méron, dwa miesiące temu Markiza, ostatnio Barois, a dziś stary Nortriere albo panna Valentin. – Wiedział pan o tym! – zakrzyknął Morel z taką zgrozą, że Monte Christo zadrżał on, który zachowałby spokój, nawet gdyby niebo runęło na ziemię. – Wiedział pan o tym i nic pan nie mówił! – A co mnie to obchodzi? – odparł Monte Christo, wzruszając ramionami. – Czy ja znam tych ludzi? Czy miałem ocalić jedno z nich, aby pogrążyć drugie?

Do licha. Nie, wszystko mi jedno, kto jest tam ofiarą, a kto mordercą. Ale ja, ryknął z rozpaczą Morel, ja ją kocham. Kogo kochasz? Zawołał Monte Christo, zrywając się na równe nogi, chwytając Morela za ręce, które młodzieniec załamywał i wznosił do nieba. Kocham jak szaleniec, kocham tak, że dałbym z siebie całą krew wytoczyć, aby oszczędzić jej jednej łzy. Kocham Valentin, którą chcą zamordować, rozumiesz Pan? Kocham ją i pytam Boga, pytam Pana, jak mogę ją uratować? Monte Christo wydał ryk, niczym zrajony lew. — Nieszczęsny! — wykrzyknął, załamując ręce.

— Nieszczęsny! Kochasz, Valentin? Kochasz tę córkę przeklętego rodu? Nigdy jeszcze Morel nie widział takiego wyrazu twarzy. Nigdy jeszcze nie zapłonęły przed nim tak straszliwym blaskiem czyjeś oczy. Nigdy geniusz grozy, który pojawiał się przed nim tyle razy na polach bitwy albo podczas krwawych algierskich nocy, nie rozstrzelił wokół tak złowrogich ogni. Przerażony cofnął się. Monte Christo zaraz zamknął na chwilę oczy po tym strasznym wybuchu, jakby oślepił go jakiś wewnętrzny blask. Zbierał się w sobie z taką mocą, że widać było, jak jego pierś wzburzona nawałem uczuć uspokaja się zwolna, niczym wzburzone i spienione po sztormie fale, gdy wreszcie wyjdzie słońce.

Ugryzł mnie w samo serce. Morel głucho jęknął. — No, no — mówił hrabia — dość tych płaczów. Bądź mężczyzną, bądź silny. Nie trać nadziei. Jestem tu i czuwam nad tobą. Morel potrząsnął smutno głową. Nie trać nadziei, rozumiesz? – zawołał Monte Christo. Wiedz pan, że nigdy nie kłamie, nigdy się nie mylę. Jest południe, Maksymilianie. Podziękuj niebu, żeś przyszedł do mnie w południe, a nie wieczorem albo jutro rano. Posłuchaj mnie. Jeżeli Walentyn jeszcze nie umarła, już nie umrze. – O Boże, Boże! – wykrzyknął Borel. – Kiedy wychodziłem, była umierająca.

Monte Christo przyłożył dłoń do czoła. Co się działo w tej głowie obciążonej tyloma straszliwymi tajemnicami? Co mówił temu człowiekowi, jednocześnie bezlitosnemu i ludzkiemu, anioł jasności lub anioł ciemności? Bóg jeden może to wiedzieć. Monte Christo podniósł głowę i tym razem był pogodny jak budzące się dziecko. — Maksymilianie — rzekł — wracaj spokojnie do siebie. Masz się stamtąd nie ruszać, nie podejmować żadnych kroków, nie pokazywać po sobie ani cienia rozpaczy. Dam ci znać. Idź już. Boże, Boże, rzekł Morel, przeraża mnie Pan tą swoją zimną krwią, a więc jest Pan w stanie walczyć ze śmiercią? Jesteś czymś więcej jak człowiekiem?

Jesteś aniołem? Jesteś Bogiem? I młodzieniec, który nigdy nie cofał się przed niebezpieczeństwem, cofnął się przed Hrabią, zdjęty niewypowiedzianą zgrozą. Ale Monte Christo spojrzał na nas z uśmiechem pełnym takiej melancholii i łagodności, że Maksymilian poczuł łzy w oczach. – Mogę wiele, przyjacielu – odparł Hrabia. – Idź, muszę zostać sam. Morel, ulegając niezwykłemu wpływowi, jaki wywierał Monte Christo na swe otoczenie, nawet nie próbował się spod niego wyrwać. Uścisnął dłoń hrabiego i wyszedł. Ale w drzwiach zatrzymał się, aby poczekać na Baptystę. Baptysta bowiem wybiegł właśnie zza rogu ulicy Mantignon.

Pokazano wszystkie 14 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.