ZBRODNIA POŁANIECKA - NAJGŁOŚNIEJSZA ZMOWA MILCZENIA
Książka „Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL” już dostępna w sprzedaży: https://bit.ly/empik-polanieckaW Wigilię 1976 roku w okolicach Połańca doszło do wydarzeń, które na zawsze zapisały się w historii polskiej kryminalistyki. Po nocnej pasterce odnaleziono ciała młodej kobiety w ciąży, jej męża i brata. Początkowo wyglądało na to, że doszło do tragicznego wypadku drogowego i sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Z czasem jednak pojawiły się poważne wątpliwości co do tej wersji wydarzeń, a śledztwo odsłoniło coś znacznie bardziej przerażającego - brutalną zbrodnię i zmowę milczenia, w którą uwikłana była cała lokalna społeczność.
Proces rozpoczął się w 1978 roku i przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu na ławie oskarżonych zasiedli Jan Sojda, Józef Adaś, Jerzy Socha oraz Stanisław Kulpinski. Sala rozpraw niemal codziennie była wypełniona po brzegi. Posiedzenia odbywały się nawet w wolne soboty. Rozprawy ciągnęły się godzinami, czasem nawet po kilkanaście godzin dziennie. W toku postępowania przesłuchano ponad 200 osób, jednego ze świadków aż 14 razy, a najstarszy z przesłuchiwanych miał ponad 100 lat. Nadal jednak wielu świadków obawiało się mówić prawdę, a na sali sądowej bardzo często padało osławione już stwierdzenie, nie oświadczam się.
Pięcioosobowy skład sędziowski pod przewodnictwem sędziego Marka Maciąga nie zamierzał jednak tolerować oczywistych kłamstw. Na pewien czas wyłączono jawność rozpraw, aby rodziny oskarżonych nie mogły słyszeć zeznań świadków. Gdy to nie przyniosło skutku, sąd zaczął stosować kary. Najpierw grzywny, a następnie areszty i zdarzało się, że świadkowie opuszczali salę rozpraw w Kajdankach. Dla wielu z nich jednak strach przed zemstą Sojdy był silniejszy niż obawa przed więzieniem i dopiero pod naciskiem dowodów decydowali się mówić prawdę. Sam Sojda przez większość procesu zachowywał się pewnie, wręcz zuchwale. Potrafił przysypiać oparty o ramię milicjanta i nawet groził matce ofiar, pytając ironicznie, co kobieta zrobi, gdy on wróci do wsi.
Będąc w areście, Sojda wysłał do żony gryps, który udało się przechwycić. Napisał w nim m.in. : Nie lituj się nad szwagrem Adasiem, jak rzeźnik nie lituje się nad świnią, gdy ją przerabia na kiełbasy. Napisał też, że grozi mu wysoki wyrok i musi przygotować dla adwokatów 90 tysięcy złotych oraz przede wszystkim, że trzeba nakłonić matkę do zmiany zeznań i potwierdzenia jego rzekomej obecności w domu podczas pasterki. Zdaniem niektórych jednak ten gryps został spreparowany przez milicjantów. Oskarżeni i obrońcy, mimo wielu zeznań i dowodów, domagali się uniewinnienia. Na ogłoszenie wyroku czekał przed sądem kilkusetosobowy tłum.
W pierwszej instancji wszyscy cztery, czyli Sojda, Adaś, Kulpinski i Socha, zostali skazani na karę śmierci. Złożono jednak apelację, w której obrońcy skazanych wytykali prokuratorom, milicjantom i sędziom szereg błędów. Główne zarzuty dotyczyły wymuszania od świadków zeznań siłą i podgroźbą aresztowania, niedopuszczenie przed oblicze sądu świadków mogących wskazać nowe okoliczności oraz prowadzenie wizji lokalnej tak długo, że aż zasłabł jeden z obrońców. Po apelacji sprawę rozpatrzył Sąd Najwyższy, który podtrzymał wyroki śmierci dla 51-letniego Jana Sojdy i 37-letniego Józefa Adasia. Jednak kary Stanisława Kulpinskiego i Jerzego Sochy złagodzono odpowiednio do 15 i 25 lat więzienia.
Dodatkowo 18 świadków skazano za składanie fałszywych zeznań. Oskarżonych bronili znani adwokaci Władysław Siłanowicki, w czasach PRL obrońca represjonowanych opozycjonistów, a po 1989 sędzia Trybunału Stanu oraz Zbigniew Dyka, późniejszy poseł i minister sprawiedliwości. Siłanowicki bardzo angażował się w sprawę i publikował w prasie artykuły, w których podważał ustalenia śledztwa oraz wyrok sądu. Dyka natomiast w latach 90. próbował doprowadzić do wznowienia postępowania. Ostatecznie do rewizji nie doszło i w lutym 1993 roku Sąd Najwyższy oddalił wniosek jako bezzasadny.
Stanisław Kulpinski opuścił więzienie po zaledwie jedenastu i pół roku, a Socha odsiedział trzy lata dłużej. Zbrodnia Połaniecka wstrząsnęła opinią publiczną w całym kraju i trwale naznaczyła zrębin. Mrok tamtej wigilijnej nocy nie opuścił tej okolicy do dziś, a rodziny skazanych konsekwentnie utrzymywały, że ich bliscy zostali skrzywdzeni przez wymiar sprawiedliwości. Żony twierdziły, że mężowie cały czas przebywali w domu i nie byli na pasterce. Winą obarczano śledczych, sąd i media, a Henryk Witek, jeden ze skazanych świadków, który spędził w więzieniu 5 lat, cały czas utrzymywał, że był to nieszczęśliwy wypadek, a nie morderstwo.
Pokazano wszystkie 6 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Książka „Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL” już dostępna w sprzedaży: https://bit.ly/empik-polaniecka
W Wigilię 1976 roku w okolicach Połańca doszło do wydarzeń, które na zawsze zapisały się w historii polskiej kryminalistyki. Po nocnej pasterce odnaleziono ciała młodej kobiety w ciąży, jej męża i brata. Początkowo wyglądało na to, że doszło do tragicznego wypadku drogowego i sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Z czasem jednak pojawiły się poważne wątpliwości co do tej wersji wydarzeń, a śledztwo odsłoniło coś znacznie bardziej przerażającego - brutalną zbrodnię i zmowę milczenia, w którą uwikłana była cała lokalna społeczność.