Hrabia Monte Christo. 111. Odjazd
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Proszę, nigdy tak nie mówcie. Bogowie nigdy nie wyrządzają zła. Zatrzymują się tam, gdzie chcą się zatrzymać. Przypadek nie jest silniejszy od ich woli, to oni nim rozporządzają. Przyciskając do ust rękę Julii, która padła mu w objęcia, drugą rękę podał Emanuelowi. Następnie wyrywając się siłą niemal z tego domu, istnej oazy szczęścia wyszedł, dając znak Maksymilianowi, który usłuchał biernie i obojętnie, jak przyjmował wszystko od śmierci Walentiny. — Przywróć szczęście i radość mojemu bratu! — szepnęła Julia na ucho Hrabiemu. Monte Christo uścisnął jej dłoń tak, że zrobił to, jak zrobił to 11 lat wcześniej na schodach prowadzących do gabinetu Morella.
Być może to prawda, rzekł Maksymilian i zamyślił się ponownie. Podróż odbywała się z nadzwyczajną szybkością. To prędkość między innymi stanowiła o potędze hrabiego. Rano dotarli do Chalons, gdzie czekał już parowy statek hrabiego. Nie tracąc ani chwili przetransportowano powóz na pokład. Podróżni znajdowali się już na statku. Statek niczym indiańska piroga był stworzony do rozwijania dużych prędkości. Jego dwa koła przypominały skrzydła, którymi ciął wodę lekko, jak wędrowny ptak przestworza. Szybkość upoiła nawet Morela. Hrabia natomiast, im dalej byli od Paryża, nabierał coraz większej pogody ducha. Patrząc na niego, można by powiedzieć, że to wygnaniec, co powraca do ojczyzny.
Ta jednak znikła już za rogiem ulicy. Odwrócił się więc do Morela i rzekł. — Przyjacielu, nie masz tutaj nic do załatwienia? — Chciałbym pójść na grób ojca — odpowiedział stłumionym głosem Morel. — Dobrze. Idź i poczekaj tam na mnie. Niedługo przyjdę. — Opuszczasz mnie, pan? Tak, ja również muszę złożyć pewną sentymentalną wizytę. Monte Christo poczekał, aż Maksymilian się oddali i dopiero gdy zniknął mu z oczu, ruszył w kierunku Alei Meilhańskiej do małego domku znanego naszym czytelnikom z początków tej historii. Dom stał w cieniu wielkiej alei lipowej, która służy za miejsce przechadzek dla mieszkańców Marsylii. Dwa kamienne stopnie wygładzone krokami mieszkańców prowadziły do drzwi wejściowych zbitych z trzech niemalowanych desek.
Pokazano wszystkie 3 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!