Hrabia Monte Christo. 93. Wyznanie
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
93. Wyznanie. W tejże chwili zabrzmiał z gabinetu głos pana de Vilfort. Co się dzieje? Morrel spojrzał pytająco na Nortriera. Starzec odzyskał już zimną krew i wskazał mu wzrokiem gotowalnię, w której Morrel już raz krył się w podobnych okolicznościach. Chwycił tylko kapelusz i rzucił się zdyszany za zasłonę. Na korytarzu słychać już było bowiem kroki prokuratora. Wilfor wpadł do pokoju, podbiegł do Valentini, chwycił ją w ramiona. Lekarza! Lekarza! krzyknął. Idźcie pod pana d'Avrigny albo sam po niego pójdę. I wybiegł z pokoju. Innymi drzwiami wymknął się Morel. Jak obuchem uderzyło go to straszliwe wspomnienie. Przypomniał sobie rozmowę Wilforta i lekarza, którą podsłuchał w noc śmierci pana de Saumeron.
To rodzina atrydów. Bóg ich potępił, a jego wyrok zostanie wykonany. Choćby ich było dwustu, rozsypią się jak zabaweczki z papieru pod tchnieniem pana. Trzy miesiące temu pan de Saint-Méron, dwa miesiące temu Markiza, ostatnio Barois, a dziś stary Nortriere albo panna Valentin. – Wiedział pan o tym! – zakrzyknął Morel z taką zgrozą, że Monte Christo zadrżał on, który zachowałby spokój, nawet gdyby niebo runęło na ziemię. – Wiedział pan o tym i nic pan nie mówił! – A co mnie to obchodzi? – odparł Monte Christo, wzruszając ramionami. – Czy ja znam tych ludzi? Czy miałem ocalić jedno z nich, aby pogrążyć drugie?
Tymczasem Villefort i d'Avrigny przyjechali na miejsce. Valentin była wciąż nieprzytomna. Lekarz zbadał ją ze starannością, którą nakazywały okoliczności i tak wnikliwie, jak wskazywała znana mu tajemnica. Wilfor zawiesił wzrok na jego ustach, czekając na diagnozę. Northier, bledszy od wnuczki, czekał z jeszcze większą niecierpliwością, a oczy płonęły mu blaskiem pełnym inteligencji. W końcu d'Avrigny wolno wyrzekł – jeszcze żyje. — Jeszcze! — krzyknął Wilford. — Doktorze, jak to strasznie brzmi! — Ta! — przytaknął lekarz. — Powtarzam, żyje jeszcze i bardzo mnie to dziwi. — Ale da się ją ocalić?
— Tak, skoro żyje. W tejże chwili wzrok d'Avriniego skrzyżował się ze spojrzeniem Nortriera. Oczy starca błyszczały taką radością. Widać w nich było myśl tak bogatą, że aż to lekarza zastanowiło. Ułożył znów na fotelu dziewczynę. Jej zbelało usta, ledwie można było dojrzeć w równie zbielałej twarzy. I znieruchomiał, patrząc na nortriera, który bacznie śledził każdy gest lekarza. — Proszę wezwać pokojówkę, pan Valentin. — zwrócił się do Wilforta d'Avrigny. Wilfort puścił głowę Valentin, którą podtrzymywał i pobiegł po pokojówkę. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, d'Avrigny podszedł do nortriera.
— Chce mi pan coś powiedzieć? — zapytał. Starzec zamrugał gwałtownie oczyma. Jak wiemy, tylko tak mógł potwierdzać czyjeś słowa. — Tylko mnie? Tak. Dobrze, zostanę tu trochę z panem. W tejże chwili wrócił Wilfor, a za nim weszła pokojówka. Za pokojówką pani de Wilfor. – Ale cóż to się stało naszej dziecińce? – spytała. – Wyszła ode mnie, skarżyła się, że źle się czuje, ale nie sądziłam, że to coś poważnego. I młoda kobieta z euzami w oczach, czule jak rodzona matka, utuliła rękę Valentin. De Avrini patrzył ciągle na Nortriera. Starzec wytrzeszczył oczy, źrenice mu się rozszerzyły, policzki posiniały mu i zadrgały, pot wystąpił na czoło.
– Ach! – wyrwało mu się mimowolnie, gdy skierował wzrok w ślad za spojrzeniem Nortriera i ujrzał panią de Villefort, która właśnie w tej chwili mówiła. Biednemu dziecku będzie lepiej w łóżku. Fanny, chodź tu, położymy ją. Pan D'Avrini, gdy ujrzał w tej propozycji okazję, by zostać sam na sam z nortyjerem, kiwnął głową na znak, że rzeczywiście tak będzie najlepiej. Zabronił jednak podawać jej cokolwiek do picia lub jedzenia, prócz tego, co sam przepisze. Wyniesiono Walentin, która właśnie odzyskała przytomność. Nie mogła jednak ani mówić, ani się poruszać, tak była osłabiona wstrząsem, jakiego doznał jej organizm. Miała jednak tyle siły, aby pożegnać spojrzeniem dziadka, któremu wydawało się, gdy ją wynosili, że mu wyrywają duszę.
Dawrini poszedł za chorą, wydał ostatnie rozporządzenia, kazał Wilfordowi wsiąść do kabrioletu i pojechać do apteki, aby w jego obecności przygotowano lekarstwa. Miał je przywieźć osobiście i czekać na lekarza w pokoju córki. Powtórzył raz jeszcze zalecenie, aby nie pozwolono dziewczynie nic brać do ust. Wrócił do nortriera, zamknął staranie drzwi, a upewniwszy się, że nikt nie słyszy, rzekł. – Czy wiesz pan coś o chorobie wnuczki? – Tak. – Nie mamy czasu do stracenia. Ja będę pytał, a pan będziesz odpowiadał. Nortrier dał znak, że gotów jest odpowiadać. – Przewidziałeś pan to, co ci dziś przydarzyło, pannie Valentin? – Tak. D'Avrigny zastanawiał się przez chwilę, a potem przysunął się bliżej Nortriera.
— Proszę mi wybaczyć to, co powiem, ale nie możemy pominąć żadnego śladu w takich straszliwych okolicznościach, że tak pana zapytam. — Czy widziałeś, pan, jak umierał biedny Barois? Nortrier wzniósł oczy ku niebu. — Czy wiesz, pan, dlaczego umarł? — spytał D'Avrigny, kładąc rękę na ramieniu Nortriera. Tak. Sądzisz pan, że to była śmierć naturalna? Cóż na kształt uśmiechu zarysowało się na nieruchomych ustach Nortriera. Wpadł pan na pomysł, że Barua zostało truty? Tak. Czy sądzisz pan, że trucizna była przeznaczona dla niego? Nie. A teraz, czy sądzisz pan, że ta sama ręka dziś podsunęła truciznę pannie Valentin?
Tak. – Więc i ona padnie ofiarą? – zapytał Davrini i wlepił przenikliwy wzrok w pana Nortrier, czekając, jaki skutek wywrą na nim te słowa. – Nie – odparł starzec, a patrzył tak triumfująco, że nikt by się tego po nim nie spodziewał. — A więc ma pan nadal nadzieję? — zdziwił się Davrini. — Tak. — Czegoż się pan spodziewasz? Starzec dał spojrzeniem do zrozumienia, że nie może odpowiedzieć. — A, prawda — szepnął Davrini i zwrócił się znów do Nortriera. — Spodziewasz się, że morderca odstąpi od swego zamiaru? — Nie. — A więc ma pan nadzieję, że trucizna nie podziała na Valentin? — Tak.
Bo przecież to dla pana nic nowego, że ktoś próbował ją otruć? Starzec dał znak, że nie ma w tej kwestii żadnych wątpliwości. A więc skąd ta nadzieja, że Valentin ujdzie śmierci? Nortrier wlepił wzrok z uporem w jedno miejsce. D'Avrigny spojrzał w tym samym kierunku i zrozumiał, że oczy Nortriera utkwione były w butelce z lekarstwem, któremu podawano co dzień rano. A! Zawołał Davrini nagle zrozumiawszy. Wpadł więc pan na pomysł. Nortrier nie pozwolił mu dokończyć. Tak, że można ją uodpornić na truciznę. Tak, przyzwyczajając ją do niej po trochu. Tak, tak, tak.
Nortrier nie posiadał się z radości, że lekarz go zrozumiał. Słyszałeś pan zapewne, jak mówiłem, że w skład tego leku wchodzi brucyna? Tak. I przyzwyczaił pan Valentin do brucyny, aby w ten sposób zneutralizować skutki podobnej trucizny? W oczach Nortriera błyszczała wciąż triumfalna radość. I dokazał pan swego! – zawołał Davrini. Gdyby nie ta przezorność, Walentyn już by nie żyła, zamordowana bez litości i wszelka pomoc byłaby daremna. Atak był gwałtowny, ale tylko nią wstrząsnął i osłabił. Przynajmniej tym razem Walentyn nie umrze. Bezgraniczna radość zabłysła w oczach starca.
Pokazano wszystkie 11 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!