Hrabia Monte Christo. 33. Bandyci rzymscy
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
A więc ta trasa jest wykluczona. Wykluczona, a co najmniej bardzo niebezpieczna. Niebezpieczna, a to dlaczego? Z powodu sławnego Luigiego Wampy. — Po pierwsze, drogi panie Pastrini, zechciej nam powiedzieć, co to za jeden, ten słynny Luigi Vampa? — zapytał Albert. — Być może to bardzo sławny człowiek w Rzymie, ale zapewniam, że w Paryżu nic o nim nie wiedzą. — Jak to więc, panowie go nie znacie? — Nie mam tego zaszczytu. — I nigdy panowie o nim nie słyszeli? — Przenigdy. — O, to bandyta, przy którym Deseraris i Gasparone to niewinni ministranci? – Uwaga, Albercie! – wykrzyknął Frans.
— No to dlaczego? — zapytał Franz. — Bo skoro tylko nadchodzi noc, o pięćdziesiąt kroków za bramą nikt nie jest bezpieczny. — Przysięgasz? — zawołał Albert. — Panie hrabio — rzekł imć Pastrini, nadal zraniony wątpliwościami wyrażonymi przez Alberta co do jego prawdomówności. — To, co mówię, nie jest przeznaczone dla pana, ale dla pańskiego przyjaciela, który zna Rzym doskonale i wie, że z takimi rzeczami nie ma bynajmniej żartów. Mój kochany, zwrócił się Albert do Fransa, no to mamy wspaniałą przygodę. Wszystko tylko na nas czeka. Napychamy nasz powóz pistoletami, garłaczami i dubeltówkami. Luigi Wampa napada na nas, a tymczasem to my bierzemy go w niewolę.
Ale tu chodzi tylko o zaspokojenie kaprysu i byłoby śmieszne, gdybyśmy dla kaprysu mieli narażać życie. — Ach, perbacco! — zawołał pan Pastrini. — To się nazywa mówić rozsądnie. Albert nalał sobie szklankę Lacrima Christi i popijał drobnymi łykami, mrucząc coś niezrozumiale pod nosem. — Teraz, panie Pastrini — rzekł Franz — gdy... Mój przyjaciel się nieco uspokoił. A pan, oceniłeś dostatecznie moje pokojowe nastawienie, powiedzże nam pan, kto to taki ten Luigi Wampa? Pasterz czy patrycjusz? Młody czy stary? Niski czy wysoki? Odmaluj go nam, żebyśmy mogli go rozpoznać, jak Jana z Bogara albo Larę, natykając się na niego w salonie.
— A kosztował mnie trzy tysiące franków! — No, posłuchajmy teraz historii! — rzekł Franz, przysuwając fotel i zachęcając pana Pastriniego, by usiadł. — Ekscelencję pozwolą — zapytał hotelarz. — Do licha — rzekł Albert. — Przecież pan nie jesteś kaznodzieją, żebyś miał mówić na stojąco. Hotelarz siadł, pokłoniwszy się najpierw z szacunkiem każdemu ze swoich słuchaczy. — Ale chwileczkę — przerwał Franz, gdy Pastrini otwiera już usta. — Mówiłeś pan, że znałeś Wampe jeszcze jako dziecko, więc to chyba młody człowiek. — No chyba młody. — Oczywiście. Ma najwyżej dwadzieścia dwa lata. O, ten niecnota może jeszcze daleko zajść, niech pan będzie spokojny. Co ty na to, Albercie? Piękna to rzecz, zyskać sobie taką sławę już w tym wieku, rzekł Franz.
Urodził się w Pampinarze i w piątym roku życia oddano go na służbę do hrabiego. Ojciec jego także pastuch w Anagni. Miał własną niewielką trzodę i utrzymywał się ze sprzedaży w Rzymie wełny i mleka. Jeszcze jako dziecko wampa wykazywał dziwny charakter. Pewnego razu, kiedy miał zaledwie 7 lat, przyszedł do proboszcza z Palestryny i prosił, by nauczył go czytać. Była to trudna sprawa, bo pastuszek nie powinien opuszczać swojej trzody. Ale poczciwy proboszcz chodził na co dzień odprawiać mszę do pobliskiej wioseczki, bo była ona tak uboga, że nie mogła utrzymywać proboszcza, a do tego jeszcze tak mała, że nie miała nawet własnej nazwy i o ludziach stamtąd mówiono po prostu, że są Del Borgo.
Wieczorem, gdy stado znalazło się w oborze, Wampa pobiegł do palestryńskiego ślusarza, wyklepał sobie u niego duży gwóźdź, zaokrąglił go i wypolerował, tak że otrzymał coś na kształt starożytnego rylca. Na zajutrz zaopatrzył się w łupkowe tabliczki i zabrał się do dzieła. Po trzech miesiącach umiał już pisać. Kapłan, zdumiony i uradowany inteligencją i pojętnością chłopca, podarował mu kilka zeszytów, paczkę piór i scyzoryk. Luigi stanął przed nowym wyzwaniem, ale było ono niczym wobec poprzednich. Po tygodniu tak wprawnie prowadził pióro, jak wcześniej rylec. Proboszcz opowiedział tę anegdotkę hrabiemu San Felis, a hrabia zapragnął zobaczyć pastuszka.
A gdy ten popisał się już swoimi umiejętnościami, hrabia polecił zarządcy, Wielkie dzięki i do zobaczenia! Później, posługując się scyzorykiem, zaczął rzeźbić w drewnie, tworząc z niego rozmaite formy. Od tego zaczynał też i Pinelli, ludowy rzeźbiarz. Dziewczynka mająca 6 lub 7 lat, to jest nieco młodsza od Wampy, pasła owieczki z folwarku znajdującego się w pobliżu Palestryny.
Była sierotą z Valmontone, a na imię miała Teresa. Dzieci spotykały się, Siadały koło siebie, rozmawiały, śmiały się i bawiły, podczas gdy pomieszane stada pasły się razem, a wieczorem rozdzielały trzodę hrabiego San Feliz od trzody barona Servetriego i żegnały się, by powrócić do swoich folwarków, obiecując sobie jednocześnie, że spotkają się na drugi dzień. Na drugi dzień dotrzymywały słowa i spotykały się ponownie i tak rosły obok siebie. Wampa miał już lat 12, Tereska 11, a tymczasem rozwijały się już ich wrodzone skłonności. Luigi rozwinął swoje zamiłowanie do sztuk pięknych, jak tylko mógł je rozwinąć, żyjąc w takiej samotności.
Teresa, w przeciwieństwie do niego, była żywa, wesoła i aż zbyt zalotna. Dwa piastry, które rządca hrabiego wypłacał Luigiemu, a także pieniądze, jakie Luigi otrzymywał, Names mentioned. Names mentioned. Names mentioned. W codziennych rozmowach, marzeniach i tęsknotach Wampa widział się zawsze jako kapitan okrętu, generał armii albo gubernator prowincji.
Teresa zaś wyobrażała sobie, że jest bogata, pięknie wystrojona, otoczona służbą w Liberii. I gdy tak cały dzień spędzili haftując przyszłość w szalona, a tak migotliwa arabeski, Każde odchodziło w swoją stronę, aby zagnać swoje owce do obory, zstępując z wyżyn urojeń w ubogą rzeczywistość. Pewnego dnia młody pasterz rzekł do rządcy, że widział wilka, który zszedłszy z gór sabińskich, krążył koło ich trzody. Rządca dał mu strzelbę. Tego też tylko pragnął wampa. Strzelba ta okazała się być przypadkiem dziełem znakomitego rusznikarza z Brestii. Niosła jak sztucer angielski.
Hrabia, dobijając kiedyś rannego lista, złamał kolbę i strzelbę porzucono w lamusie. Ale dla takiego rzeźbiarza jak wampa nie mogło to stanowić przeszkody. Obejrzał dawne łożysko, obmyślił, co należy zrobić, by przystosować ją do swego oka. I dorobił sobie kolbę wyrzeźbioną w tak cudny ornament, że gdyby chciał w mieście sprzedać samo drewno, wziąłby za nie z piętnaście, a nawet dwadzieścia piastrów. Ale on nawet by o tym nie pomyślał. Strzelba od dawna była jego marzeniem. W każdym kraju, gdzie wolność zastępuje się niezależnością, najpierwszą potrzebą ludzi odważnych i potężnych organizacji jest broń, która umożliwia zarazem napad i obronę i czyni swego właściciela groźnym.
Od tej chwili wampa poświęcił cały swój wolny czas na ćwiczenie się w strzelaniu. Kupił proch, kulę i każdy cel stał się dla niego dobry. Pnie smutnych, herlawych, szarych oliwek. Lis wychodzący wieczorem na swój nocny łów. Orzeł bujający w powietrzu. Nabył wkrótce takiej wprawy, Names mentioned. Names mentioned. Uszedł zaledwie 10 kroków, gdy sięgnęła go kula wampy.
Strzelec, bardzo dumny ze swojej zręczności, wziął wilka na plecy i zaniósł go na folwarkę. Wydarzenia te sprawiły, że wampa zaczął się cieszyć w okolicy pewną sławą. Człowiek niezwykły, gdziekolwiek by się znalazł, tworzy wokół siebie krąg wielbicieli. Mówiono o młodym pasterzu jako o najzręczniejszym, najsilniejszym i najodważniejszym z młodzieńców na 10 mil wokoło. Chociaż Teresa uchodziła w oczach jeszcze większej liczby ludzi za jedną z najładniejszych dziewcząt sabińskich, nikt jednak nie odważył się szepnąć jej nawet słówka o miłości, bo wszyscy wiedzieli, że kocha ją wampa. A tymczasem młodzi ani razu jeszcze nie wyznali sobie miłości. Rośli obok siebie jak dwa drzewa, których korzenie splatają się pod ziemią, a gałęzie w powietrzu.
Jedno pragnienie ich tylko łączyło – spotykać się codziennie. Pragnienie to przyrodziło się w potrzebę i wyobrażali sobie łatwiej śmierć niż jednodniową rozłąkę. Teresa miała lat 16, Wampa zaś 17. W tym czasie ludzie zaczęli mówić coraz częściej o nowej bandzie rozbójników z gór Lepini. Rozbójnictwo nigdy nie zostało całkowicie wytępione w okolicach Rzymu. Brakowało bandom tylko czasem herszta, ale jeżeli zdarzył się jakiś herszt, nietrudno mu było zebrać sobie bandę. Słynny kukumetto ścigany w Abruzji, wypędzony z Królestwa Neapolitańskiego, gdzie prowadził niemal regularną wojnę, przeszedł jak Manfred Garigliano i schronił się między Sonnino i Iuperno nad brzegami Amaziny.
I tak od Fondi po Perusę wszyscy drżeli na sam dźwięk jego imienia. Opowieści te często były przedmiotem rozmów pomiędzy Louis i Jimmy Teresą. Dziewczyna drżała z lęku, słuchając tych straszliwych historii, ale wampa z uśmiechem ją uspokajał, potrząsając fuzją, a jeżeli to nie oddalało od dziewczyny obaw, pokazywał jej bujającego się o sto kroków na jakiejś uschłej gałęzi kruka. Brał go na cel, zwalniał kurek i ptak padał u stóp drzewa. A czas płynął. Młodzi postanowili, że pobiorą się, skoro tylko wampa skończy lat 20, a Teresa 19. Oboje byli sierotami, potrzebowali tylko pozwolenia dziedzica. Jakoż gdy poprosili, nie odmówiono.
Pewnego dnia, gdy tak rozmawiali o przyszłości, dało się słyszeć kilka wystrzałów. Z lasu, koło którego zwykle pasali owce, nagle wypadł jakiś człowiek i dobiegł do nich. — Ścigają mnie! — zawołało. — Możecie mnie ukryć? — domyślili się z łatwością, że uciekający był bandytą. Ale pomiędzy chłopami i bandytami rzymskimi istnieje coś w rodzaju wrodzonej sympatii, tak że jeden jest zawsze gotów pospieszyć na pomoc drugiemu. Nie mówiąc ni słowa, wampa podbiegł co prędzej do głazu maskującego otwór do groty im tylko znanej, odwalił go, wskazał Zbiegowi, aby się tam schronił, zawalił za nim kamień i siadł obok Teresy. W tejże chwili z lasu wypadło czterech konnych karabinierów, trzech wypatrywało Zbiega, czwarty prowadził schwytanego bandytę za sznurek, który uwiązał mu do szyi.
Trzej karabinierzy ogarnęli okolicę jednym rzutem oka, A spostrzegłszy dwoje młodych ludzi, przygalopowali do nich i jeli wypytywać. Wampa i Teresa nie widzieli nikogo. – Aha, to szkoda – rzekł sierżant – bo szukamy właśnie samego herszta. – Kukumetta? – zawołali wampa i Teresa, nie panując nad sobą. – A tak – odpowiedział sierżant. Za jego głowę wyznaczono tysiąc rzymskich talarów. Otrzymalibyście pięćset, gdybyście nam pomogli go ująć. Młodzi spojrzeli po sobie. Sierżantowi przemknęła przez myśl nadzieja. Pięćset talarów rzymskich to trzy tysiące franków, a trzy tysiące franków to majątek dla biednych sierot, szczególnie gdy mają się pobrać.
Prawda, że szkoda, ale nie widzieliśmy go, odrzekł wampa. Karabinierzy przetrząsnęli okolice na próżno i kolejno zniknęli z oczu. Wampa podszedł do kamienia, odwalił go i Cucumetto wyszedł z groty. Przez szpary u wejścia dojrzał, jak Wampa i Teresa rozmawiali z karabinierami. Domyślał się, czego rozmowa dotyczyła, a wyczytawszy na twarzach młodych niezłomną decyzję niewydawania go, wyjął teraz z kieszeni sakiewkę pełną złota i ofiarował im. Wampa na widok złota dumnie podniósł czoło, ale oczy Teresy zabłysły, gdy pomyślała, ile mogłaby za tyle pieniędzy kupić klejnotów i pięknych sukni. Kukumetto był przebiegły jak szatan.
A co mówił do ciebie twój tancerz? Że ode mnie tylko zależy, abym taki miała, że wystarczy, bym rzekła słowo. Miał rację, powiedział wampa. Naprawdę marzysz o tej sukni tak gorąco, jak mówisz? Tak. A więc będziesz ją miała? Dziewczyna uniosła zdziwioną głowę, by zadać jakieś pytanie, ale jego lica były tak ponure i straszne, że słowa zamarły jej na ustach. A zresztą natychmiast po tych słowach Luigi odszedł. Teresa odprowadziła go wzrokiem, póki nie rozpłynął się w mroku. Gdy zniknął, weszła do domu wzdychając głęboko. Tej samej nocy zdarzył się okropny wypadek, zapewne przez nieostrożność któregoś ze służących, który zapomniał zgasić światło.
— Ale w takim razie ja będę twoim dłużnikiem, bo ten sztylet wart jest daleko więcej niż dwa cekiny. — Dla kupca może tak, ale dla mnie, którego sam rzeźbiłem, wart najwyżej piastra. — Jakże się nazywasz? — zapytał podróżny. — Luigi Vampa — odpowiedział pasterz z taką miną, jakby mówił Aleksander, król Macedonii. — A pan? — Sindbad Żeglarz. Franz Depinay krzyknął ze zdziwienia. – Sindbad Żeglarz – powtórzył. – No tak – rzekł narrator. – Podróżny podał Wampie właśnie takie nazwisko. – I cóż masz przeciw temu nazwisku? – wtrącił się Albert. – To bardzo piękne miano. Muszę przyznać, że w dzieciństwie bardzo mnie bawiły przygody patrona tego pana. Franz nie dopytywał się dłużej. – Dobrze rozumiemy, że wzmianka o Sindbadzie Żeglarzu obudziła w nim wiele wspomnień.
– No, omów pan dalej – zachęcił gospodarza. Wampa włożył niedbale dwa cekiny do kieszeni i poszedł wolno tam, skąd przyszedł. Gdy był już jakieś trzysta kroków od groty, wydało mu się, że usłyszał krzyk. Zatrzymał się, chcąc dojść, skąd dochodził ten krzyk. Po sekundzie posłyszał wyraźnie swoje imię. Skoczył jak kozioł, nabijając w biegu strzelbę i w minutę dobiegł pagórka leżącego naprzeciw wzgórza, na którym spostrzegł podróżnego. Tam najwyraźniej dobiegło go wołanie na pomoc. Ogarnął wzrokiem przestrzeń wokół jakiś mężczyzna. Unosił Teresę niczym centaur Nessus de Janirę. Człowiek ten pokonał już trzy czwarte drogi z groty do lasu. Wampa ocenił odległość.
Mężczyzna był już oddalony przynajmniej o dwieście kroków, próżno więc byłoby go ścigać. Pasterz stanął jak wryty. Przycisnął kolbę strzelby do ramienia, wymierzył w kierunku porywacza, chwilę wprowadził go wzrokiem w biegu i... Wypalił. Porywacz zatrzymał się, zachwiał i upadł, pociągając za sobą Teresę. Teresa jednak zaraz się podniosła, a zbójca został na ziemi, wijąc się w drgawkach agonii. Wampa podskoczył szybko do Teresy, bo zaledwie dziesięć kroków od konającego upadła ponownie. Młodzieniec przelągł się, czy kula, która dosięgła nieprzyjaciela, nie zraniła także i jego narzeczonej. Szczęściem nic się nie stało, to tylko strach poraził siłę Teresy.
Luigi, przekonawszy się, że nic jej nie jest, zwrócił się ku rannemu. A tamten właśnie oddał ostatnie tchnienie. Leżał z zaciśniętymi pięściami, usta wykrzywiał mu ból, włosy zjeżyły się i zwilgotniały od śmiertelnego potu. Otwarte oczy jakby groziły zemstą. Wampa podszedł do trupa i poznał Cucumetta. W dniu, gdy młodzi ocalili bandytę, Cucumetto zakochał się w Teresie i poprzysiągł sobie, że musi ją posiąść. Od tej chwili śledził ją ciągle, a upatrzywszy chwilę, gdy Wampa zostawił ją samą, by wskazać drogę podróżnemu, porwał ją i już sądził, że jest jego własnością, gdy kula Wampy przeszyła mu serce.
Wampa patrzył przez chwilę na trupa, nie okazując najmniejszej emocji. Podczas gdy Teresa drżała jeszcze, nie ośmielając się zbliżyć do zabitego, drobnymi kroczkami przysunęła się do Wampy i przez ramię kochanka obrzuciła spojrzeniem trupa. Po chwili Wampa odwrócił się do kochanki. – O, dobrze, przebrałaś się już – rzekł. – Teraz kolej na mnie. Teresa rzeczywiście zdążyła przyodziać się w kostium hrabianki. Wampa podniósł ciało kukumetta i zawlógł do groty. Teresa czekała na niego u wejścia. Gdyby nadjechał teraz znów jakiś podróżny, zobaczyłby rzecz szczególną. Pasterkę pasącą owce w kaszmirowej sukni strojną w kolczyki i kolie z pereł, we włosach leśniły jej brylantowe szpilki, a kaszmir usiany był guziczkami szafirowymi, szmaragdowymi i rubinowymi.
Wydałoby mu się z pewnością, że przeniósł się w czasy Floriana, a wróciwszy do Paryża zapewniałby, że widział pasterkę alpejską siedzącą u stóp Gór Sabańskich. Po kwadransie Wampa wyszedł z groty. Jego ubiór był w swoim rodzaju nie mniej elegancki niż kostium Teresy, Miał na sobie wiśniowy aksamitny kubrak ze złotymi cyzelowanymi guzikami i jedwabną całkiem wyhaftowaną kamizelkę. Szyje owijał mu rzymski szal. Ładownica była pikowana złotem oraz czerwono-zielonym jedwabiem. Błękitne aksamitne spodnie zapinały się pod kolanem na diamentowe sprzączki. Kamasze zrobione były ze skóry Daniela i zdobne w plątaninę arabesek. U kapelusza powiewały różnobarwne wstążki.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!