Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 111. Odjazd

27.07.2025 ·29 min 4 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

Masz rację, ale Bóg nie dopuściłby, twój ojciec poddał się temu pragnieniu, tak jak nie pozwolił, by Abraham złożył syna w ofierze. W obu tych przypadkach zesłał anioła, by ten podciął skrzydła śmierci i zatrzymał ją. Gdy to domawiał, u drzwi rozległ się dźwięk dzwonka. Odźwierny dawał w ten sposób znak, że ktoś przybywa z wizytą. Niemal w tej samej chwili otwarły się drzwi salonu i stanął w nich hrabia de Monte Christo. Państwo Morel wydali okrzyk radości. Maksymilian podniósł głowę i znowu ją opuścił. – Maksymilianie – rzekł hrabia, zdając się nie zauważać, jak różne reakcje wywołało jego przybycie – właśnie po ciebie przyjechałem. Zapytała Julia.

— Najpierw do Marsylii. — Do Marsylii? — powtórzyli zgodnie Julia i Emanuel. — Tak, i zabieram ze sobą Maksymiliana. — Och, panie hrabio — rzekła Julia — niech go nam pan zwróci zdrowym. Morel odwrócił głowę, by ukryć nagły rumieniec. — Zauważyłaś pani, że mocno cierpi? — Tak — odpowiedziała młoda kobieta. Boję się też, że z nami tylko się nudzi. Dopilnuję, by się rozerwał. — Jestem gotów, panie hrabio — rzekł Maksymilian. — Bądźcie zdrowi, moi kochani. Bądź zdrów, Emanuelu. Żegnam cię, Julio. — Jak to? Już się żegnasz? — zawołała Julia. — Ruszacie natychmiast? Bez przygotowań? Bez paszportów? — Zwłoka podwoiłaby tylko smutek rozstania — rzekł Monte Christo.

— A co do przygotowań, to myślę, że Maksymilian pomyślał już o wszystkim tak, jak mu zalecałem. — Paszport mam przy sobie, a walizki już spakowane — rzekł Morel z tym samym obojętnym spokojem. — Bardzo dobrze — uśmiechnął się Monte Christo. — Znać w Twej słowności dobrego żołnierza. — Więc opuszczacie nas już teraz — zaprotestowała Julia. — Nie darujecie nam choćby dnia, choć godziny? — Mój powóz czeka już przed bramą. Za pięć dni muszę być w Rzymie. — Ale Maksymilian przecież nie jedzie do Rzymu — powiedział Emanuel. Jadę, gdzie tylko hrabia zechce mnie ze sobą zabrać. Smutno uśmiechnął się Morel. Przez najbliższy miesiąc należę do niego. Na Boga, panie hrabio, jak on to mówi.

Maksymilian będzie mi towarzyszył, odpowiedział hrabia tonem uprzejmej, łagodnej perswazji. Proszę się więc o niego nie martwić. Żegnam, siostro, powtórzył Morel. Bądź zdrów, Emanuelu. Serce mi się kraje na tę jego obojętną uprzejmość, rzekła Julia. Maksymilianie, ty coś przed nami ukrywasz. Proszę się uspokoić, rzekł Monte Christo. Zobaczy pani wróci wesoły, uśmiechnięty i szczęśliwy. Maksymilian rzucił w jego kierunku spojrzenie niemal pogardliwe, prawie gniewne. Chodźmy, rzekł hrabia. Zanim jeszcze odjedziecie, rzekła Julia, proszę pozwolić, panie hrabio, że powiem wszystko, co wówczas... — Łaskawa pani — odpowiedział Hrabia, biorąc jej ręce — cokolwiek mogłabyś mi powiedzieć, nie będzie nigdy tak wymowne jak to, co czytam w pani oczach, co czuje pani serca, co moje.

Powinienem zapewne postąpić tak, jak dobroczyńcy w powieściach — odjechać bez pożegnania, ale taka wielkoduszność byłaby ponad moje siły. Jestem człowiekiem słabym i próżnym. Wzruszenie i radość w oczach moich bliskich sprawiają, że mnie również jest dobrze. A teraz wyjeżdżam i tak jest ze mnie egoista, że powiem wam, nie zapominajcie o mnie, przyjaciele, bo najprawdopodobniej nigdy się już nie zobaczymy. Jak to? Nigdy? – zawołał Emanuel. Po policzkach Julii potoczyły się dwie wielkie łzy. Mamy już nigdy się nie spotkać? Czyli nie jesteś Pan człowiekiem, lecz Bogiem, który zagościł na ziemi tylko na krótką chwilę, by czynić dobro, a teraz wraca do nieba? Nie mówcie tak o mnie, rzekł żywo Monte Christo.

Proszę, nigdy tak nie mówcie. Bogowie nigdy nie wyrządzają zła. Zatrzymują się tam, gdzie chcą się zatrzymać. Przypadek nie jest silniejszy od ich woli, to oni nim rozporządzają. Przyciskając do ust rękę Julii, która padła mu w objęcia, drugą rękę podał Emanuelowi. Następnie wyrywając się siłą niemal z tego domu, istnej oazy szczęścia wyszedł, dając znak Maksymilianowi, który usłuchał biernie i obojętnie, jak przyjmował wszystko od śmierci Walentiny. — Przywróć szczęście i radość mojemu bratu! — szepnęła Julia na ucho Hrabiemu. Monte Christo uścisnął jej dłoń tak, że zrobił to, jak zrobił to 11 lat wcześniej na schodach prowadzących do gabinetu Morella.

Jak zwykł to robić nortier, gdy chciał powiedzieć tak. — Więc zgadza się — rzekł Monte Christo. — Dobrze, możemy jechać. Ledwie padły te słowa, a powóz już się toczył. Konie ruszyły galopem, krzesząc na bruku skry. Maksymilian usiadł w kącie, a nie jedno słowo nie padło z jego ust. Upłynęło pół godziny. Powóz nagle się zatrzymał. Hrabia pociągnął za jedwabny sznurek, który przywiązany był do palca Alego. Nubijczyk zsiadł z kozła i otwarł drzwiczki powozu. Noc lśniła gwiazdami. Znajdowali się na wzgórzu Villejuif. Z rozległego wzniesienia widać było cały Paryż, przypominający ponure morze z milionem drżących świateł układających się w fosforyzujące fale.

Fale hałaśliwe, bardziej oszalałe, namiętne i zachłanne niż grzywy rozzłoszczonego oceanu. Fale, które nie znają spokoju, nieustannie spienione w ciągłej walce, nieustannie żądne nowej ofiary. Hrabia został sam. Na jego znak powóz podjechał nieco do przodu. Skrzyżowawszy ramiona, Monte Christo przyglądał się dłuższą chwilę tej kuźni, gdzie stapiają się, mieszają i kształtują wszelkie idee, by, wydostawszy się stąd, wstrząsać światem. Następnie, gdy już nasycił swój wzrok widokiem owego Babilonu, gdzie natchnienie znajdzie zarówno religijny poeta, jak i materialistyczny prześmiewca, szepnął do siebie skłoniwszy głowę, a ręce złożywszy jak do modlitwy.

Nie możesz mi już dać radości ani zadać bólu. Żegnaj, żegnaj. Monte Christo raz jeszcze ogarnął spojrzeniem niczym geniusz nocy rozległą równinę. Przeciągnął dłonią po czole i wsiadł do powozu. Gdy tylko drzwi zamknęły się za hrabią, ekwipaż szybko zjechał zboczem, pozostawiając za sobą jedynie tuman kurzu i echo turkotu kół. Przejechali dziesięć mil. W tym czasie żadne słowo nie zakłóciło ciszy. Morel myślał zamyślony, hrabia przyglądał się jego zadumie. — Maksymilianie, — rzekł hrabia, — żałujesz, że pojechałeś ze mną? — Nie, panie hrabio, ale opuścić Paryż? No, gdybym wiedział, że to w Paryżu czeka na ciebie szczęście, nie proponowałbym ci wyjazdu.

Całe to widowisko, poruszające nawet dla tych, którzy oglądają go codziennie, nie było w stanie odwrócić myśli Maksymiliana od jednego wspomnienia. Uderzyło go to, gdy tylko postawił stopę na płytach nabrzeża. — Panie hrabio — rzekł, umując Monte Christa pod ramię — w tym miejscu stał mój ojciec, gdy faraon wpływał do portu. To tutaj ów dzielny człowiek, którego ocaliłeś od śmierci i hańby, przywitał mnie, biorąc w swoje ramiona. Jeszcze dziś pamiętam, jak jego łzy spływały mi na twarz. Nie płakał zresztą sam. Wiele osób miało łzy w oczach na nasz widok. Monte Christo uśmiechnął się. — Ja zaś stałem tam — rzekł, wskazując Morelowi zakręt uliczki.

Gdy to mówił z kierunku, który wskazywał, dobiegł ich bolesny jęk. Stała tam kobieta, machając do jednego z pasażerów. Twarz kobiety zasłaniała woalka. Monte Christo spojrzał na nią wyraźnie poruszony. Gdyby Morel nie obserwował właśnie statku, z pewnością zauważyłby to jego wzruszenie. – Na Boga? – zawołał Morel. – Nie, nie mylę się. Mężczyzna na statku, ten co właśnie pozdrawia kogoś kapeluszem, ten w mundurze, to przecież Albert de Morser. – Zgadza się – rzekł Monte Christo. – Rozpoznałem go. – A jak to? Przecież patrzyłeś w przeciwną stronę. Hrabia uśmiechnął się, jak zwykł czynić, gdy nie miał zamiaru odpowiadać, i spojrzał z powrotem tam, gdzie stała kobieta.

Ta jednak znikła już za rogiem ulicy. Odwrócił się więc do Morela i rzekł. — Przyjacielu, nie masz tutaj nic do załatwienia? — Chciałbym pójść na grób ojca — odpowiedział stłumionym głosem Morel. — Dobrze. Idź i poczekaj tam na mnie. Niedługo przyjdę. — Opuszczasz mnie, pan? Tak, ja również muszę złożyć pewną sentymentalną wizytę. Monte Christo poczekał, aż Maksymilian się oddali i dopiero gdy zniknął mu z oczu, ruszył w kierunku Alei Meilhańskiej do małego domku znanego naszym czytelnikom z początków tej historii. Dom stał w cieniu wielkiej alei lipowej, która służy za miejsce przechadzek dla mieszkańców Marsylii. Dwa kamienne stopnie wygładzone krokami mieszkańców prowadziły do drzwi wejściowych zbitych z trzech niemalowanych desek.

W domu tym tak uroczym i wesołym, choć ubogim, mieszkał niegdyś ojciec Dątesa. Staruszek zajmował jedynie mansandrę. Hrabia cały dom oddał do dyspozycji Mercedes. I to tutaj weszła kobieta, którą wypatrzył Monte Christo. Gdy zza rogu wyłonił się hrabia, zamykała właśnie drzwi. Znał doskonale wytarte stopnie. Nikt też lepiej od niego nie radził sobie z drzwiami zamykanymi na żelazny skobel. Wszedł więc nie pukając, nie uprzedzając, jak dobry przyjaciel lub gospodarz domu. W końcu brukowanej alei znajdował się ogródek pełen ciepła, słońca i światła. To tutaj Mercedes znalazła sumę, którą hrabia ofiarował jej w swej delikatności po 24 latach.

Drzewa rosnące w ogródku widać było już przy bramie od strony ulicy. Przestąpiewszy próg, Monte Christo usłyszał westchnienie, które przypominało cichy szloch. Mercedes siedziała w altance oplecionej jaśminem wirgińskim, o gęstym listowiu i długich, purpurowych kwiatach. Lekko pochylona, płakała. Zdjęła woal, twarz skryła w dłoniach i folgowała teraz łzom tak długo powstrzymywanym w obecności syna. Monte Christo postąpił parę kroków. Piasek zazgrzytał pod jego stopami. Mercedes uniosła głowę, a widząc nieznajomego mężczyznę krzyknęła. – Pani – rzekł hrabia – nie mogę już dać ci szczęścia, ale mogę ofiarować pociechę.

Wiele bolesnych dni dzieli nas od tamtych czasów. Między osobą, która byłam wówczas, a tą, którą masz przed sobą teraz, jest przepaść nie do przebycia. Nie mogłabym cię ani oskarżać, ani nienawidzić. To siebie oskarżam i nienawidzę. Jakaż ja jestem nikczemna, zawołała załamując ręce i wznosząc oczy ku niebu. I słusznie poniosłam karę. Miałam to wszystko, co mają tylko aniołowie. Wiarę, niewinność i miłość, a mimo to zwątpiłam w Boga. Monte Christo zbliżył się do niej w milczeniu, podał jej rękę. — Nie — rzekła, cofając łagodnie swą dłoń — nie, mój przyjacielu, nie dotykaj mnie. Oszczędziłeś mnie, a przecież ze wszystkich osób, na które spadł twój cios, to ja byłam najbardziej winna.

Mercedes zalała się łzami. Jej serce nie wytrzymało ciężaru wspomnień. Monte Christo ujął jej dłoni, z szacunkiem ucałował. Ona sama poczuła, że pocałunek ten pozbawiony był namiętności. Z takim nabożeństwem całuje się kamienną dłoń świętych posągów. Los różnych ludzi jest z góry przesądzony, podjęła Mercedes. Wystarczy jeden fałszywy krok, by cała przyszłość w proch się rozsypała. Sądziłam, że umarłeś i powinnam była też umrzeć. Na co zdało się, że w sercu zawsze nosiłam żałobę po tobie. Mam 39 lat, a czuję się jak kobieta pięćdziesięcioletnia. Niczemu, skoro tylko ja cię rozpoznałam, ocaliłam jedynie syna.

Czyż nie powinnam była ocalić również życia tamtemu człowiekowi? Choćby nie wiem, jak winny był moim mężem, a jednak pozwoliłam mu umrzeć. Co mówię? Przecież sama przyczyniłam się do jego śmierci, okazując mu tchórzliwą nieczułość, gardząc nim, nie chcąc pamiętać, że to dla mnie został zdrajcą i krzywoprzysięzcą. I po cóż przyjechałam aż tutaj za synem, skoro pozwoliłam, by wyjechał, skoro oddaję go na pastwę tej żądnej krwi afrykańskiej ziemi. Tak, byłam tchórzem, wyrzekłam się miłości, jak wszyscy zaprzańcy przynoszę moim bliskim jedynie nieszczęście. — Nie, Mercedes, nie — rzekł Monte Christo. Zbyt surowo się oceniasz. Jesteś szlachetną i pobożną kobietą.

Monte Christo nieznacznie zbladł i spuścił głowę, przybity aż tak wielkim cierpieniem. — Nie chcesz mnie pożegnać? — zapytał, wyciągając ku niej dłoń. — Owszem, pożegnam się z tobą. Powiem ci do widzenia — odpowiedziała i wskazała uroczyście niebo. — I niech będzie to dowód, że nie straciłam całej nadziei. I dotknąwszy drżącą dłonią ręki hrabiego, wbiegła na schody i znikła. Monte Christo powoli wyszedł z domu i zawrócił drogą do portu. Mercedes nie widziała jednak, jak się oddala, choć stała w oknie pokoiku starego Dontesa. Jej oczy szukały w oddali statku, na którym odpłynął jej syn.

Pokazano wszystkie 18 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.