ZBRODNIA POŁANIECKA - NAJGŁOŚNIEJSZA ZMOWA MILCZENIA
Książka „Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL” już dostępna w sprzedaży: https://bit.ly/empik-polanieckaW Wigilię 1976 roku w okolicach Połańca doszło do wydarzeń, które na zawsze zapisały się w historii polskiej kryminalistyki. Po nocnej pasterce odnaleziono ciała młodej kobiety w ciąży, jej męża i brata. Początkowo wyglądało na to, że doszło do tragicznego wypadku drogowego i sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Z czasem jednak pojawiły się poważne wątpliwości co do tej wersji wydarzeń, a śledztwo odsłoniło coś znacznie bardziej przerażającego - brutalną zbrodnię i zmowę milczenia, w którą uwikłana była cała lokalna społeczność.
A teraz przechodzę już do przedstawienia sprawy i zapraszam Was do oglądania. 24 grudnia 1976 roku mieszkańcy wsi Zrembin położonej koło Połańca w ówczesnym województwie tarnobrzeskim, obecnym Świętokrzyskim, szykowali się na pasterkę. Do kościoła w Połańcu przywiozły ich dwa wynajęte autobusy PKS-u, stary autosan i niebieski san. Żaden z pasażerów nie przypuszczał, że te święta na zawsze zmienią ich życie. Podczas pasterki osiemnastoletnia Krystyna Łukaszek, jej dwudziestopięcioletni mąż Stanisław i dwunastoletni brat Mieczysław zostali podstępem wywabieni z kościoła.
Jedna z sąsiadek przekazała Krystynie fałszywą wiadomość, że w domu wydarzyło się coś złego i muszą natychmiast wracać. Krystyna, która była w tym czasie w piątym miesiącu ciąży, wraz z mężem i bratem myśleli, że wrócą do Zrębina autobusem, jednak uniemożliwił im to 48-letni Jan Sojda, właściciel dużego gospodarstwa, który pozostawał w wieloletnim konflikcie z rodziną młodego małżeństwa. Krystyna, Stanisław i Mieczysław musieli więc udać się w czterokilometrową drogę do domu pieszo, poboczem drogi. Nie wiedzieli, że w tym czasie Jan Sojda wraz ze swoim szwagrem Józefem Adasiem i Zięciem Jerzym Sochą oraz Stanisławem Gulpińskim przygotowywali się do ataku.
Mężczyźni będąc pod wpływem alkoholu ruszyli ich śladem. W kierunku Zrębina pierwszy wyjechał Fiat 125P prowadzony przez Sochę. Za nim podążył autobus z pasażerami, za kierownicą którego siedział Józef Adaś, a następnie drugi autosan prowadzony przez Macieja Wysockiego, którego Sojda zastraszył i zmusił do jazdy. Wkrótce na odcinku między Połańcem a Zrębinem rozegrał się dramat. Samochód prowadzony przez 27-letniego Jerzego Sochę potrącił idącego poboczem Mieczysława. Krystyna i Stanisław ruszyli na pomoc rannemu chłopcu, jednak dopadli ich Jan Sojda i Józef Adaś, uzbrojeni w ciężkie klucze do kół.
Uderzeniami w głowę śmiertelnie pobili Stanisława, po czym rzucili się w pogoń za uciekającą w pola Krystyną. Dziewczyna błagała o życie mówiąc, wujku nie zabijaj mnie, zabiliście mi męża, zostawcie chociaż mnie matce. Napastnicy nie okazali jednak litości i zamordowali ciężarną osiemnastolatkę. Po odebraniu życia młodym małżonkom zwrócili uwagę ku dwunastoletniemu Mieczysławowi, który leżał na drodze ze złamaną nogą, jęczał z bólu i wołał – Mamo, ratuj. Wyciągnięto go na środek jezdni, po czym Jan Sojda stanął przed nadjeżdżającym Fiatem i gestami naprowadził samochód prowadzony przez Jerzego Sochę prosto na rannego chłopca.
Stanisław Kulpinski zagroził pasażerom autobusu, że jeśli ktokolwiek spróbuje wysiąść, to spotka go taki sam los jak ofiary. Mimo nocnych ciemności świadkowie dokładnie wiedzieli cały przebieg zdarzeń, a jeden z nich, Henryk Witek, oświetlał miejsce latarką. Po dokonaniu zbrodni ciała zostały wniesione do autobusu i przewiezione kilkaset metrów dalej, gdzie zdecydowano się upozorować wypadek samochodowy. Zwłoki umieszczono w rowie, a następnie przejechano po nich pojazdem, żeby obrażenia ofiar zgadzały się z wersją o wypadku. Dodatkowo ciało Krystyny zostało obnażone, żeby zasugerować napaść na tle seksualnym. Obok porzucono rozbity samochód, co miało uwiarygodnić inscenizację.
Jan miał szwagra, Józefa Adasia, który pobudował się po sąsiedzku. Miał także dwóch księciów, Stanisława Kulpinskiego i Jerzego Sochę. Ten pierwszy mieszkał razem z nim w domu. Kolejnym ważnym punktem w konflikcie między rodziną Sojdy i Rojami było wesele Krystyny Kality i Stanisława Łukaszka w 1976 roku. Podczas tej uroczystości siostra Jana, Adasiowa, czyli żona Józefa Adasia, jednego z późniejszych współsprawców zbrodni, została przyłapana na kradzieży weselnej kiełbasy, wędlin i zastawy stołowej. Kobiecie zwrócono uwagę i incydent stłumiono, jednak wieści szybko obiegły okolice, a kobietę oburzyła zniewaga, której doświadczyła.
Przy prowizorycznym ołtarzu z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej w świetle świec i w obecności krzyża ponownie zobowiązano świadków do milczenia. Członkowie rodziny Sojdów Przekazywali im pieniądze i zastraszali, a także dawali medaliki przywiezione z Częstochowy. Jedną z osób obdarowaną medalikiem była krewna Kalitów, ta sama, która tragicznej nocy, pod fałszywym pretekstem, wywabiła Krysię z kościoła. Spośród wielu świadków tylko dwie osoby zdecydowały się powiedzieć, że doszło do zabójstwa i wskazać sprawców. Był to 14-letni Stanisław Strzempek oraz Leszek Brzdękiewicz. Niedługo później, w okresie wielkanocnym, ciało Leszka odnaleziono w rzece Czarnej.
Leżał twarzą w dół w płytkiej wodzie. Oficjalnie uznano, że doszło do przypadkowego utonięcia. Jednak pojawiły się podejrzenia, że ktoś mógł mu w tym pomóc. Nie znaleziono jednak dowodów pozwalających jednoznacznie to potwierdzić. Trzy miesiące po aresztowaniu Józefa Adasia w maju 1977 r. aresztowano także Jana Sojdę. Postawiono mu zarzut mataczenia w śledztwie i nakłaniania świadków do fałszywych zeznań. W ciągu kolejnych miesięcy w areszcie znaleźli się także pozostali wspólnicy, czyli Kulpinski i Socha. Sojda był pięciokrotnie przesłuchiwany przez milicję i za każdym razem zaprzeczał, że był na pasterce w Połańcu. Podczas przesłuchań płakał, przegryzał swój kciuk i na krew przysięgał o swojej niewinności.
Proces rozpoczął się w 1978 roku i przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu na ławie oskarżonych zasiedli Jan Sojda, Józef Adaś, Jerzy Socha oraz Stanisław Kulpinski. Sala rozpraw niemal codziennie była wypełniona po brzegi. Posiedzenia odbywały się nawet w wolne soboty. Rozprawy ciągnęły się godzinami, czasem nawet po kilkanaście godzin dziennie. W toku postępowania przesłuchano ponad 200 osób, jednego ze świadków aż 14 razy, a najstarszy z przesłuchiwanych miał ponad 100 lat. Nadal jednak wielu świadków obawiało się mówić prawdę, a na sali sądowej bardzo często padało osławione już stwierdzenie, nie oświadczam się.
W pierwszej instancji wszyscy cztery, czyli Sojda, Adaś, Kulpinski i Socha, zostali skazani na karę śmierci. Złożono jednak apelację, w której obrońcy skazanych wytykali prokuratorom, milicjantom i sędziom szereg błędów. Główne zarzuty dotyczyły wymuszania od świadków zeznań siłą i podgroźbą aresztowania, niedopuszczenie przed oblicze sądu świadków mogących wskazać nowe okoliczności oraz prowadzenie wizji lokalnej tak długo, że aż zasłabł jeden z obrońców. Po apelacji sprawę rozpatrzył Sąd Najwyższy, który podtrzymał wyroki śmierci dla 51-letniego Jana Sojdy i 37-letniego Józefa Adasia. Jednak kary Stanisława Kulpinskiego i Jerzego Sochy złagodzono odpowiednio do 15 i 25 lat więzienia.
Kary śmierci Jana Sojdy i Józefa Adasia wykonano w listopadzie 1982 roku w areszcie śledczym w Krakowie. Egzekucje przeprowadzono przez powieszenie w obecności lekarza, naczelnika więzienia oraz prokuratora Franciszka Bełczowskiego. Zgodnie z ówczesną praktyką na tę okoliczność przygotowano dla prokuratora specjalną nową togę. Wspomniano także o niecodziennym zdarzeniu poprzedzającym wykonanie wyroku. Uczestnicy egzekucji nie chcieli go szczegółowo opisać i stwierdzili jedynie, że utwierdziło ich ono w przekonaniu o winie skazanych. Sami skazani do końca nie okazywali skruchy. Z kolei córka Jana Sojdy, Mieczysława Kulpinska, po latach relacjonowała, że jej ojciec przed szubienicą uklęknął i miał powiedzieć, że ginie niewinnie.
Stanisław Kulpinski opuścił więzienie po zaledwie jedenastu i pół roku, a Socha odsiedział trzy lata dłużej. Zbrodnia Połaniecka wstrząsnęła opinią publiczną w całym kraju i trwale naznaczyła zrębin. Mrok tamtej wigilijnej nocy nie opuścił tej okolicy do dziś, a rodziny skazanych konsekwentnie utrzymywały, że ich bliscy zostali skrzywdzeni przez wymiar sprawiedliwości. Żony twierdziły, że mężowie cały czas przebywali w domu i nie byli na pasterce. Winą obarczano śledczych, sąd i media, a Henryk Witek, jeden ze skazanych świadków, który spędził w więzieniu 5 lat, cały czas utrzymywał, że był to nieszczęśliwy wypadek, a nie morderstwo.
Pokazano wszystkie 12 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Książka „Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL” już dostępna w sprzedaży: https://bit.ly/empik-polaniecka
W Wigilię 1976 roku w okolicach Połańca doszło do wydarzeń, które na zawsze zapisały się w historii polskiej kryminalistyki. Po nocnej pasterce odnaleziono ciała młodej kobiety w ciąży, jej męża i brata. Początkowo wyglądało na to, że doszło do tragicznego wypadku drogowego i sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Z czasem jednak pojawiły się poważne wątpliwości co do tej wersji wydarzeń, a śledztwo odsłoniło coś znacznie bardziej przerażającego - brutalną zbrodnię i zmowę milczenia, w którą uwikłana była cała lokalna społeczność.