Hrabia Monte Christo. 111. Odjazd
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
To ja jestem przyczyną wszystkich twoich nieszczęść. Wolę, żebyś mnie oskarżała, niż mi współczuła. Twoje współczucie byłoby nie do zniesienia. Ja, Edmundzie, miałabym cię nienawidzić i oskarżać. Człowieka, który ocalił życie mojemu synowi, choć przecież twoim zamiarem było zabić syna hrabiemu de Morserve. Który był tak z niego dumny. Popatrz na mnie. Czy widzisz choćby cień wyrzutu? Hrabia podniosł wzrok i zatrzymał go na Mercedes, która wyciągnęła do niego ręce. — Tak, spójrz na mnie — rzekła, a w jej głosie dało się wyczuć głęboką melancholię. Moje oczy utraciły dawny blask. Minął już czas, gdy przychodziłam tutaj i uśmiechałam się do Edmunda Dantesa, który wypatrywał mnie z okienka mansardy.
Oni wszyscy kierowali się nienawiścią, żądzą, egoizmem. Tylko ja stchórzyłam, oni pragnęli, ja się bałam. Nie, nie ściskaj mojej ręki. Wiem, że szukasz jakiegoś czułego słowa, ale na próżno. Zachowaj je dla innej kobiety, bo ja już nie jestem godna, by je usłyszeć. Popatrz, tu odkryła całkiem swoją twarz. Popatrz. Od nieszczęścia posiwiały mi włosy. Wylałam tyle łez, że pod oczyma mam fioletowe sińce. A ty, Edmundzie, jesteś ciągle młody, piękny i dumny. Zachowałeś wiarę i siłę i ufność w Bogu. I On ci dopomógł. Ja byłam słaba i zaparłam się Go. Opuścił mnie i widzisz, co się ze mną stało.
Uczyłem ramię z zabijania i nakazywałem ustom, by się uśmiechały, gdy oczy patrzyły na najstraszliwsze sceny. Z człowieka dobrego, ufnego, łatwo przebaczającego stałem się mściwy, skryty, perfidny lub raczej nieugięty jak głuche i ślepe fatum. Wówczas ruszyłem w drogę, przekroczyłem granice czasu i przestrzeni, dotarłem do samego końca i biada tym, których napotkałem w podróży. – Dosyć! – przerwała Mercedes. – Dosyć, Edmundzie! Wierz mi, tylko ja mogłam cię rozpoznać i tylko ja mogłam cię zrozumieć. Edmundzie, nawet gdybyś spotkał mnie na tej drodze, gdybyś zniszczył mnie bez wahania i tak musiałabym cię wielbić, powiedziałam ci, że między osobą, którą jestem teraz i tą, którą byłam kiedyś, istnieje przepaść.
Ta sama przepaść dzieli ciebie od innych ludzi i najgorszą męką jest dla mnie to właśnie porównanie. Bo nie znam nikogo, kto mógłby się z Tobą mierzyć i kto by Cię choć trochę przypominał. A teraz pożegnaj mnie i rozstańmy się. Zanim się rozstaniemy, powiedz, czy czegoś nie pragniesz. Pragnę tylko, aby mój Syn był szczęśliwy. Proś Boga. Tylko On dzierży w ręku losy ludzi. Tylko On może oddalić śmierć od Twojego Syna. Ja zajmę się resztą. Dziękuję Ci. A co z Tobą? Ja nie potrzebuję niczego. Żyję już tylko między dwoma grobami. W jednym pochowany jest Edmund Dantes. Kochałam go.
Wiem, te słowa nie przystoją już moim zwiędłym wargom, ale wspomnienie o tym ciągle żyje w moim sercu i nie wyrzeknę się go za nic w świecie. Drugi grób należy do człowieka, którego Edmund Dantes zabił. Uznaję, że zrobił to słusznie, ale winna jestem zmarłemu modlitwę. — Twój syn, pani, będzie szczęśliwy — powtórzył obietnicę hrabia. — Więc i ja będę szczęśliwa, jak tylko potrafię. Ale w końcu co ty poczniesz ze sobą? Mercedes uśmiechnęła się smutno. — Nie uwierzyłbyś, jeśli bym powiedziała, że wrócę do dawnego życia i zacznę pracować. Umiem już tylko modlić się. Nie muszę też na siebie pracować. W miejscu, który mi wskazałeś znalazłam pieniądze.
Ludzie tutaj będą zapewne pytać kim jestem i będą chcieli dowiedzieć się co robię, ale nie ma to już znaczenia. Wszystko pozostanie między Bogiem, mną i tobą. — Mercedes — rzekł hrabia — nie chcę bynajmniej czynić ci wyrzutów, ale wyrzekając się całego majątku pana de Morsaire, za daleko posunęłaś poświęcenie. Połowa tej fortuny słusznie ci się należała za twoją oszczędność i zarządzanie domem. Wiem, do czego zmierzasz Edmundzie, ale nie mogę przyjąć nic, czego syn mógłby mi zabronić. Toteż bez zgody pana Alberta nie zrobię nic dla ciebie, nic. Dowiem się, co o tym sądzi i podporządkuję się jego woli. Ale jeżeli uzyskam zgodę, czy pójdziesz w jego ślady i przyjmiesz bez oporu moją pomoc?
Wiesz Edmundzie, nie jestem już istotą myślącą. Nie umiem podejmować decyzji. Podjęłam więc jedną, aby o niczym już nie decydować. Bóg tak mnie doświadczył, że nie ma już we mnie śladu woli. Jestem w Jego ręku jak wróbel w szponach orła. Jeżeli ciągle żyję, to widocznie tylko dlatego, że taka jest Jego decyzja. Jeżeli zechce zesłać mi pomoc, to ją przyjmę. Strzeż się, Pani, bo nie w ten sposób czci się Boga. On chce, byśmy starali się Go zrozumieć i uczyli się Jego potęgi. Dlatego dał nam wolną wolę. — Nieszczęsny — zawołała Mercedes — nie mów tak do mnie. Jeżeli uwierzę, że Bóg obdarza nas wolną wolą, co ocali mnie od rozpaczy?
Monte Christo nieznacznie zbladł i spuścił głowę, przybity aż tak wielkim cierpieniem. — Nie chcesz mnie pożegnać? — zapytał, wyciągając ku niej dłoń. — Owszem, pożegnam się z tobą. Powiem ci do widzenia — odpowiedziała i wskazała uroczyście niebo. — I niech będzie to dowód, że nie straciłam całej nadziei. I dotknąwszy drżącą dłonią ręki hrabiego, wbiegła na schody i znikła. Monte Christo powoli wyszedł z domu i zawrócił drogą do portu. Mercedes nie widziała jednak, jak się oddala, choć stała w oknie pokoiku starego Dontesa. Jej oczy szukały w oddali statku, na którym odpłynął jej syn.
Lecz usta, jakby wbrew niej samej, powtarzały szeptem – Edmundzie, Edmundzie, Edmundzie.
Pokazano wszystkie 9 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!