Hrabia Monte Christo. 111. Odjazd
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Ile katastrof! – ozwał się Emanuel, mając na uwadze Morserfa i Danglarsa. Ile cierpienia! – dodała Julia, myśląc o Valentin, której imienia, kierowana kobiecym instynktem, wolała nie wymawiać przy bracie. Jeśli rzeczywiście dotknęła ich ręka boska! – rzekł Emanuel. Znaczy to, że Bóg, który jest najwyższą dobrocią, nie znalazł w ich przeszłości nic, co mogłoby im wyjednać złagodzenie kary. Widocznie byli już potępieni. Czy nie jesteś przypadkiem zbyt pochopny w swych sądach? Gdyby ktoś, widząc mojego ojca z pistoletem w ręku, gotowego się zastrzelić, stwierdził jak ty teraz, widocznie ten człowiek zasłużył sobie na karę. Czy nie pomyliłby się grubo?
Masz rację, ale Bóg nie dopuściłby, twój ojciec poddał się temu pragnieniu, tak jak nie pozwolił, by Abraham złożył syna w ofierze. W obu tych przypadkach zesłał anioła, by ten podciął skrzydła śmierci i zatrzymał ją. Gdy to domawiał, u drzwi rozległ się dźwięk dzwonka. Odźwierny dawał w ten sposób znak, że ktoś przybywa z wizytą. Niemal w tej samej chwili otwarły się drzwi salonu i stanął w nich hrabia de Monte Christo. Państwo Morel wydali okrzyk radości. Maksymilian podniósł głowę i znowu ją opuścił. – Maksymilianie – rzekł hrabia, zdając się nie zauważać, jak różne reakcje wywołało jego przybycie – właśnie po ciebie przyjechałem. Zapytała Julia.
Gdy to mówił z kierunku, który wskazywał, dobiegł ich bolesny jęk. Stała tam kobieta, machając do jednego z pasażerów. Twarz kobiety zasłaniała woalka. Monte Christo spojrzał na nią wyraźnie poruszony. Gdyby Morel nie obserwował właśnie statku, z pewnością zauważyłby to jego wzruszenie. – Na Boga? – zawołał Morel. – Nie, nie mylę się. Mężczyzna na statku, ten co właśnie pozdrawia kogoś kapeluszem, ten w mundurze, to przecież Albert de Morser. – Zgadza się – rzekł Monte Christo. – Rozpoznałem go. – A jak to? Przecież patrzyłeś w przeciwną stronę. Hrabia uśmiechnął się, jak zwykł czynić, gdy nie miał zamiaru odpowiadać, i spojrzał z powrotem tam, gdzie stała kobieta.
To ja jestem przyczyną wszystkich twoich nieszczęść. Wolę, żebyś mnie oskarżała, niż mi współczuła. Twoje współczucie byłoby nie do zniesienia. Ja, Edmundzie, miałabym cię nienawidzić i oskarżać. Człowieka, który ocalił życie mojemu synowi, choć przecież twoim zamiarem było zabić syna hrabiemu de Morserve. Który był tak z niego dumny. Popatrz na mnie. Czy widzisz choćby cień wyrzutu? Hrabia podniosł wzrok i zatrzymał go na Mercedes, która wyciągnęła do niego ręce. — Tak, spójrz na mnie — rzekła, a w jej głosie dało się wyczuć głęboką melancholię. Moje oczy utraciły dawny blask. Minął już czas, gdy przychodziłam tutaj i uśmiechałam się do Edmunda Dantesa, który wypatrywał mnie z okienka mansardy.
Ludzie tutaj będą zapewne pytać kim jestem i będą chcieli dowiedzieć się co robię, ale nie ma to już znaczenia. Wszystko pozostanie między Bogiem, mną i tobą. — Mercedes — rzekł hrabia — nie chcę bynajmniej czynić ci wyrzutów, ale wyrzekając się całego majątku pana de Morsaire, za daleko posunęłaś poświęcenie. Połowa tej fortuny słusznie ci się należała za twoją oszczędność i zarządzanie domem. Wiem, do czego zmierzasz Edmundzie, ale nie mogę przyjąć nic, czego syn mógłby mi zabronić. Toteż bez zgody pana Alberta nie zrobię nic dla ciebie, nic. Dowiem się, co o tym sądzi i podporządkuję się jego woli. Ale jeżeli uzyskam zgodę, czy pójdziesz w jego ślady i przyjmiesz bez oporu moją pomoc?
Pokazano wszystkie 5 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!