ZBRODNIA POŁANIECKA - NAJGŁOŚNIEJSZA ZMOWA MILCZENIA
Książka „Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL” już dostępna w sprzedaży: https://bit.ly/empik-polanieckaW Wigilię 1976 roku w okolicach Połańca doszło do wydarzeń, które na zawsze zapisały się w historii polskiej kryminalistyki. Po nocnej pasterce odnaleziono ciała młodej kobiety w ciąży, jej męża i brata. Początkowo wyglądało na to, że doszło do tragicznego wypadku drogowego i sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Z czasem jednak pojawiły się poważne wątpliwości co do tej wersji wydarzeń, a śledztwo odsłoniło coś znacznie bardziej przerażającego - brutalną zbrodnię i zmowę milczenia, w którą uwikłana była cała lokalna społeczność.
Jedna z sąsiadek przekazała Krystynie fałszywą wiadomość, że w domu wydarzyło się coś złego i muszą natychmiast wracać. Krystyna, która była w tym czasie w piątym miesiącu ciąży, wraz z mężem i bratem myśleli, że wrócą do Zrębina autobusem, jednak uniemożliwił im to 48-letni Jan Sojda, właściciel dużego gospodarstwa, który pozostawał w wieloletnim konflikcie z rodziną młodego małżeństwa. Krystyna, Stanisław i Mieczysław musieli więc udać się w czterokilometrową drogę do domu pieszo, poboczem drogi. Nie wiedzieli, że w tym czasie Jan Sojda wraz ze swoim szwagrem Józefem Adasiem i Zięciem Jerzym Sochą oraz Stanisławem Gulpińskim przygotowywali się do ataku.
Mężczyźni będąc pod wpływem alkoholu ruszyli ich śladem. W kierunku Zrębina pierwszy wyjechał Fiat 125P prowadzony przez Sochę. Za nim podążył autobus z pasażerami, za kierownicą którego siedział Józef Adaś, a następnie drugi autosan prowadzony przez Macieja Wysockiego, którego Sojda zastraszył i zmusił do jazdy. Wkrótce na odcinku między Połańcem a Zrębinem rozegrał się dramat. Samochód prowadzony przez 27-letniego Jerzego Sochę potrącił idącego poboczem Mieczysława. Krystyna i Stanisław ruszyli na pomoc rannemu chłopcu, jednak dopadli ich Jan Sojda i Józef Adaś, uzbrojeni w ciężkie klucze do kół.
Jan miał szwagra, Józefa Adasia, który pobudował się po sąsiedzku. Miał także dwóch księciów, Stanisława Kulpinskiego i Jerzego Sochę. Ten pierwszy mieszkał razem z nim w domu. Kolejnym ważnym punktem w konflikcie między rodziną Sojdy i Rojami było wesele Krystyny Kality i Stanisława Łukaszka w 1976 roku. Podczas tej uroczystości siostra Jana, Adasiowa, czyli żona Józefa Adasia, jednego z późniejszych współsprawców zbrodni, została przyłapana na kradzieży weselnej kiełbasy, wędlin i zastawy stołowej. Kobiecie zwrócono uwagę i incydent stłumiono, jednak wieści szybko obiegły okolice, a kobietę oburzyła zniewaga, której doświadczyła.
Dla Sojdy było to pomówienie i publiczne upokorzenie członka ich rodziny. Coś, czego nie mógł tak po prostu przebaczyć. Jeszcze tej samej nocy zapowiedział zemstę. Zdaniem świadków użył wtedy słów, wyplenie kalitowe plemię. I niestety dotrzymał słowa. A co najgorsze wyglądało na to, że ta okrutna zbrodnia ujdzie mu na sucho. Mijały kolejne tygodnie i śledztwo już dawno zostało zakończone. Prawda być może nigdy nie wyszłaby na jaw, gdyby nie 14-letni Stasio Strzempek, który tamtej tragicznej nocy, wracając z pasterki, zauważył ukrywającego się za autobusem jednego ze sprawców. I pewnego dnia, przechodząc obok domów Sojdy i Adasia, chłopak zaczął krzyczeć, bandyci, zamordowaliście tylu ludzi, zabiliście mojego kolegę Miecia.
Zdarzenie to rozeszło się głośnym echem po okolicy. Chłopiec miał opinie Urwisa i kawalarza, jednak tym razem nie zmyślał. Publicznie przełamał zmowę milczenia. Sojda próbował przekupić nastolatka i jego rodzinę, jednak Strzępkowie nie chcieli jego pieniędzy. Stasio opowiedział wszystko, co widział tej tragicznej nocy. Gdy szedł razem z dwoma kolegami, minęły ich dwa autobusy, a później, gdy doszedł do miejsca znalezienia ciał, widział Józefa Adasia kręcącego się przy stojącym w rowie sanie. Mama chłopca wspominała, że gdy syn wrócił z pasterki był przerażony, płakał i wyraźnie gnębiło go coś co widział. Po tym jak Stasiu miał odwagę powiedzieć głośno prawdę na temat dramatu, który rozegrał się 24 grudnia 1976 roku, stał się przedmiotem plotek i coraz częstszym tematem rozmów wśród mieszkańców.
W końcu sprawą ponownie zainteresowała się milicja. Dzięki zeznaniom Stasia Strzępka władze dowiedziały się, że rzekomo kradzionym sanem kierował tak naprawdę Józef Adaś. W połowie lutego aresztowano go za spowodowanie wypadku drogowego, jednak mężczyzna nie przyznawał się do winy i twierdził, że tej nocy był w domu i to alibi potwierdziła jego żona. W marcu 1977 roku wznowiono śledztwo. Przeprowadzono setki przesłuchań, ekshumowano ciała ofiar i ponownie przeprowadzono sekcję zwłok. I tym razem wynik był inny. Potwierdzono, że doszło do brutalnego, potrójnego morderstwa. Wkrótce w sąsiadującej ze Zrębinem Wolicy zorganizowano potajemne spotkanie świadków.
Leżał twarzą w dół w płytkiej wodzie. Oficjalnie uznano, że doszło do przypadkowego utonięcia. Jednak pojawiły się podejrzenia, że ktoś mógł mu w tym pomóc. Nie znaleziono jednak dowodów pozwalających jednoznacznie to potwierdzić. Trzy miesiące po aresztowaniu Józefa Adasia w maju 1977 r. aresztowano także Jana Sojdę. Postawiono mu zarzut mataczenia w śledztwie i nakłaniania świadków do fałszywych zeznań. W ciągu kolejnych miesięcy w areszcie znaleźli się także pozostali wspólnicy, czyli Kulpinski i Socha. Sojda był pięciokrotnie przesłuchiwany przez milicję i za każdym razem zaprzeczał, że był na pasterce w Połańcu. Podczas przesłuchań płakał, przegryzał swój kciuk i na krew przysięgał o swojej niewinności.
Proces rozpoczął się w 1978 roku i przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu na ławie oskarżonych zasiedli Jan Sojda, Józef Adaś, Jerzy Socha oraz Stanisław Kulpinski. Sala rozpraw niemal codziennie była wypełniona po brzegi. Posiedzenia odbywały się nawet w wolne soboty. Rozprawy ciągnęły się godzinami, czasem nawet po kilkanaście godzin dziennie. W toku postępowania przesłuchano ponad 200 osób, jednego ze świadków aż 14 razy, a najstarszy z przesłuchiwanych miał ponad 100 lat. Nadal jednak wielu świadków obawiało się mówić prawdę, a na sali sądowej bardzo często padało osławione już stwierdzenie, nie oświadczam się.
W pierwszej instancji wszyscy cztery, czyli Sojda, Adaś, Kulpinski i Socha, zostali skazani na karę śmierci. Złożono jednak apelację, w której obrońcy skazanych wytykali prokuratorom, milicjantom i sędziom szereg błędów. Główne zarzuty dotyczyły wymuszania od świadków zeznań siłą i podgroźbą aresztowania, niedopuszczenie przed oblicze sądu świadków mogących wskazać nowe okoliczności oraz prowadzenie wizji lokalnej tak długo, że aż zasłabł jeden z obrońców. Po apelacji sprawę rozpatrzył Sąd Najwyższy, który podtrzymał wyroki śmierci dla 51-letniego Jana Sojdy i 37-letniego Józefa Adasia. Jednak kary Stanisława Kulpinskiego i Jerzego Sochy złagodzono odpowiednio do 15 i 25 lat więzienia.
Kary śmierci Jana Sojdy i Józefa Adasia wykonano w listopadzie 1982 roku w areszcie śledczym w Krakowie. Egzekucje przeprowadzono przez powieszenie w obecności lekarza, naczelnika więzienia oraz prokuratora Franciszka Bełczowskiego. Zgodnie z ówczesną praktyką na tę okoliczność przygotowano dla prokuratora specjalną nową togę. Wspomniano także o niecodziennym zdarzeniu poprzedzającym wykonanie wyroku. Uczestnicy egzekucji nie chcieli go szczegółowo opisać i stwierdzili jedynie, że utwierdziło ich ono w przekonaniu o winie skazanych. Sami skazani do końca nie okazywali skruchy. Z kolei córka Jana Sojdy, Mieczysława Kulpinska, po latach relacjonowała, że jej ojciec przed szubienicą uklęknął i miał powiedzieć, że ginie niewinnie.
Pokazano wszystkie 10 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Książka „Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL” już dostępna w sprzedaży: https://bit.ly/empik-polaniecka
W Wigilię 1976 roku w okolicach Połańca doszło do wydarzeń, które na zawsze zapisały się w historii polskiej kryminalistyki. Po nocnej pasterce odnaleziono ciała młodej kobiety w ciąży, jej męża i brata. Początkowo wyglądało na to, że doszło do tragicznego wypadku drogowego i sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Z czasem jednak pojawiły się poważne wątpliwości co do tej wersji wydarzeń, a śledztwo odsłoniło coś znacznie bardziej przerażającego - brutalną zbrodnię i zmowę milczenia, w którą uwikłana była cała lokalna społeczność.